Dziennik Gazeta Prawana logo

Trzy warianty przedwyborczych podwyżek pensji w budżetówce

4 maja 2015, 06:18
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Ludzie w urzędzie
Ludzie w urzędzie/Shutterstock
Niemal przesądzone jest, że pracownicy budżetówki, którzy od 2008 r. mieli zamrożone pensje, w przyszłym roku doczekają się podwyżek (nie dotyczy to służb mundurowych i nauczycieli, którzy mieli w tym czasie podwyższane płace). Nie jest pewne tylko to, jak mocno rząd odkręci kurek z pieniędzmi. DGP dowiedział się, że rozważane są trzy różne warianty – od oszczędnego, po bardzo hojny.

Wariant skromny przewiduje, że podwyżki nie będą miały charakteru masowego. W 2016 r. otrzymałaby je tylko część instytucji. Pozostałe mogłyby liczyć na wyższe pensje dopiero od roku 2017, a być może nawet 2018.

W drugim wariancie – pośrednim, podwyżki dostaliby wszyscy urzędnicy. Ich płace poszłyby w górę o 5 proc. – – uważa jeden z polityków Platformy Obywatelskiej zaangażowany w projekt. Choć przyznaje, że ten scenariusz byłby znacznie kosztowniejszy dla budżetu. Podwyżki na poziomie 5 proc. dla ponad 120 tys. urzędników służby cywilnej oznaczałyby wydatek 345 mln zł. Ale oprócz nich w państwowej sferze budżetowej zatrudnione jest drugie tyle osób nieobjętych systemem mnożnikowym. Do tego dochodzi 80 tys. pracowników ZUS, KRUS i państwowych agencji. Summa summarum zatem – jak wyliczyło Ministerstwo Finansów – w tym scenariuszu potrzeba by było dodatkowych 2 mld zł. A przy podwyżce pensji o 3,5 proc. – 1,5 mld zł.

Wariant hojny oznaczałby dla państwa jeszcze większe wydatki. – – uważa jeden z ministrów. Przy takim scenariuszu urzędnicze pensje wzrosłyby o ok. 20 proc. Choć nie od razu. – – wyjaśnia członek rządu. Przy czym już w 2016 r. urzędnicy otrzymaliby o ok. 9 proc. więcej. Nie jest tajemnicą, że to jeży włosy na głowie rządowym specjalistom od finansów.

Ostatecznych decyzji należy spodziewać się w wakacje, kiedy ocenić będzie można przyszłoroczne możliwości budżetu. Ale biorąc pod uwagę, że jesienią są wybory parlamentarne, wariant „na bogato” nie jest bez szans. 

ZOBACZ TAKŻE: Nie tylko podwyżki w budżetówce. Co jeszcze rząd planuje do 2018 roku? >>>

Zamrożenia płac w budżetówce nie da się już dłużej utrzymać

W przypadku urzędników, zwłaszcza służby cywilnej, rząd ma dwie drogi. Jedna to podwyżka kwoty bazowej. Jej wielokrotność jest podstawą pensji na poszczególnych stanowiskach.

Taki sposób oznacza proste przełożenie procentowej sumy podwyżki na pensje poszczególnych pracowników. Czyli jeśli rząd wpisuje do budżetu pięcioprocentową podwyżkę, to o mniej więcej tyle wzrosną pensje tak podreferendarzy, jak i dyrektorów departamentów. Ale to sposób, który ma sporo przeciwników. – – mówi Marek Rozkrut z EY, były dyrektor departamentu w resorcie finansów.

Alternatywa to podwyżka funduszu płac. Zwiększane są budżety na wynagrodzenia, ale o ich podziale decydują szefowie jednostek. To może budzić obawy, że w przypadku niektórych szefów podwyżki otrzymają ich zaufani ludzie. Z drugiej strony daje możliwość docenienia najlepszych.

Jak wynika z naszych informacji, możliwe, że skończy się na salomonowym rozwiązaniu. Część podwyżki zostanie przeznaczona na podniesienie kwoty bazowej, reszta – na fundusz płac. Jakiś wzrost płac będzie można zapewnić wszystkim, a resztę przeznaczyć na podwyżki dla najlepszych.

Podwyżki dla urzędników zapowiadała premier Ewa Kopacz. Teraz deklaracje są już zapisane w przyjętej w zeszłym tygodniu przez rząd aktualizacji Programu Konwergencji. Dalsze decyzje poznamy, jeśli Komisja Europejska zdejmie z Polski procedurę nadmiernego deficytu, co może nastąpić za miesiąc. Później resort finansów zajmie się przygotowaniem budżetu na 2016 r., co oznacza więcej konkretów w lipcu lub sierpniu.

Piotr Kalisz, ekonomista banku Citi Handlowy, mówi, że zamrożenia płac w budżetówce nie da się już dłużej utrzymywać, gdy deficyt finansów publicznych spada i pewnie będzie spadał w kolejnych latach. Wprawdzie podwyżki mogą utrudnić osiągnięcie średnioterminowego celu budżetowego, czyli zejścia z deficytem do 1 proc. PKB (w 2014 r. wyniósł on 3,2 proc. PKB), ale jak mówi Kalisz, całe dostosowanie fiskalne nie może następować przez mrożenie płac. – – uważa.

Niewielki – kosmetyczny – wzrost płac obstawia także Michał Burek z Raiffeisen Polbanku. – – mówi ekonomista.

Z podwyżkami jest jeszcze jeden problem: rząd nie może sobie dowolnie ustalać wydatków w finansach publicznych. Wiąże go w tym reguła wydatkowa, która służy do określania górnego limitu wydatków. W przyszłym roku miałby on wynieść niecałe 713 mld zł w całym sektorze finansów. I nie wiadomo, czy dodatkowy koszt podwyżek dla budżetówki się w nim zmieści. Rząd ma ograniczone pole manewru w ustalaniu limitu, jednak może go podnieść dzięki działaniom dyskrecjonalnym w dochodach – np. zaplanowaniu dodatkowych wpływów z podatków przez wprowadzenie klauzuli obejścia prawa w ordynacji podatkowej albo listy dłużników podatkowych. Przygotowując Wieloletni Plan Finansowy na lata 2015–2018, resort finansów założył, że łączny efekt takich działań wyniesie 3,2 mld zł w przyszłym roku. Tyle że we wtorek rząd wyrzucił je z planu, bo są drażliwe politycznie. Ale limit pozostał niezmieniony. Może się okazać, że pieniądze na podwyżki będą tylko na papierze.

Podwyżki były, ale w firmach

O 28 proc. wzrosło średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej w porównaniu z 2008 r., kiedy zamrożono po raz pierwszy płace w sektorze publicznym. Według danych GUS średnia pensja brutto w gospodarce wynosiła w 2014 r. 3783 zł i w ciągu ostatnich sześciu lat zwiększyła się o 840 zł.

Ekonomiści, z którymi rozmawialiśmy, uważają, że w takiej sytuacji upieranie się przy braku podwyżek urzędniczych pensji może być ryzykowne. – Trwające tak długo zamrożenie płac oznacza demotywację pracowników, ogranicza ich rozwój, sprowadza się do drenażu mózgów z sektora publicznego i skutkuje ucieczką najlepszych do sektora prywatnego. Tymczasem to właśnie sektor publiczny jest tą gałęzią gospodarki, w której transformacja przebiega najwolniej, za to jego znaczenie jest duże. Koncepcja taniego państwa polegająca na ślepym zamrożeniu wydatków na płace nikomu nie służy – uważa Rafał Benecki, główny ekonomista Banku ING.

Z drugiej strony akurat teraz zwolennicy podwyżek nie mają mocnego argumentu. Co prawda pensje w firmach prywatnych wzrosły przez ostatnie lata, ale akurat w ubiegłym i w tym roku i tam podwyżki są raczej niskie. Realne dochody pracowników są większe, ale głównie dzięki temu, że spadają ceny. W firmach nie ma presji płacowej, ostatni marcowy wzrost wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw o 4,9 proc. eksperci uznali za wydarzenie jednorazowe i spodziewają się, że niebawem dynamika wzrostu płac wróci do ok. 3 proc. rok do roku.

– Z badań koniunktury w firmach prowadzonych przez NBP wynika, że w II kwartale podwyżki planuje ok. 17 proc. przedsiębiorców. To grubo poniżej poziomu sprzed kryzysu, z czasów szybkiego gospodarczego wzrostu, kiedy wskaźnik sięgał 41 proc. To rzeczywiście wyraźnie pokazuje, że nie ma presji na wzrost płac. Ale to się zmienia. Są sygnały, że w niektórych branżach już mamy pewne ożywienie. Jednak zwiększanie wynagrodzeń nie będzie miało raczej tego przedkryzysowego impetu – ocenia Rafał Benecki.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj