Oficjalnego potwierdzenia tych doniesień nie ma, napisały o tym tylko "Bild" i Agencja Reutera. Ale i tak wśród ekonomistów i na rynkach finansowych zrobiło się o pomyśle głośno.

Dotychczasowa, niezmiernie konserwatywna polityka fiskalna Niemiec jest bowiem powszechnie wskazywana jako jedna z głównych przyczyn coraz słabszej koniunktury gospodarczej w całej strefie euro. Zmiana nastawienia i wprowadzenie stymulacji fiskalnej za pomocą jakiegoś dużego programu finansowanego z budżetu dawałyby szansę na poprawę sytuacji w skali makro.

Jak przekonuje Mikołaj Raczyński z Noble Funds TFI: "Doszliśmy do momentu, w którym obecna polityka fiskalna Niemiec (coraz wyższe nadwyżki budżetowe) bardziej szkodzi, niż pomaga gospodarce.

Stworzyło się błędne koło, w którym wszyscy oszczędzają, a nikt nie inwestuje. Państwo oszczędza przez coraz większe nadwyżki, a z kolei sektor prywatny, nie widząc wzrostu na horyzoncie, również zachowuje się bardzo ostrożnie. Ktoś musi zatrzymać to błędne koło i przy obecnym koszcie finansowania (ujemne rentowności) powinien to zrobić rząd".

Faktycznie dziś niemiecki rząd, gdyby tylko chciał, mógłby się zadłużyć bezkosztowo – obligacje tego kraju są notowane na rynkach z ujemną rentownością. W przypadku obligacji dziesięcioletnich sięgała ona w ubiegłym tygodniu rekordowego poziomu -0,6 proc. Po pojawieniu się tematu zmian w niemieckiej polityce fiskalnej rentowność ta urosła do około -0,5 proc.

Cytowany przez Reutersa anonimowy członek administracji rządowej w Berlinie mówi, że pomysł na luzowanie miałby zostać powiązany z "pakietem ochrony klimatu". Program ten jest wieloletni, ma kosztować 40 mld euro w ciągu 20 lat i zakłada spore wsparcie dla najuboższych rodzin związane z pokrywaniem większych kosztów energii po tym, jak Niemcy wycofają się z energetyki węglowej. Pojawiła się koncepcja, aby częściowo sfinansować go długiem i jednocześnie dopuścić do pojawienia się deficytu budżetowego. Co ważne: niemieckie ministerstwo finansów jak dotąd nie sprzeciwiło się temu pomysłowi.

Wśród osób, które od dawna namawiają Niemców na luźniejszą politykę fiskalną, są m.in. szef Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi i Christine Lagarde, która dotąd kierowała Międzynarodowym Funduszem Walutowym, a od listopada zastąpi Draghiego w EBC. Ich zdaniem dla ożywienia gospodarczego w strefie euro konieczna jest stymulacja od strony fiskalnej, czyli albo obniżenie podatków, albo zwiększenie wydatków rządowych. Kosztem takiego zabiegu jest wzrost długu, dlatego kraje, które są mocno zadłużone, nie mogą sobie na to pozwolić. W tej sytuacji powinny wziąć to na siebie kraje z niewysokim poziomem długu, czyli w strefie euro przede wszystkim właśnie Niemcy. Draghi na swojej konferencji prasowej parę tygodni temu mówił wprost, że jeśli sytuacja gospodarcza w strefie euro będzie się dalej pogarszać, wtedy kwestia stymulacji fiskalnej stanie się kluczowa, bo sama polityka monetarna banku nie będzie już w stanie niczego zmienić na lepsze.

Kilka dni temu "Financial Times" opublikował swój własny apel do władz Niemiec, podpisany przez całe kolegium redakcyjne. Gazeta wskazuje, że przy spadającej produkcji i eksporcie, obniżkach prognoz w największych niemieckich firmach (takich jak np. BASF czy Daimler), długu publicznym niższym niż w innych krajach i ujemnych stopach procentowych najlepszym rozwiązaniem problemu jest luźniejsza polityka fiskalna.

Z kolei niemiecki think tank DGAP (Niemiecka Rada Stosunków Międzynarodowych) w ostatnią środę napisał, że bez luźniejszej polityki fiskalnej w Niemczech cała strefa euro stanie się ofiarą narastającej wojny walutowej między Stanami Zjednoczonymi a Chinami.

Jednak Niemcy od lat udają, że wezwań do poluzowania swojej polityki budżetowej nie słyszą. Dlatego zmiana w tym zakresie byłaby prawdziwym przełomem dla całej strefy euro. Jak dotąd największy opór przed taką zmianą stawiali najbardziej prawicowi posłowie koalicji CDU/CSU, których nie da się przekonać argumentami ekonomicznymi. Ale mogą oni posłuchać argumentów politycznych. Dlatego połączenie zmiany w polityce fiskalnej z polityką klimatyczną wydaje się trafione. Dziś największą partią opozycyjną i największym konkurentem CDU na rynku politycznym jest Partia Zielonych, która regularnie dostaje w sondażach ponad 20 proc. głosów. Jeśli CDU zdecyduje się na realizację inwestycji ekologicznych, przejmie tym samym część postulatów Zielonych i wytrąci im z ręki istotne argumenty.

Mikołaj Raczyński dodaje, że ma to również sens od strony gospodarczej.

Kwestie klimatyczne wydają się tutaj idealnym celem. Również m.in. dlatego, że to one odpowiadają za część spowolnienia w Europie – przekonuje.

Presja na niemiecki rząd w sprawie luźniejszej polityki fiskalnej narasta coraz szybciej, co samo w sobie jest swego rodzaju przełomem.

Kolejny może wydarzyć się w przyszłym miesiącu. Program ochrony klimatu ma zostać zatwierdzony 20 września.