Nowa unijna dyrektywa o delegowaniu pracowników, która ma wejść w życie wraz z pakietem mobilności pod koniec tego roku, będzie prawdziwym wyzwaniem dla firm z branży transportowej. Zwłaszcza tych, których biznes opiera się przede wszystkim na przewozach cross trade czy kabotażowych. Kierowcy będą musieli być opłacani według zasad obowiązujących w kraju, w którym wykonują załadunek lub rozładunek towaru.

Jak wyliczają eksperci, wydatki na pensje pójdą w górę nawet o 50–60 proc. Stanie się tak, gdyż nowe przepisy będą zakazywały wliczania ryczałtów i diet, które dziś stanowią nawet połowę miesięcznego wynagrodzenia kierowców, do pensji podstawowej.

Dziś firmy miały taką możliwość, dzięki czemu mogły wykazać w trakcie kontroli ze strony organów administracyjnych państwa, na terenie którego działają, że nie płacą mniej niż lokalna konkurencja. Teraz to się skończy. W praktyce oznacza to, że będą musiały zrównać pensję podstawową do tej, jaka jest wypłacana za granicą. Co więcej, nie będą mogły zastosować minimalnej stawki godzinowej, tylko wyższą, bo na zachodzie ta jest ustalana układami zbiorowymi.

Podwyżka nie zwolni ich z wypłaty dodatków i diet, jakie teraz wypłacają w związku z podróżą służbową na podstawie obowiązujących w kraju regulaminów pracy. – To oznacza, że kierowca, który dziś zarabia około 7–10 tys. zł na rękę miesięcznie, po zmianie przepisów dostanie 11–14 tys. zł – komentuje Maciej Wroński, prezes Związku Pracodawców Transport i Logistyka Polska.

Firmy, nie tylko te małe, ale i większe, przyznają, że nie stać ich na taki wzrost kosztów. – Prawdopodobnie będziemy zmuszeni wycofać się z przewozów cross trade i kabotażowych. Ale jeśli to zrobimy, czeka nas bankructwo. Tylko dzięki nim funkcjonujemy. Na rynku krajowym konkurencja jest zbyt duża, by prowadzić opłacalny biznes – mówi właściciel rodzinnej firmy transportowej z Mazowsza. Maciej Wroński potwierdza, że firmy nie dysponują oszczędnościami, dzięki którym będą w stanie pokryć wzrost kosztów związanych z zatrudnieniem. Rentowność w sektorze wynosi dziś od 1 do 3 proc. Dlatego na początku firmy będą wykorzystywały do tego celu pieniądze przeznaczone na przykład na spłatę rat leasingowych za zakupiony tabor. Może to spowodować długi, a w efekcie niewypłacalność i bankructwo – dodaje.

Sytuacja byłaby inna, gdyby branża zdecydowała się przyjąć propozycję przedstawioną przez resort rodziny, pracy i polityki społecznej w zakresie likwidacji podróży służbowych i przyjęcia w Polsce przepisów o delegowaniu. Powodem jej odrzucenia były oczywiście koszty, które w przypadku mniejszych firm mogłyby wzrosnąć o ok. 20 proc. Propozycje zmiany zasad wynagrodzenia były dyskutowane w 2017 r., zaraz po tym jak Komisja Europejska przedstawiła projekt pakietu mobilności. – Wówczas środowisko transportu międzynarodowego uznało, że lepiej jest poczekać na zakończenie prac nad pakietem mobilności, żeby było jasne, jak przepisy dotyczące delegowania zostaną uregulowane. Dopiero wtedy wrócimy do rozmowy o zmianach wynagrodzenia – mówi dyrektor departamentu transportu Piotr Mikiel ze Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce. Po tych deklaracjach prace zostały zamrożone i na razie do rozmów nie powrócono.

Przewoźnicy walczą, by wzrostem kosztów pracy nie zostali obciążeni wyłącznie przedsiębiorcy. – Możemy myśleć o zmianie zasad, ale niech to obciążenie będzie równomierne dla kierowcy-pracownika i pracodawcy. Przedsiębiorca nie jest w stanie tego dźwignąć. Polski transport nie będzie konkurencyjny w Europie – podkreśla Maciej Zwyrtek, dyrektor generalny ds. sprzedaży w firmie Kuźnia Trans. Mówi też, że branża chce wreszcie mieć jasność, jakie przepisy obowiązują zarówno na poziomie europejskim, jak i krajowym.

Nie chcemy sytuacji, w której mamy podpisane długookresowe kontrakty i nagle zmieniają się przepisy. Klienci nie są chętni do zmieniania zawartych umów. Poza tym trudno w tak niepewnych warunkach ich utrzymać, nie wszyscy będą chcieli płacić z dnia na dzień więcej – podsumowuje.