Reklama

Czwartek 14 kwietnia 2022 r. ma szansę stać się dla Europy Wschodniej równie symboliczną datą, co 14 kwietnia 1912 r. dla Zachodu. Gdy w dziewiczym rejsie, po zderzeniu z górą lodową, tamtego dnia zatonął Titanic, uznano to najpierw za alegorię pychy, która została ukarana. Potem znaczenie symbolu ewoluowało. Tragedię największego wówczas na świecie statku pasażerskiego zaczęto traktować jak omen, zwiastujący Zachodowi to, co przyniósł mu XX wiek. A przyniósł upadek starego przodku społecznego oraz politycznego, zmierzch imperiów kolonialnych, lata chaosu i krwawych wojen.

Symbolika zatopienia Moskwy

W przypadku pójścia na dno krążownika rakietowego Moskwa symbolika także idealnie pasuje do czasów, wydarzeń oraz rysującej się przyszłości. Okręt ów zaprojektowano i zaczęto budować w ramach mocarstwowego planu opracowanego przez admirała Siergieja Gorszkowa. Naczelny dowódca Marynarki Wojennej ZSRR przekonał pod koniec lat 60. kierownictwo Związku Radzieckiego, że aby zdobyć trwałą przewagę nad USA, należy stworzyć flotę potężniejszą niż amerykańska. Jej trzon miały stanowić lotniskowce i krążowniki rakietowe. Do początku lat 80. wydano olbrzymie sumy na zrealizowanie przedsięwzięcia służącego temu, by Związek Radziecki zdobył na trwałe pozycję najpotężniejszego z supermocarstw. Tymczasem wielkie ambicje przerosły możliwości finansowe uzależnionego od sprzedaży ropy i gazu imperium. W przypadku krążowników typu Slava z planowanych dziewięciu ukończono do połowy lat 80. jedynie trzy, w tym Moskwę. Na resztę zabrakło funduszy. Niedługo potem Związek Radziecki zbankrutował i się po prostu rozpadł.

Reklama

Moskwa, odziedziczona w spadku przez Rosję (choć swe roszczenia do okrętu wysuwała też Ukraina), nigdy nie została zmodernizowana. Niemniej pozostając taka, jaką ją stworzono w czasach świetności ZSRR, nadal mogła budzić grozę, bo kluczowe jej uzbrojenie stanowiły pociski manewrujące Wulkan lub starsze typu Bazalt, oba przystosowane do przenoszenia głowic atomowych. Uderzenia bronią jądrową w zespoły amerykański lotniskowców wedle planów admirała Gorszkowa winny przesądzić od triumfie sowieckiej floty. Jednak to, co mogło znakomicie sprawić się 40 lat temu, podczas najazdu Rosji na Ukrainę prezentuje się niczym kompletny anachronizm. Moskwa zdołała zatriumfować jedynie w starciu z trzynastoma obrońcami Wyspy Węży. Nota bene, ich odpowiedź na wezwanie do kapitulacji, "Rosyjski okręcie wojenny! Idi na ch...!", już jest symbolem ukraińskiej niezłomności (a może być teraz uznane za alegorię skutecznie rzuconej klątwy).

Reklama

Wielki krążownik rakietowy zademonstrował następnie swą skuteczność przy blokowaniu ukraińskich portów. Gdzie - wedle danych podawanych przez agencję informacyjną Ukrinform - tkwi, nie mogąc wypłynąć z ładunkiem w morze, ok. 100 zagranicznych statków. Groźny dla słabych i bezbronnych okręt wojenny okazał się jednak zupełnie bezradny, gdy musiał zmierzyć się z bardziej niebezpiecznym przeciwnikiem. Najprawdopodobniej egzekucję wykonały na nim ukraińskie pociski manewrujące Rk-360 Neptun. Acz taki finał był możliwy, ponieważ Moskwa pływała w zasięgu broni wroga, bez wsparcia nawet jednego okrętu osłony. Zabrakło ich, choć zarówno dowództwo rosyjskiej, jaki i ukraińskie dobrze orientowało się, że krążownik jest wyposażony w kompletnie przestarzałe systemy obrony przeciwrakietowej. Zatem okręt flagowy Floty Czarnomorskiej zabiła w dużej mierze beztroska lub brak kompetencji jej szefostwa. A byłoby jeszcze zabawniej, gdyby prawdą okazało się, że to nie ukraińskie pociski zatopiły Moskwę, lecz zgodnie z komunikatem wydanym przez Rosję, sprawił to przypadkowy wybuch amunicji. Oznaczałoby to bowiem, iż o swój okręt nie potrafili zadbać, na swą zgubę, członkowie załogi. Wychodzi zatem na to, że krążownik rakietowy padł ofiarą tego czym jest... współczesna Rosja. Ta zaś musi teraz przełknąć fakt, iż duma jej floty, nosząca nazwę taką samą, co stolica kraju, spoczęła na dnie Morza Czarnego. Już w tym momencie trudniej o więcej mówiącą symbolikę.

Absurdalna propaganda Kremla

Tymczasem, zupełnie jak w przypadku pamięci o Titanicu, ma on szansę ewoluować i stać się ponadczasowy, bo zapowiada jeszcze bardziej dramatyczne zdarzenia.

Zwiastują je pierwsze sygnały wysyłane przez ludzi z kręgów bliskich ścisłemu kierownictwu Rosji. Jeszcze nim Kreml oficjalnie potwierdził zatonięcie Moskwy, tamtejszy rzecznik Dmitrij Pieskow ogłosił, żę "jeśli Ukraina będzie kontynuować prowokacje atakami na rosyjskie miasta, Rosja będzie zmuszona wypowiedzieć jej wojnę". Po czym w piątek tamtejsze media zaczęły otwarcie komunikować o stracie krążownika rakietowego. Przy tej okazji czołowi propagandziści już podkręcają nastroje społeczne, podnosząc hasło wypowiedzenia wojny Ukrainie. Na pierwszy rzut oka cała rzecz prezentuje się absurdalnie, bo przecież wojna trwa drugi miesiąc. Jednak ma to swoją rosyjską logikę.

Specjaliści od spraw militarnych już dawno zauważyli, iż jednym z największych błędów Putina jest utrzymywanie pozorów "operacji specjalnej". Zaniechanie masowego powoływania pod broń rezerwistów poważnie osłabia zdolności operacyjne rosyjskiej armii. Ma ona ogromny kłopot z uzupełnianiem strat ludzkich oraz ze zdobyciem przewagi liczebnej nad wojskami ukraińskimi. Ofensywa ugrzęzła i zamienia się w wojnę pozycyjną. Właściwie już można założyć, że bez powszechnej mobilizacji Rosja nie wygra tego konfliktu, a wręcz może go przegrać. Tymczasem każdy okręt wojenny traktuje się jako terytorium państwa, do którego należy. Lepszy pretekst do oficjalnego wypowiedzenia wojny od zatopienia Moskwy trudno znaleźć. Po za tym stanowi ono idealne hasło dla kremlowskiej propagandy. Śmierć setek marynarzy pozwala wezwać Rosjan do broni, a także do odwetu na Ukraińcach. Tym sposobem putinowski reżym mógłby płynnie przejść od "operacji specjalnej" do tak bardzo oddziałującej na wyobraźnię rosyjskiego społeczeństwa - wielkiej wojny ojczyźnianej. Wówczas Rosja zyska możność, by wraz z nadejściem latem na ukraiński front posłać milion albo i więcej żołnierzy.

Nowa wojna ojczyźniana?

Tylko w tym miejscu pojawia się drobny szkopuł. Najpierw należy ich uzbroić. Już mnożą się doniesienia o tym, jak wygląda stan sprzętu i broni spoczywających od dekad w magazynach. Mówią one, że to, czego nie rozkradziono, rzadko nadaje się do użytku na polu bitwy. Te informacje trudno zweryfikować, lecz skoro przez ostatnie dekady rosyjska codzienność składała się z korupcji, złodziejstwa i bałaganu, to raczej można założyć, że dotyczyła ona także nadzoru nad strategicznymi rezerwami sił zbrojnych. Oznaczałby to, że niedoszkoleni rezerwiści dostaliby do ręki zawodną broń, a następnie zostali posłani z nią do boju. Tak jak się to działo w 1914 oraz 1941 r. Wówczas efekt był taki, że w kolejnych starciach z wojskami niemieckimi na jednego poległego żołnierza Wermachtu przypadało statystycznie od pięciu do dziesięciu zabitych Rosjan.

Czy Putin zdecyduje się na ogłoszenie wojny ojczyźnianej, korzystając z pretekstu, który daje mu zatopienie Moskwy, przekonamy się wkrótce. Jeśli jest zdeterminowany, żeby wygrać, musi zmobilizować wszelkie posiadane zasoby i użyć ich w walce. To z kolei oznaczałoby śmierć już nie dziesiątek, lecz setek tysięcy rosyjskich żołnierzy. Przy jednoczesnym, szybkim wyczerpywaniu się posiadanych rezerw: ludzkich, militarnych, finansowych, ekonomicznych. A wszystkie one, jeśli dokładnie się im przyjrzeć, prezentują się zupełnie jak odziedziczony po Związku Radzickim krążownik rakietowy Moskwa. Co więcej, szafuje się nimi niemal identycznie, jak dowodzono pechowym okrętem. Tymczasem on tak łatwo poszedł na dno.