Ukraińcy walczą bohatersko i z wielką determinacją, ale zostali sami. Przy takiej różnicy w potencjale militarnym między ich państwem a rosyjskim trudno mieć nadzieję, że najazd sąsiada skończy się dla Ukrainy dobrze.

Reklama

Putin nie straci władzy, sankcje nie rzucą go na kolana

Wprawdzie nikt dziś nie powie, czy państwo ukraińskie przetrwa lub w jakiej formie przetrwa, ale kilka rzeczy wydaje się dość pewne. Putin nie straci władzy i będzie rządził w najbliższych latach.

Zachodnie sankcje nie rzucą na kolana Rosji. Wzdłuż polskiej granicy wschodniej nie tylko w Kaliningradzie, ale i na Białorusi mogą zostać rozmieszczone na stałe potężne zgrupowania wojsk rosyjskich. W najgorszym scenariuszu to samo wydarzy się na obecnym odcinku granicy z Ukrainą. Odleglejsza przyszłości może okazać się jeszcze mniej wesoła. Zachód odcina się od Rosji na wielu polach gospodarczych, pozostawiając sobie możność kupowania tam surowców energetycznych. To w naturalny sposób przyśpiesza zbliżenie Moskwy z Pekinem. Chinom pozostaje tylko spokojnie poczekać, aż taki alias stanie się nieuchronny na ich warunkach.

Reklama

Tymczasem już teraz otacza tę część świata sieć sojuszy utworzona przez Stany Zjednoczone. Oplatają one wokoło Eurazję - począwszy od Cieśniny Beringa przez Pacyfik, Ocean Indyjski po Atlantyk. Jednak jedyny szerszy odcinek lądu, gdzie Ameryka z sojusznikami styka się bezpośrednio z tandemem Chiny-Rosja, znajduje się we wschodniej część Europy. Zaś pośrodku leży Polska. W tym miejscu można już tylko dodać, że Ukraińcy właśnie doświadczają fatalnego momentu, gdy zostaje się przedmiotem gry prowadzonej między mocarstwami. Polacy mieli okazję doświadczyć tego samego w roku 1939.

Olbrzymia transformacja układu sił

Na powyżej wymienione rzeczy III RP nie ma szans wywrzeć większego wpływu. Trwa bowiem właśnie olbrzymia transformacja międzynawowego układu sił. Jedyne co możemy, to próbować zrobić wszystko, żeby tym razem nas ta przemiana nie zgniotła. Wygląda zaś na to, że jak w XV-XVII w. Polska znajdzie się na styku dwóch wrogich światów - Wschodu oraz Zachodu. Z racji swych związków: cywilizacyjnych, kulturowych, ekonomicznych, mentalnościowych na trwałe jest powiązana z Zachodem. To, oraz geograficzne położenie, czyni z III RP naturalne przedmurze. Przynajmniej tak to nazywano kiedyś w Rzeczpospolitej. Dziś mówi się – państwo frontowe.

Reklama

W tym miejscu pora przejść do sedna. Nasi przodkowie byli niezwykle dumni z tej roli, choć dostarczała im głównie kolejnych zagrożeń i wojen. Dziś stało się to przedmiotem drwin co bardziej nowoczesnych Polaków. Niestety, od roli przedmurza Rzeczpospolita Obojga Narodów nie miała szansy uciec. Z położeniem geo-politycznym po prostu nie da się dyskutować, ani zawierać z nim kompromisów.

Próbując znaleźć receptę na to dziejowe nieszczęście w 1681 r. król Jan III Sobieski w swej mowie sejmowej tłumaczył posłom: "Lepiej w cudzej ziemi, o cudzym chlebie i w asyście wszystkich imperii, nie tylko samego cesarza sił, wojować aniżeli samym się bronić o swym chlebie i kiedy nas jeszcze przyjaciele i sąsiedzi odstąpią".

Polska jest kluczowym krajem frontowym Zachodu

Czasy są zupełnie inne, ale pora szukania recepty na ułatwienie sobie bycia przedmurzem (państwem frontowym), zbliża się raczej nieuchronnie. Na początek należałoby więc zacząć od stworzenia własnej … narracji. Tak - dokładnie tego. Nieustanne powtarzanie przez kilkanaście lat przez kolejne polskie rządy, że gazociągi Nord Stream są zagrożeniem dla III RP, Ukrainy i całej Unii Europejskiej długo wydawało się czymś podobnym do rzucania grochem o ścianę. A jednak w końcu przynosi to wiele politycznych korzyści. Warto było wykazać się choć w tym jednym - uporem, konsekwencją i cierpliwością.

Rdzeń nowej narracji stanowiłaby następująca teza – Polska jest kluczowym krajem frontowym Zachodu. To Rzeczpospolita dźwiga na sobie ciężar bycia barierą oddzielającą wolny, demokratyczny świat od zagrożenia, jakim jest dla niego Rosja oraz zapewne staną się Chiny. To Polacy ryzykują swoją przyszłością i życiem, by spokojnie mogli spać: Niemcy, Francuzi, Włosi, a nawet Brytyjczycy i Amerykanie. Do tej tezy należy dodać drugi element. Na to, żeby być mocnym państwem frontowym (przedmurzem) potrzebne są różnorodne środki. Takie, na które Polskę, nawet wzbogaconą przez ostatnie 30 lat, po prostu nie stać. I tu kolejna ważna sprawa - Warszawa o środki nie prosi. One się III RP należą z racji jej geostrategicznej roli, a także dla dobra całego Zachodu.

Dzięki nim w razie groźby wojny Francja nadal będzie mogła do upadłego negocjować z agresorem, nie oglądając się na upokorzenia fundowane jej prezydentowi. Niemcy zaś spokojnie podeślą w ramach pomocy militarnej np. kilka tysięcy par skarpet bojowych (było nie było niezbędnych dla każdej armii).

Wyścig z czasem

Wracając do narracji. Niestety przez ostatnie dwie dekady zawaliliśmy modernizację i rozbudowę armii, transformację energetyczną, budowę elektrowni atomowych, uczynienie państwa zdecydowanie odporniejszym na sytuacje kryzysowe i zagrożenia. Tego już się nie cofnie. Jednak zawsze można podjąć wyścig z czasem i spróbować efekty własnej głupoty oraz patologicznej krótkowzroczności zacząć niwelować, a nawet naprawiać. Na to potrzeba trzech, prostych rzeczy: pieniędzy, pieniędzy oraz pieniędzy. No i może jeszcze nauczenia się, jak je właściwie wydać. Zachód nadal dysponuje ogromnymi zasobami funduszy. Należy więc naszym sojusznikom szybko i jasno powiedzieć, że nadeszła dziejowa konieczność, by dla własnego dobra zainwestowali w trwałość i stabilność Polski. Takie rozwiązanie nie jest niczym nadzwyczajnym. Stany Zjednoczone co dekadę odnawiają umowę z Izraelem, na podstawie której wypłacają swojemu najważniejszemu sojusznikowi na Bliskim Wschodzie bezzwrotną dotację na dozbrojenie. Obecnie wynosi ona 3,8 mld dolarów rocznie.

W przypadku Polski taka dotacja należna od krajów Unii Europejskiej i USA za bycie państwem frontowym, nie powinna obejmować tylko zakupów uzbrojenia, acz to jest na dziś najbardziej palącą koniecznością. Zwłaszcza, że kolejne dni rosyjskiego najazdu na Ukrainę demonstrują, jakich rodzajów broni najbardziej potrzebujemy (z obroną antyrakietową i dronami na czele).

Polska - mocne przedmurze

Opisywana tu narracja powinna jasno wskazywać priorytetowe wydatki, konieczne żeby uczynić z Polski mocne przedmurze. Ułożenie owej listy wymaga analizy potrzeb. Jednak nawet bez tego wiadomo, że równie ważna co stan armii jest energetyka. Na planowaną transformację energetyczną środki jakie mamy otrzymać z UE są w obecnej dekadzie szacunkowo o 300 mld euro mniejsze od koniecznych wydatków. Dziejowa i geostrategiczna konieczność mówią jednym głosem, że Zachód ten wydatek powinien wziąć na siebie.

Kolejny pewnik, to żądanie zaniechanie przez Berlin jakichkolwiek prób blokowania polskich inwestycji w energetykę jądrową. A to niemal wprost zapowiedziała w tym tygodniu niemiecka Federalna Minister Środowiska Steffi Lemke podczas wizyty w Warszawie. Najwyraźniej wyczyny Putina nadal nie wystarczą niemieckim politykom, by zauważyli, że uczynienie z elektrowni gazowych kluczowego elementu w systemie energetycznym, to samobójczy pomysł. W sumie jeśli już się palą do samobójczych czynów cóż ... my biedni możemy z tym zrobić? Jednak gorzej, iż usiłują zmusić od nich także Polskę.

Wyliczanie, czym należy jeszcze wzmocnić przedmurze na pewno na tym by się nie skończyło. Acz już tak krótka lista potrzeb prezentuje się wyjątkowo bezczelnie. Jednak przejmowaniem się tym byłoby największym błędem.

"Dla dobra i przetrwania Zachodu Polska musi zostać wzmocniona"

W narracji nie chodzi o to, żeby coś dostać od razu. Chodzi o wypracowanie zmiany spojrzenia. Wymaga ona czasu i konsekwentnego powtarzania tego samego. Katon Starszy przez ponad dziesięć lat każde swoje przemówienie w rzymskim Senacie kończył słynnym: „Ceterum censeo Carthaginem esse delendam” („A poza tym sądzę, że Kartaginę należy zniszczyć”). Najpierw to drażniło, potem śmieszyło, a na koniec większość polityków uwierzyła, że faktycznie jest to konieczne. I Kartagina została zniszczona.

Teraz, niezależnie kto będzie rządził w kolejnych latach Polską, powinien z oślim uporem powtarzać naszym sojusznikom – "Dla dobra i przetrwania Zachodu Polska musi zostać wzmocniona". Potem dorzucać jak.

Straszne doświadczenia Ukrainy powinny zawsze tkwić w tyle głowy każdego polskiego przywódcy, niczym najlepszy motywator. Owszem można powiedzieć, że przecież jesteśmy w Unii i w NATO, zaś Amerykanie dają nam obecnie potrzebne wsparcie. Jak wielki i znakomity jest to atut widać na przykładzie znów Ukrainy. Tyle tylko, że nikt nie zna przyszłości. Nie wiemy, kto będzie prezydentem USA za kilka lat. Nie da się przewidzieć, jak Stany Zjednoczone poradzą sobie z problemami wewnętrznymi i chińskim wyzwaniem. Natomiast, co do militarnego potencjału oraz zapału do wchodzenia w konflikty zbrojne krajów Europy Zachodniej, trudno mieć złudzenia. W końcu najskuteczniejszą, niemiecką Wunderwaffe są obecnie hełmy, zdolne przerazić nawet Putina.

Rzeczą decydującą o przyszłości Polski może okazać się, ile atutów potrafi zgromadzić we własnym ręku. Takich, o których użyciu można decydować autonomicznie, bez konieczności zdawania się na pomoc sojuszników. Znakomicie, że oni są, lecz nigdy nie ma się stuprocentowej pewności, że są na zawsze. Dobrze byłoby więc już od jutra zacząć nieustannie powtarzać całemu Zachodowi, do znudzenia i bez oglądania się na reakcje – "Polska musi zostać wzmocniona".