Kiedy w listopadzie 2016 r. Donald Trump wygrywał wybory, dolar rósł w siłę i po raz pierwszy od ponad dekady miał szansę wyrównać notowania względem euro. Wystarczyło 13 miesięcy, by relacja sił między obydwoma walutami zmieniła się diametralnie – na początku roku za euro trzeba zapłacić ponad 1,2 dol., najwięcej od ponad trzech lat. Ten trend trudno wytłumaczyć rozczarowaniem poczynaniami nowego prezydenta. Choć z opóźnieniem, Donald Trump zaproponował reformę podatkową, która obniży daninę płaconą do budżetu przede wszystkim najbogatszym Amerykanom i przedsiębiorstwom. Dzięki temu jeden z najdłuższych okresów prosperity w powojennej historii USA ma szansę jeszcze się wydłużyć.
– mówi Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego.
Dolar traci na wartości, mimo że amerykańska gospodarka rozwija się w tempie ponad 3 proc. rocznie, a bank centralny regularnie podwyższa stopy procentowe. Taka kombinacja powinna przyciągać kapitał do USA. Z jednej strony szybki wzrost PKB ułatwia zarabianie pieniędzy amerykańskim firmom, co popycha w górę kursy na giełdzie. Hossa na Wall Street trwa już niemal dziewięć lat. Rosnące stopy powodują z kolei, że coraz wyższe stopy zwrotu można osiągnąć na rynku pieniężnym i obligacjach. Rentowność 10-letnich obligacji amerykańskich zbliża się do 2,5 proc. To dużo, biorąc pod uwagę, że w przypadku papierów niemieckich nie przekracza 0,5 proc. Aktywa europejskie na tle amerykańskich wyglądają mniej atrakcyjnie.
Dla inwestorów ważniejsze jednak jest to, że Europejski Bank Centralny zamierza wycofać się z programu skupowania obligacji, dzięki któremu zasila system finansowy w dodatkową gotówkę od marca 2015 r. Od stycznia EBC zmniejszył z 60 do 30 mld euro kwotę, za jaką skupuje papiery dłużne, a całą operację może zakończyć we wrześniu tego roku. Na horyzoncie pojawiła się perspektywa podwyżki stóp procentowych. Dochodowość inwestycji w dług strefy euro stopniowo rośnie.
tłumaczy Benecki.
– mówi Przemysław Kwiecień, główny ekonomista DM XTB.
Obok dolara najmocniej dołuje frank szwajcarski i japoński jen. Głównym wygranym – obok euro – są waluty państw zaliczanych do grupy rynków wschodzących. Takie jak polski złoty. Jest on najmocniejszy wobec dolara i franka szwajcarskiego od ponad trzech lat.
Z kolei kurs szwedzkiej korony jest najniższy od ponad siedmiu lat, a japońskiego jena od dwóch i pół roku. To pochodna coraz lepszej koniunktury w globalnej gospodarce. Relatywnie szybko rosną już nie tylko Stany Zjednoczone, ale także strefa euro czy Japonia, dynamika PKB po raz pierwszy od dwóch lat przekroczyła 2 proc.
W takich warunkach globalni inwestorzy wyciągają pieniądze ulokowane w walutach uważanych za bezpieczną przystań na niepewne gospodarcze czasy – takich jak szwajcarski frank czy japoński jen – i w poszukiwaniu wysokich stóp zwrotu otwierają się na ryzyko. Dowodem jest kwota niemal 60 mld dol., którą w zeszłym roku wpłacili do funduszy inwestujących na giełdach zaliczanych do emerging markets. To więcej niż przyciągnęły łącznie fundusze lokujące pieniądze inwestorów na rynkach akcji w USA i Europie.
– ocenia Rafał Benecki.