Śledząc przebieg wojny na Ukrainie można dojść do wniosku, że Władimir Putin ma prawo pochwalić się tylko jednym sukcesem. Udało mu mianowicie się pokonać SARS-CoV-2. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki 24 lutego koronawirus zniknął z masmediów. Jego miejsce zajęła wojna. Owszem informacje o zachorowaniach na COVID-19 przy nieco większym wysiłku da się znaleźć. Są one jednak już zupełnym marginesem, który obchodzi lekarzy, wirusologów i mało kogo więcej.

Reklama

Pandemia hiszpanki

Oto możemy empirycznie przekonać się, czemu sto lat temu pandemia o wiele paskudniejszej hiszpanki w tak małym stopniu wstrząsnęła światem. Choć przecież wedle szacunków przyniosła śmierć ok. 50 milionom ludzi (na dziś liczba ofiar śmiertelnych koronawirusa wedle danych zebranych przez Johns Hopkins Uniwersity to ok. 6,2 mln osób).

Pomimo ogromnej skali epidemii ówcześni mieszkańcy Ziemi średnio przejęli się wyjątkowo zjadliwą grypą. Zdecydowanie bardziej obchodziły ich inne problemy - trwająca jeszcze wojna światowa, rewolucja w Rosji, lokalne klęski głodu, olbrzymi spadek dochodów i narastająca nędza, długi państwowe oraz prywatne. Najbardziej zaś frapował wszechobecny strach, co jeszcze złego w polityce i gospodarce może się wydarzyć. Na tej drabinie zbiorowych lęków hiszpanka dość krótko zajmowała wyższe pozycje, po czym wszyscy do niej przywykli. Przechorowało ją ponad pół miliarda ludzi (ludność Ziemi w 1918 r. to ok. 1,6 mld). Kto umarł ten umarł, a tragedię i cierpienia rodzin ofiary traktowano jako rzecz prywatną. Najlepszym tego świadectwem jest brak … świadectw. Gdyby ktoś szukał pomników, tablic pamiątkowych, epitafiów poświęconych zabitym przez hiszpankę, to ich nie znajdzie. Podobnie jak wielkich powieści, filmów, utworów muzycznych, czy nawet wierszy.

Reklama

A teraz dla ukazania właściwych proporcji należy przyjrzeć się takim samym źródłom kształtującym zbiorową pamięć, a odnoszącym się do I wojny światowej i jej ofiar (było ich prawie pięć razy mniej niż zabitych przez hiszpankę). Tymczasem dzieła historyków, pisarzy, poetów, reżyserów filmowych, etc. poświęcone czasom I wojnie światowej formatowały sposób myślenia ludzi przez długie dekady.

Wiele wskazuje na to, że za dziesięć lat wojna na Ukrainie będzie miała dla świata dużo większe znaczenie, niż szybko zapominana pandemia wywołana przez koronawirusa z Chin. Jeśli ktoś jeszcze nie przeszedł COVID (także bezobjawowo), to nieuchronnie przejdzie, zapewne nie jeden raz. Rzecz powszechna i już oswojona nie budzi wielkich emocji. Nawet śmierć z jej powodu stanowi prywatne doświadczenie osób bliskich zmarłemu. Zupełnie jak wypadek samochodowy.

Koronawirus w Chinach

Jedynym miejscem, gdzie pandemia ma nadal znaczenie i może przynieść jakiś przełom są Chiny. Rzecz prezentuje się paradoksalnie, bo oto Państwo Środka pada ofiarą swych wcześniejszych sukcesów. Gdy pojawił się wirus SARS-CoV-2 Pekinowi udało się na dłużej zataić, jak bardzo jest zaraźliwy i niebezpieczny, a jednocześnie podporządkować chińskim interesom działania WHO. W efekcie pierwsze fale epidemii na terenie Chin zduszono w zarodku. Natomiast pochorowała się reszta świata, z krajami Zachodu na czele. Przez dwa lata pandemii, to one toczyły heroiczne zmagania z wirusem, ponosząc tego ekonomiczne, społeczne i polityczne konsekwencje. Skoro słabły ze Stanami Zjednoczonymi na czele, pozycja Państwa Środka automatycznie stawała się mocniejsza. Właściwie wszystko zadawało się mówić, że to ono wyciągnie największe korzyści z epidemii. Jednak okazuje się, iż przeoczono kilka drobiazgów.

Po pierwsze koronawirus nieustannie mutuje. Gdyby ktoś nie zauważył, to od ponad miesiąca Omikron znika. Jego miejsce zajmuje nowy wariant koronawirusa BA.2, jeszcze bardziej zakaźny i co ważniejsze nie do końca wychwytywany przez testy PCR. Nota bene po raz pierwszy w Polsce i na całym Zachodzie pojawieniu się świeżej mutacji nie towarzyszą paniczne, medialne spazmy. Wręcz przeciwnie, prawie tego w przestrzeni publicznej nie odnotowano, nawet jako naukową ciekawostkę.

Chiński lockdown

Jednakże owa ciekawostka sprawiła, że od marca Szanghaj, Shenzhen i mniejsze miasta w ich rejonie objęto ścisłym lockdownem. Rzecz dotyczy najważniejszych centrów przemysłowych Chin. To tam mają swe zakłady, najwięksi producenci niezbędnych w każdym urządzeniu elektronicznym półprzewodników, firmy: SMIC, Hua Hong i Universal Scientific Industrial. Także tam swe fabryki zbudował: Volkswagen, Ford, GM, Tesla. Swoje azjatyckie centrale umieścił: Apple, GE, Panasonic, Philips, Johnson & Johnson i mnóstwo innych korporacji. Po trwającej od ponad miesiąca blokadzie, walczą właśnie o utrzymanie produkcji i codziennej działalności. Wedle doniesień telewizji informacyjnej CNBC pod koniec tego tygodnia z powodu kwarantanny jedynie 30 proc. osób w nich zatrudnionych mogło podjąć pracę.

Przeoczywszy drobiazg, że mutujący wirus może wymknąć się nawet tak doskonałemu systemowi tłumienia epidemii, jaki stworzyły chińskie władze, nie dostrzeżono w Pekinie też innych niuansów. Wedle oceny WHO opracowane przez chińskie laboratoria szczepionki odznaczają się - delikatnie mówiąc - bardzo wątpliwą skutecznością. Cóż z tego, że ogromnym wysiłkiem logistycznym zaszczepiono 87 proc. całej populacji. Jak widać niespecjalnie wpłynęło to na tempo rozprzestrzeniania się odmiany BA.2. Tymczasem jedynie znikoma liczba mieszkańców Państwa Środka do tej pory zetknęła się osobiście z koronawirusem. Z tego powodu ich organizmy nie miały szansy nabyć odporności naturalnej dla ozdrowieńców. Natomiast polityczne i propagandowe uwarunkowanie sprawiają, iż szczepienie Chińczyków zachodnimi preparatami nie wchodzi w grę. Dlatego rezygnacja z drakońskich lockdownów oznaczałby, iż dopiero teraz epidemia przetoczyłaby się przez cały kraj tak, jak to miało miejsce wcześniej w innych częściach świata.

Co zrobią władze Chin?

Władze Chin stają więc przed wyborem utrzymywania polityki „zero COVID” ze wszelkimi rygorami i izolowanie się od świata, lub skokiem na głęboką wodę ze skutkami trudnymi do przewidzenia. Rozlanie się epidemii kompromitowałoby bowiem reputację niepodzielnie władającego państwem prezydenta Xí Jìnpínga. Co więcej w momencie, gdy na jesień 2022 r. zaplanowany został XX Zjazd Komunistycznej Partii Chin. Do niedawna wszyscy znawcy spaw Państwa Środka spodziewali się, iż przyniesie on potwierdzenie tego, że rządy Xí Jìnpínga potrwają dożywotnio. Jedyną siłą, która może to zmienić, zaczyna stawać się koronawirus. Kpiąc sobie z wojny prowadzonej z nim przez chińskie, totalitarne państwo.

Tymczasem okazuje się ona coraz trudniejsza, bo pomimo blokowania przepływu informacji rośnie liczba tych świadczących, że Chińczycy gorzej znoszą obostrzenia i próbują je obchodzić, łamać, a nawet otwarcie buntować się przeciwko nim. W odpowiedzi władze zaostrzają rygory. Standarem staje się blokowanie drzwi mieszkań przyspawaną blachą, tak by objęci kwarantanną nie mogli wydostać się na zewnątrz. Mniej pokornych umieszcza się w obozach lub po przeprowadzeniu testu i uzyskaniu wyniku ujemnego, przesiedla przymusowo do słabo zaludnionych prowincji.

Epopeja 95-letniej staruszki z Szanghaju

Jednak skuteczność działań aparatu państwa zdaje się powoli szwankować. Były analityk Analysis Group, Inc.. a obecnie autor współpracujący z „The New Yorker” i „The Washington Post” Chang Che, nagłośnił w tym tygodniu epopeję pewnej, ponoć 95-letniej staruszki z Szanghaju, u której wykryto koronawirusa. Na podstawie kolejnych, wychwyconych z chińskiego Internetu filmików i zdjęć Chang Che odtworzył je walkę z systemem.

Najpierw straszą panią próbował skłonić do pozostania w jej domku na kwarantannie funkcjonariusz w ochronnym kombinezonie. Staruszka przegoniła go, używając miotły. Przy pomocy tego samego oręża poradziła sobie, gdy przybyły posiłki w postaci pięciu funkcjonariuszy. Wówczas jej domek otoczono stalowymi barierami i je zespawano. Nie minęło wiele czasu i starsza pani pokonała także tę przeszkodę. Czuwający w pobliżu funkcjonariusze ujęli ją, obezwładnili, a następnie odwieźli do ośrodka odosobnienia. Wedle Chang Che w nocy zarażona koronawirusem staruszka przeskoczyła mur otaczający ośrodek i uciekła.

Jeśli więcej Chińczyków zacznie brać z niej przykład, zwłaszcza jesienią, gdy nadejdzie nowa fala epidemii, pojawią się kolejne mutacje SARS-CoV-2 i zacznie się XX Zjazd KPCh, sytuacja w Państwie Środka ma szansę stać się więcej niż arcyciekawa.

Nota bene na tym tle znakomicie widać, iż wieści o śmierci Zachodu okazały się znów przedwczesne. Wprawdzie z tego jak nasza cześć świata radziła sobie z pandemią właściwie nikt nie był zadowolony. Jednak nigdzie indzie nie stworzono skuteczniejszych szczepionek i medykamentów oraz szybciej wprowadzono ich do powszechnego użytku. Nigdzie indziej nie starano się tak usilnie szukać kompromisu między dobrem ogółu a dobrem jednostki. W żadnej innej części świata nie zwracano tyle uwagi na głosy niezadowolenia ze strony opinii publicznej. O tym, jak szybko wrócono do przed-pandemicznej normalności w porównaniu z Chinami nie ma co wspominać. Wygląda bowiem na to, że Państwo Środka poważną styczność z epidemią ma dopiero przed sobą.