Rozkoszujmy się słoneczną jesienią, bo kiedyś się skończy, a … taniej już nie będzie. Na co wskazuje coraz więcej zachodzących w świecie zmian. Ale spójrzmy na ów jesienny spektakl całościowo. To, co dopiero zaczynamy odczuwać w życiu codziennym, nie dotyczy tylko Kraju nad Wisłą, lecz przetacza się wszędzie. Na pierwszy ogień poszły ceny surowców energetycznych. Ropa i gaz ziemny zdrożały na światowych giełdach w ciągu niecałego roku kilkukrotnie. Co ciekawe, to samo dzieje się węglem kamiennym. Zapowiedzi zamykania elektrowni nim opalanych jakoś nie zaowocowały nadmierną podażą. Dlatego w Polsce na dziś przewiduje się, że podwyżka cen prądu, jaką zatwierdzi Urząd Regulacji Energetyki, wyniesie ok. 40 proc. Należy pamiętać przy tym, że nadal jest to dopiero początek.

Reklama

Podwyżki cen

W przypadku gazu w tym roku były trzy podwyżki cen. Dla indywidualnych odbiorców wynosiły one: 5,6 proc w kwietniu, potem - 12,4 proc., a od października 7,4 proc. Trzeba tu zauważyć, że przed nami jeszcze listopad i grudzień, więc dość czasu aby uczcić czwarty kwartał czwartą podwyżką.

Do tego koszyka należy dorzucić wydatki na jedzenie „W naszej ocenie kategoria ta nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa i w kolejnych miesiącach wzrost cen żywności będzie przyspieszał do ok. 6 proc. w skali roku w grudniu" – ocenili ekonomiści PKO BP pod koniec sierpnia. No, ale zaczyna się zapowiadać, iż wyjdą na nadmiernych optymistów.

Mimo iż prąd i gaz drożeją, to perspektywa życia bez dachu nad głową nadal nie oznacza ulgi z racji odpadnięcia tych wydatków. Tymczasem w tym roku ceny mieszkań na rynku wzrosły w zależności od miasta - tak między 6 a 12 proc. Coraz bliżej więc, by własne lokum definitywnie znalazło się poza zasięgiem już nie tylko młodych Polaków. Tym, którzy chcą zaznać życia bez stałej obecności rodziców (albo też nie mogą liczyć na ich opiekę), pozostaje wynajem. Tu ceny w dużych miast poszły w górę od wiosny wedle szacunków średnio o 6-8 proc.

Reklama

W stabilnych czasach, gdy reguły pozostają długo te same, powyższa wyliczanka nie wyglądałaby tak groźnie. W pewnym momencie zadziałałyby mechanizmy wolnego rynku. Drogi gaz, ropa i węgiel napędziłyby chciwość krajów surowcowych i wielkich koncernów, motywując je do zwiększenia podaży produktu, tak maksymalizując zyski. To najpierw ustabilizowałoby rynki, a potem przyniosło spadki cen. Podobnie możliwość większych dochodów wpłynęłaby na plany i zachowania producentów żywności. Natomiast zbyt wysokie koszty zakupu lub najmu mieszkania z jednej strony zachęcałyby deweloperów do nowych inwestycji, a z drugiej obniżyły popyt. Tak nastąpiłby powrót do rynkowej równowagi. Wszystko to jest już jednak wspomnieniem ze świata, jaki jeszcze dobrze pamiętamy i owa pamięć utrudnia nam dostrzeżenie rzeczywistości. W niej zasady gry są już zupełnie inne.

Aby prześledzić, jakie konsekwencje niesie narzucenie nowych reguł, warto cofnąć się do epizodu z początku tego stulecia, a mianowicie eksplozji „mody” na biopaliwa. Wówczas to ropa zaczęła kosztować więcej niż nawet podczas kryzysów naftowych. Jednocześnie wielką popularność zyskała teoria, iż świat zbliża się do punktu nazwanego „peak oil”. Po jego przekroczeniu wydobycie tego kluczowego surowca, z racji wyczerpywania się złóż, miało tylko maleć, a więc cena sukcesywnie rosnąć.

Biopaliwa

Datę „peak oil” naukowcy i eksperci od rynku paliw wyznaczyli na rok 2012. Widmo kryzysu energetycznego zmotywowało bogate kraje Zachodu, zwłaszcza Unię Europejską, do działania. Panaceum na zagrożenie miały się stać mieszanki paliowe z olejem rzepakowym w składzie lub też podobnymi do niego olejami z innych roślin. Tak chciano upiec kilka pieczeni przy jednym ogniu. Zastąpić produkty ropopochodne alternatywnym paliwem ze źródeł odnawialnych i dać przy tym zarobić rolnikom. Zbudowano więc cały system ulg podatkowych, dopłat i nakazów prawnych, żeby zmotywować producentów żywości do uprawy rośli energetycznych, a koncerny paliowe do produkcji i dystrybucji biopaliw. Osiągnięty w kilka lat „sukces” przerósł najśmielsze oczekiwania, ponieważ politycy oraz obrotni ludzie dysponujący wielkim kapitałem dostrzegli, że z nowych reguł gry da się wyciągnąć przeróżne korzyści. Zabrali się zatem do działania.

Rolnictwo w Unii jest drogie, a ziemi mało. Kto miał kapitał inwestował w wykup olbrzymich obszarów żyznych ziem w krajach Trzeciego Świata, żeby wysiewać na nich rośliny zdatne do przetworzenia na biopaliwo. Jednocześnie w tym samym celu skupowano plony na giełdach produktów rolnych. Temu procesowi towarzyszyła transformacja roli żywności. Przestała być czymś co się zjada, by żyć. Stała się lokatą spekulacyjnego kapitału. Prawami do konkretnych partii jedzenia spekulowano na giełdach, podbijając ceny. W zamożnej Europie konsumenci ponarzekali i zapłacili drożej. Po drugiej stronie Morza Śródziemnego, zwłaszcza w głębi Afryki, pojawiły się kolejne ogniska głodu. Aż 17 grudnia 2010 r. Mohamed Bouazizi został bankrutem.

Ów sprzedawca uliczny na targu w tunezyjskim Bin Arus feralnego dnia stracił stragan zabrany mu z powodu niespłacanych długów przez miejscową policję. Co gorsza, policjantka znajdująca się wśród dokonujących konfiskaty funkcjonariuszy, spoliczkowała dłużnika. Mohamed Bouazizi został bez dochodu, bez pieniędzy na jedzenie i mieszkanie oraz bez honoru, bo tak w świecie arabskim traktuje się mężczyznę, spoliczkowanego przez kobietę. Następnego dnia poszedł pod siedzibę merostwa i tam się podpalił. Jego prywatny protest okazał iskrą, która podpaliła cały arabski świat. Acz na pewno gdyby nie ta, byłaby inna. Zbyt droga żywność zmotywowała dziesiątki milionów ludzi do prób obalenia rządzących nimi dyktatur. Czyniono to z różnym skutkiem. Najistotniejsza dla Europy okazała się wojna domowa, jaka wybuchła w Syrii.

W międzyczasie na Starym Kontynencie zorientowano się, że mieszanki paliwowe z olejami roślinnymi emitują dwutlenek węgla. Paradoksalnie szybkie ocieplanie się klimatu w tym przypadku ocaliło uboższe kraje przez jeszcze straszniejszymi zdarzeniami, a być może powszechnym głodem. Wystarczyłoby, że najbogatsze gospodarki dłużej łaknęłyby biopaliw. Na szczęście minął rok 2012, a „peak oil” jak się wówczas nie pojawił, tak do dzisiaj zwleka z nadejściem. Zamiast niego trzy lata później nadciągnęły z południa milionowe fale uchodźców i migrantów. Przynosząc Europie m.in. Brexit i wielki wzrost popularności populistycznych przywódców.

Gwałtowny wzrost cen prądu w Europie

Tak pokrótce zadziałał związek przyczyn i skutków w przypadku tylko jednej zmiany reguł gry. Tymczasem zmiany naprawdę radykalne dzieją się dopiero teraz, a fala wynikających z nich skutków zaczęła wzbierać. Jako, że nasz nowoczesny świat to nieskończona liczba wzajemnych zależności, przyszłości nie sposób przewidzieć ani nawet bardzo ogólnikowo ją prognozować. Jednak można być pewnym, że niezmiennie obowiązuje w nim trzecia z zasad dynamiki Newtona. Genialnie uniwersalna mówi, że we wzajemnych oddziaływaniach im więcej energii włoży się w jakąś akcję, tym mocniejszą otrzyma się reakcję. Czyli im większe zmiany, tym bardziej znaczące konsekwencje.

Gwałtowny wzrost cen prądu w Europie to pokłosie założenia, że skoro OZE okazują się zbyt niestabilne i mało wydajne, to wraz z zamykaniem elektrowni węglowych (a w Niemczech też atomowych) paliwem przejściowym w energetyce będzie gaz ziemny. Nota bene „przejściowym” niewiadomo na jak długo, bo aby został zastąpiony przez wodór lub magazyny prądu, są konieczne technologie jakich jeszcze niema. Ba! Brak gwarancji, że na pewno z fazy teoretycznej przejdą do praktycznej i okażą użyteczne. Tymczasem Rosja zamiast zwiększyć podaż gazu na rynku, woli czekać na uruchomienie Nord Stream 2 i zawierać korzystne kontrakty na długoletnie dostawy z krajami najłatwiejszymi do wyłuskania z Unii Europejskiej. W tym tygodniu były to Węgry.

Na zachodzie, tam gdzie dominują elektrownie gazowe (Hiszpania, Włochy), rządy w panice szukają sposobów zabezpieczenia uboższej ludności przez kosztami podwyżek. Zważywszy, że te kraje od kilkunastu lat regularnie doświadczają gospodarczych krachów, zmagają się z napływem migrantów, a na popularności zyskują tam partie skrajnie lewicowe i prawicowe, można uznać je za podręcznikowy przykład państw na progu „wielkiej zmiany”. W przeszłości bywały to rewolucje lub prący po władzę tyrani. W nowych czasach jednego czego można być pewnym, że gdy nastąpi kumulacja dotykających ludzi zagrożeń, do odpalenia społecznego wstrząsu staczy ktoś taki jak Mohamed Bouazizi. Równocześnie na wschodzie kontynentu dzięki premii gazowej Rosja może przyśpieszyć tempo wchłaniania Białorusi i osaczania Ukrainy.

Ten sam wzrost ceny energii nie boli aż tak mocno mieszkańców bogatych krajów północy UE. Tu bardziej odczuwalnym problemem stała się zmiana zasad gry na rynku nieruchomości. Dziś to, że w mieszkaniu może ktoś zamieszkać, okazuje się jego funkcją poboczną. Z sprawą Airbnb każdy może pełnić rolę hotelu lub znaleźć się w sieci hotelowej zorganizowanej przez dużego inwestora. Jednocześnie w czasach niskich stóp procentowych i rosnącej inflacji okazują się zdecydowanie lepszą lokatą gotówki od bankowego konta i obligacji. Co dostrzegły fundusze inwestycyjne. Poza tym dużymi partiami mieszkań można obracać na rykach kapitałowych.

Ceny mieszkań i najmu szybują w kosmos

Możliwości nieograniczonej spekulacji ekspediują w kosmos ceny nowych lokali oraz najmu. Prędkość lotu przyśpieszają koszty energii i surowców. Pierwszą znaczącą konsekwencją tej akcji stało się niedzielne referendum w Berlinie przeprowadzone przy okazji wyborów parlamentarnych. Aż 56 proc. uczestników (ponad 1 mln ludzi) zagłosowało za tym, by władze stolicy Niemiec przeprowadziły przymusowy wykup 243 tys. mieszkań znajdujących w posiadaniu firm oferujących ich najem oraz funduszy inwestycyjnych. Prawo do takiej operacji gwarantuje 14. artykuł konstytucji RFN, acz powszechnego wywłaszczenia „na rzecz dobra ogółu” jeszcze nie przeprowadzano. „Ponieważ wspomniany artykuł w konstytucji umożliwia uspołecznienie nie tylko ziemi, ale także specjalnych dóbr naturalnych, widzimy ogromne zainteresowanie naszą strategią ze strony ruchów ekologicznych” – podkreśliła w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” dr Joanna Kusiak, będąca rzeczniczką prasową obywatelskiej inicjatywy Deutsche Wohnen & Co. enteignen, która wymusiła referendum. Precedens wisi zatem w powietrzu, a jeśli wejdzie w życie, może zacząć się robić w UE naprawdę ciekawie.

A propos dóbr naturalnych, to transformacja energetyczna wraz elektromobilność inicjują też wielką zmianę na ekonomicznej i politycznej mapie świata. Odchodzenie od paliw kopalnych oznacza marginalizację znaczenia krajów Zatoki Perskiej. Samochód elektryczny by jeździł potrzebuje dziś od 5 do 10 kg litu używanego do budowy akumulatorów oraz kobaltu i innych metali ziem rzadkich. Ruszył więc wyścig po nowe złoża. Te największe, eksploatowane lub szykowane do eksportacji znajdują się w Chinach, Ameryce Południowej, Australii oraz w … Rudawach na pograniczu Niemiec i Czech (ustalenia geologów mówią, iż mogą być największymi ze znanych na świecie). Acz na prawdziwą skarbnicę metali rzadkich zapowiada się Afryka.

I tak - globalna produkcja samochodów wszelkich rodzajów to obecnie ok. 96 mln sztuk rocznie. Z tego zaledwie ok. 2,5 mln to auta elektryczne. W ciągu niecałych dwóch dekad winny (wedle planu wielkiej transformacji) zastawić spalinowe. To zapowiada, że wyścig po lit i inne surowce będzie bardziej morderczy niż ten pod koniec XIX w. po ropę naftową. Cudem byłoby, żeby przyniósł Afryce cokolwiek pozytywnego. W tle zaś po cichu idą w górę ceny żywności. Znów spekuluje się nią na giełdach wręcz na potęgę. Co niesie ten fakt krajom Trzeciego Świata pokazała Arabska Wiosna.

Tak pokrótce zapowiadają się czasy po zmianie reguł gry. Dobrze zatem, że mamy słoneczną jesień i oby trwała nam jak najdłużej.