Na swoim blogu o swojej motywacji pisze tak: Dzień pracy zwykle zaczyna się w biurze (i często niestety tam się kończy), robiąc biurowe rzeczy, czyli przede wszystkim herbatę. Później rusza się w teren, aby coś sprzedać. Ja jadę w teren sprzedać karmę, lekarz terenowy jedzie sprzedać grzebanie w krowim odbycie - nie ma większej różnicy. Dzwonię i proszę go, aby powiedział poważnie, dlaczego zrezygnował z ideałów.

Jest nadpodaż weterynarzy na rynku. Zrozumiałem, że aby być w tym dobrym, żeby się wybić, musiałbym bardzo ciężko pracować. A na to jestem za leniwy. No i panicznie bałem się zostania konowałem, a w tym zawodzie, jak w każdym innym zresztą, jest ich wielu.

Ostro traktuje pan środowisko lekarzy weterynarii.

Nie powinienem tego robić, bo przecież z nich w dużej mierze żyję. Ale irytuje mnie ignorancja, brak wykształcenia, posługiwanie się schematami w pracy. A tak postępuje duża część lekarzy. To w dużej mierze wina systemu. Obserwuję niektórych moich kolegów, z którymi jeszcze niedawno siedziałem w kolejce, aby po raz trzeci poprawiać egzamin, a którzy tuż po studiach pootwierali swoje gabinety albo robią z siebie wielkich doktorów. Przecież oni niczego nie umieją, a w najlepszym wypadku bardzo niewiele. A żeby wykonywać ten zawód, trzeba mieć po pierwsze powołanie, po drugie zaś olbrzymią wiedzę. Moim zdaniem dużo szerszą, niż w przypadku ludzkich lekarzy. Oni mogą się ściśle specjalizować - ten będzie tylko od serca, tamten od kości. Lekarze weterynarii także co raz częściej specjalizują się w określonej dziedzinie medycyny, ale jest to proces ciągle raczkujący. Weterynarz, zwłaszcza w opinii właściciela zwierzęcia, musi znać się na wszystkich organach. I to na kilku gatunkach stworzeń, nie jednym. Moim zdaniem studia nie przygotowują do takiej pracy. Więcej jest na nich o bezpieczeństwie żywności niż o chorobach psów i kotów.

Myślę jednak, że niewielu młodych po studiach decyduje się otworzyć własną praktykę. Większość idzie pracować do bardziej doświadczonego lekarza.

To prawda, rozsądni tak robią - ale wytrzymują tylko 2-3 lata. Oczywiście nie ma mowy o etacie, pracuje się na śmieciówkach. Stawka w Warszawie wynosi 15 zł za godzinę. W magazynie, gdzie dorabiałem na studiach, dostawałem dokładnie tyle samo. Żeby więc zarobić więcej niż 2 tys. zł, tłuką godziny. Są zmęczeni i sfrustrowani, nie czytają, nie rozwijają się. Właściciel gabinetu nie zapłaci im więcej, bo taki jest rynek. Na skinienie palcem ma kolejnego chętnego. Ale kiedy taki młody odchodzi i pod nosem zakłada mu swoją klinikę, jest zdziwiony. I narzeka, że traci klientów i kasę. Wie pani, ile w samej Warszawie i okolicach jest gabinetów weterynaryjnych? Ponad 600. Kiedy jadę przez Ursynów, obserwuję, jak na przestrzeni 100 metrów usadowiły się cztery, tuż koło siebie. To jest chore. Oczywiście część tych interesów padnie, ale zaraz pojawią się nowe.

Może trzeba wyjechać na wieś? Ja wychowałam się na serialu "Wszystkie stworzenia duże i małe".

Praca w terenie? To nie dla mnie. I spora część osób, które rzuciły studia, zrobiły to właśnie dlatego, iż zobaczyły, jak praca weterynarza wygląda w rzeczywistości. Jest bardzo ciężka fizycznie, ale to nie jest największy problem. Te wszystkie fermy, obory, chlewnie... Mówiąc wprost, to robota w odchodach. Smród i upodlenie. Złe traktowanie zwierząt. A do tego ci wszyscy ludzie, którzy mówią całkiem innym językiem, z którymi nie mogę się porozumieć, jakbyśmy pochodzili z innych planet.

To lepiej iść do pracy w rzeźni? Ja bym chyba już wolała oborę.

Wiele osób marzy o rzeźni, to bardzo dobrze płatna robota. W dużej ubojni można zarobić nawet 10-15 tys. zł miesięcznie, bo płacą od sztuki. Ale teraz z powodu choćby afrykańskiego pomoru i zamknięcia granic przez Rosję  ubija się coraz mniej świń, więc jest mniej pracy. Inna sprawa, że to bardzo przykre, mechaniczne zajęcie. Nie wiem, jak długo można je wykonywać, pozostając w pełni zdrowia psychicznego.