Reklama

Nagła dymisja Piotra Naimskiego, po której niemal wszyscy zachodzą w głowę, czemu do niej tak naprawdę doszło, to znakomity suspens. Otwiera on kolejny sezon serialu o polskim, energetycznym Archiwum X. Ci, którzy oglądali niegdyś amerykańskie „Z Archiwum X” pamiętają, że aby zrozumieć rzeczywistość otaczającą bohaterów należało uwierzyć w istnienie: zjawisk paranormalnych, światów równoległych i sił nadprzyrodzonych. Za nimi zaś zawsze stali kosmici lub tajne agencje rządowe. Jedynym, który to całościowo ogarniał był agent FBI Fox Mulder. Niewiele jednak z tego wynikało, bo wszyscy mieli go za wariata. Gdyby nie to, że serial powstawał w latach 90. można by mieć pewność, że jego twórców zainspirowały dzieje polskiej transformacji energetycznej. Jest ona bowiem opowieścią o tym, jak kraj produkujący zbyt dużo prądu i cierpiący na nadmiar surowców energetycznych skuteczni uwolnił się od obu problemów. I nadal nie rozumiemy, jak to na zdrowy rozum było możliwe.

Inwestycyjny szał epoki Gierka

Zaczęło się od wielkiego szału inwestycyjnego epoki Edwarda Gierka. Zbudowano wówczas w Polsce masę nowych elektrowni zasilanych węglem kamiennym i brunatnym, by sprostały wyzwaniu zapewnienia energii i ciepła „dwudziestemu mocarstwu przemysłowemu świata”. W podobnym duchu rozbudowano górnictwo. Po czym przyszedł kryzys końca lat 70., bankructwo PRL na początku lat 80., gospodarczy krach końca dekady Jaruzelskiego, wreszcie wielkie przekształcenia początku lat 90., idące w parze z nową zapaścią gospodarczą.

Reklama

Skutkiem ubocznym zachodzących zmian była definitywna likwidacja ponad 1,6 tys. przedsiębiorstw państwowych, które zużywały prąd. Dwa razy tyle sprywatyzowano i one także wkrótce przestały potrzebować tak wiele energii. Na dokładkę z powodu zanieczyszczeń powietrza generowanego przez elektrownie węglowe, by spełniały zachodnie normy, musiano je zmodernizować. Splot tych czynników przyniósł prawdziwą klęskę urodzaju. Nawet pracując na pół gwizdka zakłady energetyczne wytwarzały zbyt wiele energii jak na polskie potrzeby.

Reklama

"Gazeta Prawna" alarmowała

W lipcu 2004 „Gazeta Prawna” alarmowała: „eksport energii z Polski doszedł do granic technicznych możliwości sieci”. Działo się tak, choć rozbudowywano systematycznie sieć połączeń transgranicznych. „W ciągu siedmiu miesięcy tego roku Polskie Sieci Elektroenergetyczne, które odpowiadają za 90 proc. eksportu energii, przesłały zagranicznym kontrahentom o 7,2 proc. energii więcej niż w tym samym okresie ub.r. PSE wyeksportowały do końca lipca br. 7,4 terawatogodzin energii elektrycznej, rok wcześniej było to 6,9 terawatogodzin” – donosiła wówczas „Gazeta Prawna”. Polska okazywała się czołowym, zagranicznym dostawcą prądu dla: Niemiec, Austrii, Czech i Słowacji.

A teraz przenieśmy się prawie dwadzieścia lat w przyszłość.

„W 2020 roku wzrósł import energii elektrycznej z Czech, Szwecji, Niemiec, Słowacji i Ukrainy, osiągając rekordowe 13,1 TWh (terawatogodzin – przy. aut.) netto. Na zakup prądu za granicą wydaliśmy ok. 3 mld zł.” - informował portal wysokienapiecie.pl 25 stycznia 2021 r.

Blackout?

Jeszcze ciekawiej zrobiło się w tym tygodniu, gdy pojawiły się doniesienia o tym, że lada chwila całą polską sieć energetyczną może dotknąć blackout. Groźba długiej ogólnokrajowej przerwy w dostawie prądu wynikła ponoć z powodu braku węgla. Portal strefainwestorow.pl, powołując się na informacje z Towarowej Giełdy Energii donosił, że kolejne bloki energetyczne musiały wyłączać m.in. elektrownie: Połaniec, Opole i Kozienice, ponieważ zabrakło opału. Wszystko zawisło na włosku, a nasz system energetyczny uratował import prądu od sąsiadów.

W tym miejscu rodzi się pytanie - jak to możliwe, że Polska, dysponując na początku XXI w. olbrzymim autem w postaci taniej energii elektrycznej, roztrwoniła go. Ba! Uczyniła to tak skutecznie, że na trwałe uzależniła się od zagranicznych dostaw zarówno surowców energetycznych, jak i samej energii. Tu zaczynają się zagadki naszego Archiwum X.

Polski serial z Archiwum X

Serial o nich mógłby rozpocząć się od restrukturyzacji polskiego górnictwa zainicjowanego przez rząd Jerzego Buzka w 1999 r. Wówczas to zdecydowano o zamknięciu ponad 20 kopalń i daniu 100 tys. górnikom do podpisania zobowiązań, że w zamian za 50 tys. zł odprawy nigdy już nie podejmą pracy przy wydobyciu węgla. W tym czasie w III RP za dużo było nie tylko prądu, ale też węgla i górników.

Wprawdzie branżę paliw kopalnych można potraktować jako strategiczne zaplecze dla energetyki, jednak wybrano model komercyjny. Cięto tak, żeby zaczęła przynosić zyski. Wielka Brytania za czasów Margaret Thatcher działała podobnie, acz z drobną różnicą. Tam rzecz oczywistą stanowiło, że jeśli redukuje się dostępność jednego surowca energetycznego, to zastępuje się go innymi, nad którymi nadal dzierży się kontrolę. Zamykaniu kopalń towarzyszyło więc zastępowanie elektrowni opalanych węglem – atomowymi, gazowymi i wiatrowymi. Uran z Kanady i Australii, gaz ziemny ze złóż zlokalizowanych pod dnem Morza Północnego oraz morski wiatr gwarantowały Albionowi bezpieczeństwo.

Baltic Pipe

W przypadku gabinetu Buzka ograniczono się do projektu budowy gazociągu Baltic Pipe, by oprócz rosyjskiego gazu importować także norweski. Jednak umowy podpisane w 2001 r. z koncernami: norweskim Statoil i duńskim Dong dwa lata później rozwiązał rząd Leszka Millera. Jak oficjalnie twierdzono dlatego, że Polska zakontraktowała zbyt dużo na dodatek zbyt drogiego gazu. No a rosyjski był taki tani. Do dziś znany z poczucia humoru Leszek Miller nagle go traci, gdy usłyszy pytanie – dlaczego tak naprawdę doprowadził do zaniechania budowy Baltic Pipe? Inna sprawa, że brylując nieustannie w mediach Miller, jakoś bardzo rzadko jej słyszy.

Co ciekawe już kolejny premier i jego otoczenie zorientowali się, że jednak coś tu się w bilansie energetycznym kraju nie spina. Wzrost gospodarczy i bogacenie się społeczeństwa owocowały coraz większym zapotrzebowaniem na prąd. Tymczasem protokół z Kyoto, zatwierdzony przez kraje Unii Europejskiej w 2005 r., nakazywał redukowanie emisji gazów cieplarnianych na czele z dwutlenkiem węgla. Oznaczało to, że budowa nowych elektrowni węglowych będzie na terenie UE coraz trudniejsza i mniej opłacalna.

Rząd Marka Belki zawarł więc w założeniach polityki energetycznej państwa, sporządzonych w 2005 r., punkt mówiący o konieczności powstania w Polsce elektrowni atomowych. Rządy Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego tego nie negowały. Donald Tusk też się z tym zgodził. Choć jedyne co się udało, to zainicjowanie za czasów premierostwa Marcinkiewicza w 2006 r. budowy gazoportu w Świnoujściu. Tak minęło sobie jak mgnienie oka 9 lat od momentu rozpoczęcia wygaszania górnictwa w III RP.

Tusk i elektrownie atomowe

Nagle 9 listopada 2008 r., podczas wizyty na Akademii Medycznej w Gdańsku premier Tusk oświadczył, iż w Polsce na dobry początek powstaną szybko dwie elektrownie atomowe. Potem miało być jeszcze lepiej.

Gdy patrzymy na świat, to widać, że jeśli chodzi o energetykę, to bezpiecznie czują się te kraje, które nie mają kilku elektrowni atomowych, ale kilkadziesiąt – mówił wówczas premier. Po czym powołano do życia spółkę PGE EJ 1, w której 78 pracowników nadzorowało 9 członków zarządu. Wspólnymi siłami przez następne lata zajmowali się oni przygotowaniami do wybudowania w Polsce nawet kilkudziesięciu elektrowni atomowych. Efekty tej pracy są widoczne gołym okiem. To znaczy widać - absolutnie doskonałe nic.

Tymczasem - jak to w dobrym serialu - napięcie stopniowo zaczynało rosnąć. Oto od 2008 r., przy aprobacie polskiego rządu w UE wprowadzano Europejski System Handlu Emisjami (EU ETS). Każdy kraj otrzymuje w nim darmową pulę uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Jeśli się ona kończy, wówczas dodatkowe certyfikaty można kupić na giełdzie. Jako że pula ulega stopniowej redukcji, cena certyfikatu na przestrzeni lat systematycznie rośnie. Ten kraj, który ma elektrownie węglowe traci najwięcej. Zgadnij Drogi Czytelniku, o jaki kraj chodzi?

Zjednoczona Prawica i zagadki z Archiwum X

Kiedy mijał w Polsce piętnasty rok czekania na energetyczny cud do władzy doszła Zjednoczona Prawica i w naszym Archiwum X zagadki zaczęły się mnożyć niczym króliki.

Na początek pod patronatem Anny Zalewskiej przeforsowano w sejmie ustawę antywiatrakową. Za jej sprawą od maja 2016 r. budowa lądowych farm wiatrowych jest w III RP właściwie niemożliwa. Ukontentowana tym Anna Zalewska zajęła się gimnazjami, a jej najbliżsi współpracownicy kontenerami PCK we Wrocławiu. Na szczęście nie przyszło im do głowy, żeby jak Don Kichot mordować już istniejące wiatraki. Dzięki temu, gdy pod koniec stycznia 2022 r., trochę chwycił mróz, a zarazem wiał silny wiatr, fermy wiatrowe dostarczyły do sieci energetycznej kraju 35 proc. niezbędnej mocy. Elektrownie wiatrowe mają bowiem tę zaletę, że gdy mocniej zawieje, to konwencjonalne mogą zaprzestać spalania węgla zachowując jego zapas na bezwietrzne dni. No ale ustawa antywiatrakowa skutecznie zapobiegła tworzeniu nadmiernych zapasów.

Jednocześnie rządy Zjednoczonej Prawicy przystąpiły do kolejnego etapu restrukturyzacji górnictwa pod sztandarem jego odrodzenia. Po czym w ciągu ostatnich ośmiu lat wydobycie węgla kamiennego w Polsce spadło z 74 do 55 mln ton. Zaś jego import z Rosji wzrósł do ponad 8 mln ton rocznie. O wszystko to obwiniono Brukselę. Fakt, że Komisja Europejska od lat wywierała bardzo mocne naciski na zamykanie kopalń, a następnie elektrowni węglowych, jednak kolejne ustępstwa ze strony Warszawy nie musiały przybierać formy efektownych samookaleczeń. Trudno przecież inaczej nazwać władowanie 1,3 mld złotych w budowę nowego bloku energetycznego w elektrowni węglowej w Ostrołęce. Następnie zaraz po jego wybudowaniu, rozpoczęcie rozbiórki w marcu 2021 r. Rok później okazuje się ona bez sensu, bo z powodu kryzysu gazowego cała UE musi wrócić do węgla. Czyli blok w Ostrołęce należałoby teraz odbudować choćby po to, żeby móc go potem znów wyburzyć.

Taki ciąg dalszy idealnie pasowałaby do energetycznego Archiwum X, w którym przez ostatnie dwie dekady udały się jedynie dwie inwestycje poprawiające strategiczne położenie Polski: gazoport oraz drugie podejście do gazociągu Baltic Pipe. Uchodzi on w powszechnej opinii za autorskie dziecko Pełnomocnika Rządu ds. Strategicznej Infrastruktury Energetycznej Piotra Naimskiego. Zdymisjonowanego tuż przed uroczystym otwarciem dzieła jego życia. Przy czym jak zawsze nie ma pewności, o co tak naprawdę chodzi, a nawet czy za „odstrzelanie”, wydało się nieusuwalnego weterana prawicy odpowiada: Daniel Obajtek, premier Morawiecki, czy jednak kosmici? Ponieważ w polskiej polityce energetycznej jedyne co pewne, to serialowe motto: „The Truth Is Out There”. Co miłośnicy Archiwum X powinni bez trudu zrozumieć.