Pierwsze dylematy pojawiają się już na rozmowie kwalifikacyjnej. Uśmiechać się i opowiadać dowcipy czy raczej epatować profesjonalizmem? Kilka lat temu Harvard Business Review opublikował wyniki badań, których celem było ustalenie, co decyduje o udanym początku kariery. Okazało się, że ci, którym udało się wiarygodnie połączyć bycie kompetentnym z miłą aurą, wygrywali najczęściej. Ale gdy pracodawca musiał wybrać między dobrym merytorycznie gburem a kandydatem miłym, choć nie tak kompetentnym, częściej stawiał na tego drugiego.

I nie chodziło tylko o to, że każdy (nawet poszukujący mocnego merytorycznie pracownika szef) woli przebywać w towarzystwie osoby bezproblemowej. Wybierając miłego człowieka, pracodawcy wcale nie działali emocjonalnie czy irracjonalnie. Na całym świecie klasa korporacyjno-menedżerska coraz bardziej ceni umiejętności komunikacyjne.

Niedawny sondaż czołowej globalnej firmy headhunterskiej Robert Half International (RHI) pokazuje, że aż 93 proc. amerykańskich kierowników uważa, że w najbliższych 10 – 15 latach ich podwładni coraz częściej będą pracować w grupach przekraczających granice krajów, kontynentów i kultur. Ich powodzenie zależy więc przede wszystkim od tego, czy będą umieli się dogadać. A przecież mili powinni się dogadywać lepiej.

Niewykluczone, że przebrnąwszy przez rozmowę kwalifikacyjną, trzeba porzucić strategię „na sympatycznego i uśmiechniętego”. Zdaniem Amy Cuddy, psycholog biznesu z Harvard Business School, gdy człowiek, z którym współpracujesz, jest miły, wprawdzie lubisz się z nim socjalizować, w głębi duszy zazwyczaj jednak... odmawiasz mu kompetencji.

Dzieje się tak dlatego, że znając kogoś słabo (a przecież ze sporą częścią kolegów z pracy mamy taki właśnie kontakt), oceniamy go w zależności od tego, jak odpowiemy sobie na dwa zasadnicze pytania. Pierwsze brzmi: jakie są jego intencje wobec mnie? Jeśli są dobre, akceptujesz nową osobę i nie pytasz dalej. Dopiero jeśli uznasz, że może być inaczej, zaczynasz zastanawiać się, czy dana osoba będzie kierować się w działaniu złymi intencjami. Dopiero wtedy analizujesz szeroko rozumianą inteligencję i spryt tej osoby i w zależności od wyniku kwalifikujesz ją jako mądrą lub niemądrą. W konsekwencji tworzy się upraszczający mechanizm: współpracownik jest dla nas albo miły, albo mądry. Automatycznie odmawiamy pierwszemu tej drugiej cechy i na odwrót.

Konsekwencje są do przewidzenia. Miłych lubimy, ale zazwyczaj intelektualnie nie doceniamy. Zdaniem amerykańskiej trenerki rozwoju kariery Lois Frankel w tę pułapkę najczęściej wpadają kobiety.


Kilka lat temu Frankel wydała nawet książkę „Why Nice Girls Don’t Get the Corner Office” („Dlaczego miłe dziewczyny nigdy nie dostają najlepszych gabinetów”), w której m.in. radzi paniom: nie proście o pozwolenie, róbcie swoje i liczcie na wybaczenie dopiero wtedy, gdy popełnicie błąd. Nie czekajcie pokornie, aż wszyscy się wypowiedzą, bo zwiększa to szanse, że ktoś zgarnie wasz pomysł. I tak dalej.

Z byciem ostrą pracowniczką (albo pracownikiem) też trzeba jednak uważać. Zdaniem ekonomistów nie opłaca się bowiem także superprofesjonalna postawa: „nie przychodzę do pracy, żeby się przyjaźnić, tylko żeby pracować. Nie musimy się lubić ani wysyłać sobie kartek na święta”.

Według sondażu Gallupa sprzed kilku lat aż 56 proc. badanych, którzy przyznają się do pracowych przyjaźni, należy też do grona najbardziej produktywnych pracowników w swoich zakładach.

To nie wszystko. Badacze z Uniwersytetu Chicagowskiego zaobserwowali niedawno ciekawą korelację: im więcej masz przyjaciół (nie tylko w pracy), tym lepiej... zarabiasz. Ich zdaniem każdy dodatkowy i określany jako bliski przyjaciel podnosi twoje zarobki o dwa procent w stosunku do reszty biurowych kolegów.

Trzeba też pamiętać, że przyjaciele (niekoniecznie ci najbliżsi) są absolutnym numerem jeden wśród metod na znalezienie nowej pracy.