Zwolennicy nazywają go "europejskim MFW" albo "ostatnią deską ratunku dla zadłużonych". Dla przeciwników jest złamaniem wszystkich zasad, na których oparta była do tej pory Unia. Dziś niemiecki trybunał konstytucyjny zdecydował, że zasady działania Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego (EMS) są zgodne z ustawą zasadniczą RFN. To oznacza, że ESM zastąpi Europejski Bank Centralny w ratowaniu unijnych bankrutów.

>>> Trybunał pozwolił Merkel ratować strefę euro, ale stawia warunki

Decyzja trybunału będzie kluczowa, bo bez największej gospodarki Europy nasza misja po prostu nie ma sensu – mówił jeszcze przed orzeczeniem Klaus Regling, bezbarwny niemiecki eurokrata, który będzie pierwszym szefem EMS.

W Luksemburgu trwają przygotowania do zainaugurowania działalności EMS. Jest już logo, a wkrótce ma powstać strona internetowa. Są już również fundamenty organizacyjne, bo od lata 2010 r. działa Europejski Instrument Stabilności Finansowej (EFSF) – prowizorka oparta na luksemburskim prawie, która udzieliła ratunkowych pożyczek rządom Portugalii i Irlandii. Uczestniczyła też w jednej z transz greckiego bailoutu. W przeciwieństwie do tej tymczasowej instytucji ESM ma być organizacją nieporównywalnie silniejszą i umocowaną na silniejszych podstawach. Liczba pracowników wzrośnie z dzisiejszych 57 do 75 (do końca roku), a docelowo nawet do 100. Pracownicy (głównie eurokraci z doświadczeniem prawniczo-finansowym) zostaną ściągnięci z Komisji Europejskiej, Europejskiego Banku Centralnego i MFW. Pensje dla pracowników merytorycznych sięgną od 64 do 167 tys. euro rocznie. Szef EMS Klaus Regling zarobi 324 tys. euro. To pobory zbliżone do szefa Komisji Europejskiej i wyższe niż np. wynagrodzenie... kanclerz Angeli Merkel, która dostaje rocznie 290 tys. euro.

Czym będzie zajmował się EMS? Mówiąc najbardziej ogólnie, ratowaniem zadłużonych państw. W formie pożyczek, gwarancji albo wykupu obligacji. Ekipa Reglinga będzie dysponowała na ten cel środkami w wysokości 700 mld euro (gotówka plus zabezpieczenia). Z tej sumy ruszyć można jednak "tylko" 500 mld, by samemu utrzymać wypłacalność. Zdaniem wielu krajów, zwłaszcza tych zadłużonych, to za mało. Jednym z pomysłów, by antykryzysowa bazooka (jak czasem nazywany jest EMS) mogła naprawdę wypalić, było wyposażenie jej w licencję bankową. Wówczas luksemburska instytucja mogłaby na dogodnych warunkach pożyczać pieniądze od EBC i pompować je w kulejące gospodarki strefy euro. Takiemu rozwiązaniu sprzeciwiła się jednak kanclerz Angela Merkel, argumentując, że może to nakręcić spiralę inflacyjną w strefie euro. Niektórzy eksperci uważają jednak, że był to z jej strony tylko sprytny wybieg mający na celu uśpienie przeciwników EMS. Dokument powołujący do życia tę instytucję został napisany tak nieprecyzyjnie, że w praktyce EMS będzie mógł ściągać pieniądze od EBC w nieograniczonych ilościach – uważa Hanno Kube, prawnik z Uniwersytetu w Moguncji i autor ekspertyzy krytykującej powołanie unijnego funduszu ratunkowego.

To niejedyny argument przeciwników EMS. Część z nich uważa również, że instytucja jest niczym innym jak środkiem do uwspólnotowienia unijnych długów, oznacza więc złamanie słynnej zasady przyświecającej traktatowi z Maastricht, w myśl której każdy z krajów UE sam powinien radzić sobie z długami. EMS oznacza zachętę do prowadzenia niezdyscyplinowanej polityki budżetowej – przekonuje Albrecht von der Hagen, szef Związku Drobnej Przedsiębiorczości RFN.

Według planów szefa EMS Klausa Reglinga misja jego instytucji potrwa najwyżej trzy lata. Jednak EMS nie zniknie. Będzie nadal monitorował sytuację, tyle że z dużo niższym poziomem zatrudnienia. Zapadniemy wtedy w coś w rodzaju zimowego snu – przekonuje Niemiec. Obserwując sytuację w Europie, widać jednak, że do tego jeszcze daleka droga.