Dziennik Gazeta Prawana logo

K239 Chunmoo. Koreańskie HIMARS-y dla Polski, czyli trzy duże plusy [OPINIA]

20 października 2022, 19:52
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
K239 Chunmoo
<p>K239 Chunmoo</p>/Shutterstock
Prawie 300 km. Prawie 300 sztuk. Zaledwie 6 lat. Tak w liczbach można przedstawić zakup wieloprowadnicowych wyrzutni K239 Chunmoo, który wczoraj ogłosiło ministerstwo obrony narodowej. Mogą one niszczyć cele przeciwnika na odległość ok. 290 km, kupimy ich 288, a dostawy mają się zacząć w przyszłym roku i skończyć w 2028 r.

Jest to kolejny zakup w Korei, który w ostatnich tygodniach ogłasza wicepremier Mariusz Błaszczak. W przypadku armatohaubic K9 czy samolotów FA-50 nie obyło się bez kontrowersji. Te pierwsze są konkurencją dla polskiego Kraba, te drugie mają dyskusyjną wartość bojową. Ale w wypadku K239 Chunmoo ocena w jednym zdaniu brzmi: "to jest dobry zakup". Powody są co najmniej trzy.

K239 Chunmoo. Nowe zdolności Wojska Polskiego

Po pierwsze, kupując te wyrzutnie polscy żołnierze dostaną zdolności, których dotychczas nie mieli. K239 pozwala za pomocą zestawów artyleryjskich bardzo precyzyjnie razić pozycje przeciwnika w odległości prawie 300 km. Niektórzy twierdzą, że przy użyciu odpowiedniego paliwa, nawet dalej. Do tej pory podobny, a nawet nieco większy (400 km) zasięg w Wojsku Polskim miały jedynie pociski JASSM, które podwieszane są pod samoloty F-16. Krótszy, bo ok. 200 km ma Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy wyposażony w rakiety NSM i okręty typu Orkan.

Biorąc pod uwagę, że K239 zostaną wyposażone w system kierowania ogniem Topaz, który funkcjonuje już m.in. na armatohaubicach Krab, polscy żołnierze dostaną nowe zdolności, ale nieco upraszczając, z instrukcją obsługi, którą już w dużej mierze znają. I choć będzie to wymagało zmiany podejścia do obowiązującej u nas filozofii wojsk rakietowych, pewnego przeformatowania myślenia do innych zasięgów, to wydaje się że takich problemów należy sobie życzyć. A o skuteczności tego rodzaju broni świadczą choćby sukcesy ukraińskich obrońców w niszczeniu rosyjskich składów amunicji przy pomocy m.in. HIMARS-ów.

K239 Chunmoo - cena

Drugą kwestią, patrząc na napaść Rosji na Ukrainę – kluczową, jest szybki czas dostaw. Pierwszy dywizjon, czyli 18 sztuk ma trafić nad Wisłę już w przyszłym roku. Ostatnie mają się pojawić w 2028 r. Dla porównania: umowę na amerykańskie HIMARS, upraszczając system o podobnych możliwościach, podpisaliśmy w 2019 r., a pierwsze dostawy będą w… 2023 r., czyli wtedy, gdy zamówione we środę K239.

Oficjalnie nie podano ceny tych 288 wyrzutni. Ale jeśli weźmiemy pod uwagę, że armatohaubice K9 są o ponad 20 proc. tańsze niż polskie Kraby oraz że sposób produkcji, szybkość i jakość K239 chwalą nawet ludzie związani z amerykańskim przemysłem zbrojeniowym, należy się spodziewać, że jest to produkt tańszy od HIMARS-ów. W 2019 r. umowa na 20 wyrzutni HIMARS opiewała na ponad 400 mln dolarów. To daje pewne wyobrażenie. Ale trudno to bezpośrednio porównywać, ponieważ takie kontrakty różnią się liczbą zamawianych pocisków, pakietami szkoleniowymi, logistycznymi, itd.

Zyskać ma polski przemysł

– zapowiedział wicepremier Mariusz Błaszczak. Biorąc pod uwagę, że na Jelczach będą także pojazdy w programach obrony powietrznej Wisła (system Patriot) i Narew, Wojsko Polskie będzie w tym zakresie pracować na podobnym, znanym sobie sprzęcie. Zarobi także Grupa WB, która produkuje wspominany już system kierowania ogniem Topaz i system wymiany danych Fonet.

Ale bardzo istotne jest także to, że ten zakup wiąże się z transferem technologii. Możliwe jest więc to, że polski przemysł zbrojeniowy za pieniądze podatnika dostanie know-how produkcji pocisków mających zasięg nawet kilkuset kilometrów. O czymś takim skarżyskie Mesko wchodzące w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowej dotychczas mogło tylko pomarzyć.

W tej beczce miodu łyżką dziegciu jest to, że jest to umowa ramowa, tak więc transfer technologii nie jest jeszcze wynegocjowany. A jak pokazują doświadczenia, m.in. offset, czyli nabycie technologii przy zakupie samolotów F – 16 prawie 20 lat temu, czy też znacznie mniej odległe negocjacje dotyczące offsetu przy programie Wisła, przed podpisaniem kontraktu zagraniczni dostawcy obiecują złote góry. Ale jeśli się go już podpisze, a transfer technologii jest negocjowany później, to te obietnice mogą pozostać tylko… obietnicami.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj