Dwadzieścia lat temu, po zajęciu Afganistanu przez wojska USA i sojuszników z NATO, cały zachodni świat zafiksował się na idei wzorcowej transformacji środkowoazjatyckiego państwa. W publicznej debacie królowała teza, że wielkim błędem było pozostawienie Afgańczyków bez opieki (i nadzoru), gdy swoje wojska wycofał stamtąd Związek Radziecki. Po czym po kilku latach wojny domowej gotowych do współpracy z Zachodem Mudżahedinów wyparli wrogo nastawieni wobec nowoczesnego świata Talibowie. Przytaczano wówczas liczne przykłady krajów afrykańskich, gdzie również zaniedbano pomoc (nadzór) i zamiast demokratycznie wybranych władz swe porządki zaprowadzali dyktatorzy. Determinacja, aby w przypadku Afganistanu wreszcie coś poszło po myśli zachodnich polityków, intelektualistów i mediów, była ogromna.

Reklama

Za jej sprawą, choć już dziesięć lat temu wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że należy jak najszybciej się stamtąd wycofać, robiono dokładnie na odwrót. W miejsce, które od kilku tysięcy lat (Afganistan próbował podbić już Aleksander Macedoński) rządzi się własnymi prawami, pompowano pieniądze i krew żołnierzy, by wreszcie zechciało się zmienić. Tak, jak zmieniły się okupowane przez aliantów po II wojnie światowej Niemcy lub modernizująca się pod amerykańską okupacją Japonia. Żeby wreszcie stawało się lepsze za sprawą przyjęcia zachodnich wartości i kultury. Fakt, że Afganistan nie jest państwem narodowym, lecz zlepkiem terytoriów plemiennych, połączonych wspólną historią i religią, ignorowano. Na to, że afgański islam (jak to zwykle bywa w biednych społeczeństwach) stał się ekstremalnie konserwatywny, uparcie zamykano oczy. Zafiksowanie na modernizacji za wszelką cenę wymuszało ignorowanie faktów pokazujących, iż jest ona po prostu niemożliwa. Kolejnym krokiem po przemilczaniu stało się zakłamywanie. W europejskich mediach królował wizerunek tęskniących do zachodniej nowoczesności Afgańczyków, którym przeciwstawiano złych do szpiku kości fanatyków religijnych, czyli Talibów.

Im skala kłamstwa jest większa, tym potem zetknięcie z prawdą boleśniejsze. Jak bardzo boli, widać już od tygodnia. Cierpienia naszej części świata są tym większe, że zrejterowano przed przeciwnikiem prezentującym się tak, jakby żywcem został przeniesiony z czasów początku ekspansji islamu, gdy w Europie zaczynało się średniowiecze. Jedyne, co w Talibach nowoczesne, to używane przez nich broń i sprzęt militarny. Nota bene w dużej części wyprodukowane przez zachodnie koncerny zbrojeniowe.

Fit for 55 i transformacja energetyczna UE

Reklama

Na pierwszy rzut oka porównywanie strategii, jaka przyniosła światowi zachodniemu kompromitującą klęskę w Azji Środkowej, do trwającej transformacji energetycznej UE, musi wydawać się zdecydowanie za daleko idące. Jednak wystarczy nieco zagłębić się w szczegóły, by dostrzec bardzo niepokojące podobieństwa.

Pierwszym z nich jest totalne zafiksowanie się na jednej drodze. Tak mocne, że neguje się wszystko, co wskazywałoby, że wytyczono błędny kierunek i sięgnięto po nieodpowiednie narzędzia.

Reklama

Wspomniana droga wiedzie do celu, jakim jest ograniczenie emisji gazów cieplarnianych przez kraje Unii Europejskiej od 55 proc. do roku 2030. Ma to umożliwić zbiór dyrektyw Komisji Europejskiej Fit fot 55, który by zaczął obowiązywać wszystkie państwa członkowskie, musi jeszcze zaakceptować Parlament Europejski oraz Rada Europejska.

Koszty Fit for 55. Najwięcej zapłacą Polacy

Jak na razie samo oszacowanie kosztów przedsięwzięcia okazuje się bardzo trudne, ponieważ dotknie niemal wszystkich dziedzin życia. Bardziej dokładne kwoty da się wyliczyć przede wszystkim w energetyce. W przypadku Polski, wedle szacunków prezesa PGE Wojciecha Dąbrowskiego, ogłoszonych w wywiadzie dla portalu wnp.pl., transformacja tego sektora gospodarki będzie kosztować ok. 136 mld euro. Takiej kwoty wymaga zamknięcie elektrowni węglowych i zastąpienie ich mniej emisyjnymi - gazowymi oraz wiatrowymi, słonecznymi, geotermalnymi etc. Suma ta jest o połowę większa niż roczny budżet Polski. Nic dziwnego, że prezes Dąbrowski zaapelował o szybkie uwolnienie przez rząd cen energii dla indywidualnych konsumentów. Bez ściągnięcia od nich jak największych kwot planowana transformacja okaże się niemożliwa. Ktoś przecież musi wziąć na siebie koszt rewolucji. Zaś rewolucje mają to do siebie, że zazwyczaj najwięcej płacą zwykli ludzie.

Drugą, równie ciekawą rzeczą jest, w jakich krajach koszty Fit fot 55 zapowiadają się na największe. To łatwo ustalić, patrząc ile dwutlenku węgla wysyłają do atmosfery elektrownie w poszczególnych państwach UE. Najwięcej więc na głowę zapłacą Polacy, drugie miejsc na podium zajmą Włosi, a trzecie Niemcy. Te trzy kraje łączy to, że są za duże, by mogły oprzeć swe systemy energetyczne na odnawialnych źródłach energii, a jednoczenie Polska i Włochy nie posiadają elektrowni atomowych. Niemcy swoje siłownie postanowiły wyłączyć do końca 2022 r. Zastąpią je elektrowniami gazowymi, co śmiało można ochrzcić nowym pojęciem: "klimatozbrodnia". Zeroemisyjne źródło energii wyparte zostanie przez takie, które będzie wyrzucać do atmosfery tony gazów cieplarnianych.

Fobia na punkcie energii atomowej

Źródłem tego absurdu jest fobia na punkcie energii atomowej, jaka zaczęła narastać w RFN jeszcze w latach 70. Choć z winy elektrowni atomowej nie zginął choćby jeden Niemiec, postulat likwidacji wszystkich wzięli na swe sztandary Zieloni, potem podjęła go SPD, wreszcie na początku XXI w. dołączyła CDU/CSU. Stopień zafiksowania całej klasy politycznej stał się tak mocny, że nic na świecie nie może zmienić decyzji o pozbyciu się źródła energii, która nie generuje efektu cieplarnianego. Kolejnym krokiem stało się blokowanie przez Berlin rozwoju energetyki atomowej w słabszych krajach UE oraz odcinanie takich inwestycji od funduszy europejskich. Nawet jeśli oznacza to konieczność budowy (m.in. w Polsce) elektrowni gazowych. Tak stara fiksacja połączyła się z nowym interesem strategicznym, ponieważ bycie głównym dystrybutorem rosyjskiego gazu w Unii daje RFN korzyści zarówno ekonomiczne, jak i polityczne.

Jednak za fobię kiedyś musi się zapłacić. Od dwóch lat niemiecka Energiewende zaczęła tracić rozmach. Wszystko z powodu zderzenia z realiami. Dla budowy nowych farm wiatrowych brakuje miejsca, a mieszkańcy kolejnych gmin blokują w sądach inwestycje. Jak wielki to problem, pokazują dane mówiące o przyroście mocy turbin wiatrowych. Do 2017 r. było to nawet po 5-6 MW rocznie. Potem ów wskaźnik spadł pięciokrotnie. Udział energii wiatrowej w miksie energetycznym RFN osiągnął 25 proc. i wygląda na to, że dużo więcej już nie ma szansy wycisnąć. Podobnie rzecz się ma z instalacjami fotowoltaicznymi, bo wymagają jeszcze większych obszarów. Aby znacząco podnieść ich udział w miksie energetycznym RFN, należałoby zacząć wycinać lasy. W praktyce oznacza to, że nie tylko w pochmurne i bezwietrzne dni prąd będą produkowały głównie elektrownie konwencjonalne. No, chyba że konsument w ramach redukowanie emisji CO2 przystanie na czasowe zawieszanie dostaw energii.

Dwie fantasmagorie

Na tym kłopoty transformacji - będącej wedle założeń Fit for 55 modelową - się nie kończą. Opiera się ona mianowicie na dwóch fantasmagoriach. Pierwsza zakłada, że źródła odnawialne za jakiś czas zapewnią całość zapotrzebowania na energię. Byłoby to możliwe jedynie wówczas, gdyby udało się budować wielkie magazyny prądu zdolne zagwarantować zaspokajanie potrzeb miast, zwłaszcza podczas długich, zimowych nocy. Jednak na razie powstają jedynie ich namiastki, piekielnie drogie i jednocześnie mało wydajne. Brak też technologicznych rozwiązań dających nadzieję, iż może się to zmienić.

Druga fantasmagoria to wodór. Uzyskiwany na drodze reakcji elektrolizy z wody jest bardzo drogi. Trzy razy taniej wychodzi pozyskiwanie go z węgla oraz ropy naftowej. Jednak wówczas następuje wydzielenie się dwutlenku węgla. Żeby było zabawniej, energia pozyskana ze spalenia takiego wodoru jest mniejsza niż wytworzyłoby spalenie ropy lub węgla, z których powstał, a emisja CO2 pozostaje zbliżona.

Zsumowanie wszystkich absurdów nasuwa spostrzeżenie, że powielenie niemieckiego wzorca transformacji energetycznej (a to narzuca Fit for 55) generuje nie tylko olbrzymie koszty, lecz jednocześnie prowadzi do zbudowania systemu energetycznego, w którym wszystko będzie wisiało na cieniutkim włosku. Lub dokładniej mówiąc - na rurociągach dostarczających paliwo do elektrowni gazowych. Natomiast realną redukcję emisji CO2 uzyska się za sprawą zmuszenia konsumentów cenami, by jak najrzadziej korzystali z energii elektrycznej. O ile jednak ludzie jakoś mogą przywyknąć do wieczorów w ciemnościach (w końcu przodkowie w czasach średniowiecza dawali radę), tak cała gospodarki bez energii przestaje funkcjonować.

Myślenie życzeniowe

Otrzymujemy więc (podobnie jak w Afganistanie) plan działania oparty na myśleniu życzeniowym. Słabe punkty się przemilcza, bo przecież cel jest tak szczytny, że krytyka traktowana jest na równi z negowaniem globalnego ocieplenia.

Brak wątpliwości sprawia też, że nie ma mowy o wielkich inwestycjach w UE w energetykę jądrową lub rozwijające się technologie odzyskiwania CO2 z atmosfery. Możliwe okazuje się podążanie "jedynie słuszną" drogą. Aż nadejdzie moment, gdy koszty społeczne i dysfunkcyjność tego, co stworzy Fit for 55, podważą w oczach społeczeństw wiarygodność elit politycznych, intelektualnych i medialnych, które rewolucję promowały. Równie niewiarygodna może stać się nawet postulowana przez naukowców konieczność redukcji emisji gazów cieplarnianych. Z tego miejsca pozostanie tylko krok do dnia, gdy wyborcy zaczną masowo przenosić głosy na tych polityków, którzy najlepiej wpiszą się w ich odczucia. Negując wszystko, z ustaleniami naukowymi na czele. W Afganistanie nowoczesny Zachód na własne życzenie przegrał starcie z wczesnym średniowieczem. Teraz robi coraz więcej, żeby to samo stało się w Europie.