Czym jest Ukraina dla Rosji najłatwiej prześledzić na przykładzie kilku dat i zdarzeń. Aż do 1654 r. państwo carów było dla mieszkańców Europy egzotycznym krajem leżącym w głębi Azji. Jego granice zaczynały się gdzieś w okolicach Smoleńska. Ugoda w Perejasławiu, w której zbuntowani przeciw Rzeczpospolitej Kozacy poprosili cara Aleksego I o opiekę, otworzyła przed Kremlem wrota na ukraińskie ziemie. Od tego momentu, do czasu aż car Piotr I uczynił z całej Rzeczpospolitej swój protektorat, minęło niecałe 70 lat. Zaledwie kolejnych 30. potrzeba było, aby rosyjscy żołnierze w sierpniu 1759 r., po bitwie pod Kunowicami mogli po raz pierwszy wkroczyć do Berlina. Nie zrobili tego jedynie dlatego, że zwycięski feldmarszałek Sałtykow uznał, iż nie ma konieczności, by Prusy zostały ostatecznie pobite. W ciągu stu lat słabe, azjatyckie państwo, wyrosło na mocarstwo odgrywające kluczową rolę w Europie.

Reklama

Nowoczesne technologie sprawiają, że wszystko biegnie szybciej. Po rozpadzie Imperium Romanowów i przejęciu władzy w Rosji przez bolszewików, ci uczynili wszystko, by nie dopuścić do powstania niepodległej Ukrainy. W wojnie z Polską, zakończonej de facto przed nadejściem zimy 1921 r., wyszarpali większą jej część. Od tego momentu, do udziału ZSRR w likwidacji II Rzeczpospolitej, minęło niecałe 18 lat. Do zajęcia przez Armię Czerwoną Berlina lat niespełna 24. Tym razem dawne Imperium Romanowów w swej nowocześniejszej wersji wyrosło na supermocarstwo usiłujące zdominować już nie tylko Europę, ale cały świat.

Putin się starzeje...

Powyższa wyliczanka nie służy stawianiu tez, że po zajęciu Ukrainy imperialna Rosji znów ruszyłaby na militarny podbój Zachodu. Czasy i układ sił w świecie zbytnio się zmieniły, by wciąż okazywało się to takie proste. Chodzi o to, że istnienie niepodległego, ukraińskiego państwa, to kluczowa przeszkoda dla uprawiania przez Kreml polityki na miarę imperialnych ambicji. Ta prawidłowość nie zmieniła się od ponad 350 lat. Potwierdza ją też rola, jaką odgrywało państwo rosyjskie przez ostatnie trzy dekady (przecież wciąż ogromne obszarowo). Gdyby nie broń atomowa oraz złoża surowców energetycznych, liczyłyby się z Rosją jedynie kraje ościenne. Nie dzieje się tak dzięki zaledwie dwóm atutom. Pierwszy został w spadku po ZSRR, drugi zapewniła natura. Przez trzydzieści ostatnich lat starzejącemu się i wyludniającemu imperium nie przybył żaden nowy. Starzeje się też jego długoletni władca. W tym roku stuknie mu siedemdziesiątka.

Chroniczne słabości nie oznaczają jednak braku zdolności do mobilizacji wszelkich zasobów, jeśli na Kremlu wyznaczony zostaje konkretny cel. Jednak na to potrzeba czasu. Tu właśnie leży klucz do zrozumienia sytuacji. Mianowicie wspominany czas.

Reklama

Trzeba pamiętać, że przewrót jaki miał miejsce na Ukrainie w 2014 r. zaskoczył niemal wszystkich, a zwłaszcza Władimira Putina i jego otoczenie. Sąsiedni kraj znajdujący pod władzą prezydenta Wiktora Janukowycza i oligarchów sprawiał wrażenie coraz bardziej upadłego. Administracja działała okazjonalnie, policję przeżarła korupcja, a armia w zasadzie została zlikwidowana. Najważniejsze jednak było rosnące na każdym polu uzależnienie od Rosji. W owym czasie większe niż Białorusi. Nota bene - jak wyglądają kolejne etapy wchłaniania uzależnionego państwa można sobie teraz obserwować na białoruskim przykładzie. Jednak w przypadku Ukrainy nastąpił zaskakujący bunt w Kijowie, a po obaleniu prorosyjskiego prezydenta, wchłaniany kraj zerwał się z łańcucha. Rosja odpowiedziała wznieceniem wojny w Doniecku i oderwaniem Krymu, i potem zatrzymała się w pół kroku. Ukraińska rewolucja wydarzyła się zbyt nagle, by Kreml miał dość czasu na zmobilizowanie zasobów koniecznych na długoletnią, otwartą konfrontację: ekonomiczną, dyplomatyczną, a w razie konieczności też militarną z Zachodem. Wprawdzie rosyjskie wojska mogły bez problemu zająć Ukrainę po Lwów, jednak agresja w stylu Adolfa Hitlera oznaczała pójście na taki stopień konfliktu z krajami Zachodu, do którego należało się najpierw przygotować.

Reklama

Jeden cel: Przygotowania do długoletniego konfliktu

Suma działań Władimira Putina po roku 2014 pokazuje, że zostały podporządkowane jednemu celowi. Przygotowaniom do długoletniego konfliktu. Zachód z ulgą odwołałby wszelkie sankcje nałożone na Rosję w zamian za kilka gestów dobrej woli i gwarancje, iż takie działania jak w Dombasie i na Krymie już się nie powtórzą. Rezygnując przy tym z jakichkolwiek żądań zwrotu tych ziem Ukrainie. Jednak Putin nie uczynił najmniejszego gestu w tym kierunku.

Otwieranie się na Zachód oznaczałoby ponowne uzależnienie rosyjskiej gospodarki od kooperacji ekonomicznej z krajami europejskimi. Cały czas obowiązujące sankcje wymusiły zastąpienie produktów z UE analogicznymi z innych części świata lub wytwarzanymi w Rosji. Czyni ją to bardziej odporną w perspektywie przyszłej konfrontacji. Sankcje nie przeszkodziły natomiast w zintensyfikowaniu starań, by powstał Nord Stream 2. Całą rzecz ułatwiło wciągniecie do kooperacji z Gazpromem kluczowych zachodnich koncernów: Royal Dutch Shell, E.ON, OMV i Engie.

Parasol ochronny Niemiec i lobbing Schrödera

Równie istotne znaczenia miał parasol ochronny rządu Niemiec i lobbing byłego kanclerza Gerharda Schrödera. Nord Stream 2 ostatecznie gwarantowałby, że w razie działań zbrojnych na Ukrainie eksport rosyjskiego gazu i czerpany stąd dochód nie ulegnie zakłóceniom. Mimo to i tak po 2014 r. Kreml intensywnie gromadził zasoby finansowe dające szansę przetrwania budżetowi państwa i gospodarce ostrzejszych sankcji. W listopadzie 2021 r. rezerwy przekroczyły kwotę 624 mld dolarów. Nigdy w historii Rosja nie posiadała większych.

W parze z tym szła wojna pojazdowa mająca osłabiać wewnętrznie kraje Zachodu. To nie powinno dziwić, bo są one naturalnym protektorem dla Ukrainy. Próby wpływania na wyniki wyborów w USA, sponsorowanie polityków i partii stojących w radykalnej opozycji do rządzących na Zachodzie elit, szerzenie dezinformacji w mediach społecznościowych, itd. itp. Wyliczanka działań podejmowanych przez rosyjskie specsłużby mogłaby być bardzo długa.

Prosty cel: podsycać konflikty

Wszystkie je łączy prosty cel. Podsycać konflikty w państwach, mogących chcieć stanąć na drodze strategicznych celów Rosji. Tak, żeby osłabić je wewnętrznie i niwelować chęci do zdecydowanych działań.

Jednocześnie Putin starał się umacniać spoistość wewnętrzną samej Rosji. Trzeba mu oddać, że w porównaniu ze Stalinem, szykującym ZSRR do wojny światowej, wykazywał się umiarem. Tamten wyrżnął większość nauczonego samodzielności korpusu oficerskiego i wyższych rangą członków partii, by zastąpić ich ślepo oddanymi wykonawcami poleceń. Do łagrów trafiły miliony ludzi z politycznie podejrzanych grup społecznych. Obecnie, choć Stalina w Rosji się wybiela i gloryfikuje, jej mieszkańcom nadal oszczędza się takich atrakcji. Poprzedzającą wszczęcie konfliktu konsolidację ograniczono do zaostrzenia cenzury w mediach i Internecie oraz likwidacji ostatnich niezależnych organizacji, skupiających środowiska opozycyjne. Ze znanych postaci zlikwidowany miał zostać jedynie charyzmatyczny twórca Fundacji Walki z Korupcją Aleksiej Nawalny. Jednak cudem przeżył kontakt z trującym nowiczokiem. Ostatecznie eliminacja polega więc na osadzeniu w kolonii karnej. Natomiast współpracowników Nawalnego zastraszono i w dużej części zmuszono do emigracji z Rosji. Końcowym etapem konsolidacji stała się likwidacja pod koniec ubiegłego roku, powstałego jeszcze w czasach pierestrojki, Stowarzyszenia Memoriał.

Apogeum gotowości na konfrontację z Zachodem

Po siedmiu latach przygotowań putinowska Rosja osiągnęła właściwie apogeum gotowości na długotrwałą konfrontację z Zachodem. Jedynie potencjał, jaki jeszcze może rozbudować, to siła militarna (co zresztą cały czas ma miejsce).

Jednak mimo tych wieloletnich konsekwentnych przygotowań można odnieść wrażenie, że Kremlowi coś poszło nie tak. Bierze się ono z tego, iż po ponad dwóch miesiącach od rozpoczęcia otwartego konfliktu Rosja nie osiągnęła żadnego istotnego celu strategicznego. Natomiast nastąpiła konsolidacja krajów Zachodu, Ukrainy nie udało się zastraszyć, zaś na niwie wizerunkowej i propagandowej Kreml ponosi dotkliwe straty. Wszelkie środki nacisku oraz zastraszania użyte przez Rosję nie przyniosły dotąd oczekiwanych rezultatów. Jedynym znaczącym, po jaki jeszcze nie sięgnięto, są działania zbrojne. „Wojna jest niczym innym, jak dalszym ciągiem polityki przy użyciu innych środków” – twierdził gen. Carl von Clausewitz, definiując ją jako: „akt przemocy, mający na celu nagięcie woli przeciwnika do naszej woli”.

Kreml utracił posiadane atuty

Ale na tym polu Kreml również utracił posiadane atuty. Miesiąc temu Unię Europejską trawił kryzys energetyczny z powodu skokowego wzrostu cen gazu, co czyniło jej państwa dużo wrażliwszymi na presję. Stany Zjednoczone były zaskoczone nagłą eskalacją żądań Rosji. Na dokładkę ukraińskie stepy zamarzły, czyniąc je idealnymi do szybkiego przemieszczania się wojska pancernych i zmechanizowanych. Jednak najlepszy moment na podjęcie działań zbrojnych już minął. Ukraińska armia jest dozbrajana. Stany Zjednoczone i sojusznicy gotowi są do szybkich retorsji na niwie ekonomicznej. Deszczowa pogoda przestała sprzyjać prowadzeniu operacji ofensywnych. Nawet możność skutecznego szantażu energetycznego wymknęła się z rąk Kremla. Unia znalazła inne źródła dostaw gazu. Poza tym sezon grzewczy dobiega końca i im cieplej, tym mniej go potrzebuje.

Z upływem czasu ewentualne koszty po stronie Rosji – jakie przyszłoby płacić po sięgnięciu po działania militarne na pełną skalę - radykalnie rosną.

Putin przeszarżował

Wygląda więc na to, że po latach przygotowań prezydent Putin przeszarżował, bo zbyt szybko wszczął planowany od dawna konflikt. Nie poczekał cierpliwie aż Stany Zjednoczone zaczną redukować swą obecność w Europie i mocniej uwikłają się w rozgrywkę z Chinami. Zlekceważył też fakt, że na uruchomienie Nord Stream 2 potrzeba jeszcze paru miesięcy.

Wystarczyły zapowiedzi Waszyngtonu oraz to, że Ameryką rządzi wiekowy prezydent, często sprawiający wrażenie, iż nie wie gdzie jest. Swoje dołożył skokowy wzrost cen gazu, jaki od września zaczął dotykać UE. Ten splot czynników, dających Rosji więcej autów, został najwyraźniej uznany za niepowtarzalne „okno możliwości”. Władca Kremla zaczął chwytać okazję. Dość czekania, pora uderzać (siedemdziesiątka na karku może dotkliwie przypominać, że niema się już aż tak wiele czasu). No i okazało się, że jednak należało poczekać. Rosja jest gotowa na długi konflikt, lecz czy go wygra zależy nie od niej, lecz od postawy USA i sojuszników.

Długoletnia wojna podjazdowa

Jeśli ci nie zgodzą się na kompromis, którego cenę zapłaci Ukraina, zapowiada się długoletnia wojna podjazdowa. Niezależnie, czy przejdzie w fazę militarną na Ukrainie, czy też będzie rozgrywana jedynie na niwie: politycznej, dyplomatycznej, medialnej, ekonomicznej oraz w świecie wirtualnym (tam za sprawą ataków hakerskich trwa de facto już od dawna). Ale choć przyszłość zapowiada się pesymistycznie, już dziś widać, iż prawdopodobieństwo opanowania i trwałego wchłonięcia Ukrainy przez Rosję stało się bardzo znikome. Natomiast to, że długi konflikt z Zachodem może z czasem wyczerpać rosyjskie siły i zasoby, okazuje się całkiem realne. W tym scenariuszu prowadziłoby to do zepchnięcia jej w stronę głębokiego kryzysu, podobnego do tego, jaki doświadczył ZSRR pod koniec swego istnienia.