Reklama

Globalizacji, którą jeszcze całkiem niedawno uznawano za nieuchronną przyszłość ludzkości, nie zabił Władimir Putin najazdem na Ukrainę. On jedynie pchnął ją w stronę gotowej już trumny. Choć przecież zaledwie dwadzieścia lat temu w świecie Zachodu specjaliści od polityki i ekonomii zgodnie przedstawiali ją jako proces nieunikniony i nieodwracalny.

Schyłek złotej ery globalizacji

"Globalizacja oznacza nieuchronną integrację rynków, państw i technologii, dzięki której jednostki, przedsiębiorstwa, państwa mogą docierać do świata szerzej, szybciej, taniej i głębiej, i tak samo świat może docierać do jednostek, przedsiębiorstw i państw szerzej, szybciej i głębiej" – pisał z entuzjazmem w 1999 r. na kartach książki "The Lexus and the Olive Tree: Understanding Globalization" trzykrotny laureat Nagrody Pulitzera Thomas L. Friedman. Trwające wówczas integrowanie się światowej gospodarki i towarzyszące temu przemiany stanowił namacalny dowód prawdziwości tez Francisa Fukuyamy z eseju pt. "Koniec historii". Klęska komunizmu i rozpad Związku Radzieckiego dowodziły wyższości liberalnej demokracji. Zdaniem młodego politologa stanowiła ona zatem najdoskonalszą formę ustrojową zarówno na niwie politycznej jak i ekonomicznej. Zaś za sprawą swego uniwersalizmu winna zatriumfować z czasem we wszystkich krajach świata. Tak otwierając je na pokojową kooperację oraz integrację.

Reklama

W rzeczywistości złota era globalizacji, mimo nieustannego wsparcia ze strony Stanów Zjednoczonych, które sądziły, iż dzięki niej na długo pozostaną światowym liderem gospodarczym, trwała zaledwie 15 lat. Najczulszym barometrem to potwierdzającym były dane zbierane przez fundację Freedom House, która od 1973 publikuje coroczne raporty pt. "Freedom in the World". Ujmują one wskaźniki przedstawiające, na ile w danym kraju przestrzegane są prawa polityczne zwykłych ludzi oraz jakimi swobodami obywatelskimi mogą się oni cieszyć. Państwom, w których demokracja zupełnie nie egzystuje, raporty przyznają status pozbawionych wolności.

Panika po kryzysie ekonomicznym

Od roku 1988 do 2005 r. wedle raportów Freedom House liczba takowych spadła z 37 proc. do ledwie 23 proc. Natomiast liczba krajów określonych mianem całkowicie wolnych wzrosła z 36 do aż 46 proc. Wedle tegoż barometru apogeum liberalnej demokracji w świecie przypadło na rok 2006. Po czym znalazła się ona w odwrocie. Przyśpieszył go dwa lata później światowy kryzys ekonomiczny.

Reklama

Tak zleciało półtorej dekady i raport Freedom House opublikowany w tym roku przesycony jest już panicznymi stwierdzeniami. "Globalna wolność stoi w obliczu poważnego zagrożenia. Na całym świecie wrogowie liberalnej demokracji (…) potęgują swoje ataki" – mówi. "Obecne zagrożenie dla demokracji jest wynikiem 16 kolejnych lat spadku globalnej wolności. W sumie 60 krajów odnotowało spadki w ciągu ostatniego roku, podczas gdy tylko 25 poprawiło się. Na dzień dzisiejszy około 38 procent światowej populacji żyje w krajach, które nie są wolne, co stanowi najwyższy odsetek od 1997 roku. Tylko około 20 procent mieszka teraz w wolnych krajach" – raportuje Freedom House.

Kompromitacja organizacji międzynarodowych

Inne "barometry" nie są już tak dokładne, ale jeśli im się przyjrzeć, to i one wskazujące, że zgon globalizacji to kwestia najbliższego czasu. Wielkie organizacje międzynarodowe, przeznaczone do roli forum umożliwiającego pokojową współpracę, tracą na znaczeniu. Właściwie zamieniają się w żałosne parodie tego, czym kiedyś były. Wystarczy rzut oka na ONZ i jego agendy, żeby pozbyć się wszelkich złudzeń. Podobnie dysfunkcjonalna i coraz mniej potrzebna okazuje się Światowa Organizacja Handlu WTO. Na początku pandemii kompletnie zawiodła Światowa Organizacja Zdrowia, bo kierownictwo WHO uzależnił od siebie Pekin. Z kolei władze FIFA (było nie było piłka nożna to najpopularniejszym sport świata) siedzą już w kieszeni arabskich szejków. Niegdyś propagujące wszystko, co szlachetne, Igrzyska Olimpijskie to dziś widowiska, podczas których promują się autorytarne i totalitarne reżymy (niczym III Rzesza w 1936 r.). Zachodnie państwa zupełnie się już nie palą, by je organizować. A przecież to one wymyśliły i rozpropagowały olimpiady. Właściwie przynależność krajów Zachodu do wspominanych organizacji staje się nie tylko zbyteczna, ale wręcz autodestrukcyjna, ponieważ wspierają tak proces niszczenia demokracji w świecie.

Ekspansja totalitarnych Chin

Jednakże najmocniej do zgonu globalizacji przyczyniła się ekspansja ekonomiczna totalitarnych Chin, zagrażająca pozycji Stanów Zjednoczonych. Jeśli dwa najważniejsze państwa globu wchodzą w coraz ostrzejszy konflikt, idea "integracji rynków, państw i technologii" zamienia się w miłą fantasmagorię. Natomiast realia wymuszają podzielenie się świata na konkurujące ze sobą, coraz bardziej odizolowane, bloki.

Gdy w czerwcu 2021 prezydent Joe Biden ogłaszał początek formowania "nowego sojuszu państw demokratycznych", oznaczało to, iż w Waszyngtonie nikt już nie miał złudzeń, że przyszłość będzie wyglądała inaczej. Stany Zjednoczone trzy dekady temu były głównym motorem globalizacji. Teraz we własnym interesie, a przy okazji też całego Zachodu, chcą złożyć ją do trumny, a następnie głęboko zakopać.

Najpierw Covid, potem Putin

Zupełnie niespodziewanie z pomocą w tym przyszedł im najpierw koronawirus, a niedługo po nim Władimir Putin. Pandemia, nadwyrężając łańcuchy dostaw, uświadomiła koncernom i krajom Zachodu, jak ryzykowną rzeczą jest przenoszenie produkcji ważnych urządzeń i komponentów do Chin. Ostrzejszy konflikt USA z Państwem Środka może łańcuch dostaw już nie nadszarpnąć, lecz rozerwać. Zachodni inwestorzy zyskali świadomość ryzyka i zaczynają je minimalizować.

Z kolei inwazja Rosji na Ukrainę zmusiła wszystkie kraje Zachodu do wyboru, po czyjej są stronie. Zaś jedynym możliwym okazało się uznanie (z mniejszym lub większym entuzjazmem) przywództwa Stanów Zjednoczonych i skupienie się wokół nich. Jeden światowy blok w zasadzie już mamy. Teraz piłka jest po stronie Chin. Stworzą one sobie własny albo wcześniej lub później znajdą się w osaczeniu.

Dziejowy fart Polski

W kontekście tych rewolucyjnych zmian, zwiastujących otwarcie zupełnego nowego rozdziału historii świata, sytuacja Polski prezentuje się wręcz obiecująco. Od 1989 r., na każdym zakręcie dziejów, dopisywały III RP zaskakująco szczęśliwe zbiegi okoliczności. Teraz ów dziejowy fart sprawia wrażenie, że znów chce się do nas uśmiechnąć. Powodów ku temu ma co najmniej kilka.

W tym tygodniu prezydent Biden zwróci się do Kongresu o przyjęcie pakietu 33 mld dolarów dodatkowej pomocy dla Ukrainy. Z tego 20 mld pójdzie na jej dozbrojenie. Jednocześnie następuje reaktywacja wymyślonego na początku II wojny światowej programu Lend-Lease. W praktyce oznacza to, że nim obecny rok dobiegnie końca, ukraińska armia znajdzie się w gronie najlepiej wyposażonych sił zbrojnych Europy. Jak dobrymi Ukraińcy są żołnierzami, już udowodnili. Ziszcza się więc coś, co wydawało się szaloną fantazją miesiąc temu. Rosja może ponieść druzgocącą klęskę militarną, bo jak oświadczył w tym tygodniu sekretarz obrony Lloyd Austin, USA chcą żeby "Rosja osłabła na tyle, by nie mogła więcej robić tego, co robi obecnie na Ukrainie".

Rosja kłopotem dla Chin

To, że Federacja Rosyjska osłabnie, nie jest już kwestią dyskusyjną. Teraz można dywagować, jak mocno osłabnie, a nawet czy przetrwa kolejną dekadę? Ameryce (skoro prezydent Putin zaoferował taką okazję) opłaca się sponiewierać Rosjan do granic możliwości. W stanie bankructwa i chaosu zbytnio nie przydadzą się jako sojusznik Chinom. Stając się bardziej kłopotem - niczym Włochy dla Niemiec podczas II wojny światowej. Poza tym groźba wchłonięcia przez Państwo Środka może za kilkanaście lat obudzić wśród rosyjskich elit chęć pojednania się z Zachodem (Różnica w tym jak RFN i Japonia wyszły na amerykańskiej okupacji, a Ruś na mongolskiej, bije nie tylko po oczach).

Tak czy inaczej, strategiczny cel, który obrał Waszyngton, to dla Polski wiadomość więcej niż znakomita.

Polska kluczowym partnerem USA

Na tym wcale się nie kończą się powody, by dziejowy fart się do nas uśmiechał. Osłabianie Rosji i jej ewentualny związek z Chinami czyni Polskę oraz Ukrainę kluczowymi państwami dla USA w naszej części świata. Z racji swego położenia domykają sojuszniczy kordon, tworzony przez Waszyngton wokół Eurazji. Posiadanie wspólnie ponad 80 mln mieszkańców daje potencjał, by stać się znaczącą siłą ekonomiczną i militarną. Im - zgodnie współpracujące - Polska i Ukraina staną się mocniejsze, tym Waszyngton mniej sił będzie zmuszony angażować w Europie. Tak otrzymując możność skupienia się wreszcie na Azji. Ameryka powinna zatem dbać, by wierni sojusznicy miewali się jak najlepiej. Tak, jak dba choćby o Izrael.

Rok temu Joe Biden zaproponował tę rolę Niemcom, lecz Berlin wolał balansować sobie z Moskwą i Pekinem. Podliczenia konsekwencji fatalnego dla Niemiec wyboru, dokonanego wówczas przez Angelę Merkel, po niej Olafa Scholza, potrwa lata. I na tym nadal nie kończą się powody do uśmiechu słanego przez dziejowy fart.

Dalekowzroczna polityka Warszawy

Koniec globalizacji wymusza skracanie łańcuchów dostawa oraz tworzenie barier. Jak to wygląda w praktyce świat doświadczał już podczas zimnej wojny. Blok skupiony wokół Stanów Zjednoczonych, chcąc zyskać trwałą przewagę, musi odciąć drugą stronę od własnych, najnowocześniejszych technologii. Wszystko, co z nimi związane zacznie więc pozostawiać w krajach Zachodu. Tymczasem Polska i Ukraina, z racji swych atutów, jawią się jako znakomite miejsca dla lokalizacji zakładów wytwarzających produkty zaawansowane technologicznie. Jeśli bariery zaczną rosnąć (co jest naturalnym efektem zaostrzania się zimnej wojny), również zachodnie koncerny, dotąd inwestujące w Chinach, będą musiały zacząć sobie szukać alternatywnych miejsce lokowania produkcji, usług, kapitału etc.

Jeśli w ciągu najbliższych lat III Rzeczpospolita wyjdzie obronną ręką z zawieruchy, jaką przyniosła wojna na Ukrainie, to pojawiły się szanse, by wszystko wokoło sprzyjało wzmacnianiu jej potencjału ekonomicznego i militarnego. I co najlepsze, może tak się dziać niezależnie od tego, jak dalekowzroczną politykę prowadzić będzie rząd w Warszawie. Bo jeśli dziejowy fart uprze się, żeby uśmiechać do jakiegoś państwa, to nawet polskie zdolności do psucia rzeczy niemożliwych do zepsucia mogą okazać się niewystarczające.