Reklama

Zacznijmy od prostego dodawania. Weźmy pieniądze z KPO, których Polska może nie zobaczyć. Do tego dołóżmy kwoty, jakie powinniśmy otrzymywać jako solidarnościowe wsparcie za przyjęcie 2-3 milionów uchodźców z Ukrainy. Zaś w perspektywie majaczy już odcięcie od środków z unijnego budżetu po użyciu mechanizmu warunkowości. Należałoby też wziąć jeszcze pod uwagę kary nałożone przez TSUE. A na koniec dodajmy ewentualne koszty wypchnięcia III RP z Unii Europejskiej.

Gdy to wszystko z sobą zsumować, to może na koniec dekady wyjść ów mityczny bilion dolarów, który poseł Arkadiusz Mularczyk obiecał wyegzekwować od Niemiec w ramach reparacji wojennych. Tyle tylko, że nie zysków, lecz znów strat.

Polska abdykowała ws. polityki zagranicznej wobec krajów UE

Reklama

Wprawdzie nadal istnieje szansa, że da się tego wszystkiego uniknąć, ale jak ma to zrobić państwo, które z własnej woli abdykowało na niwie prowadzenia polityki zagranicznej wobec krajów Unii Europejskiej. Zastąpił ją stworzony przez obecny obóz władzy erzac składający się z trzech prostych jak konstrukcja cepa elementów. Do tego jeszcze dwa z nich istniały jedynie na użytek krajowy. Zjednoczona Prawica broniła zatem polskiej suwerenności przed zakusami Brukseli. Acz głównie poprzez nieustanne powtarzanie kilku haseł serwowanych własnemu elektoratowi. Równie zaciekle przeciwstawiała się dominacji w UE Niemiec - oczywiście słownie. Na niwie unijnej wszystko zaś miał załatwić bliski sojusz z Węgrami. Umożliwiał on Warszawie i Budapesztowi blokowanie artykułu 7. Traktatu o Unii Europejskiej, szumnie nazywanego „opcją atomową”. Za jego sprawą można pozbawić członka UE głosu podczas posiedzeń Rady Europejskiej, będących kluczowymi dla funkcjonowania wspólnoty.

Reklama

"Hulaj dusza piekła nie ma"

Zadowoliwszy się trzema erzacami Zjednoczona Prawica zachowywała się po staropolsku wedle zasady „hulaj dusza piekła nie ma”. Ministerstwo Spraw Zagranicznych, podobnie jak ludzie nim kierujący stali się czymś w rodzaju dekoracji. Utrzymywano ją, no bo inne kraje też mają MSZ, wiec głupio go zlikwidować. Kryteria doboru ambasadorów wysyłanych do stolic państw UE bywały: towarzyskie, partyjne, albo nieodgadnione. Kompetencje miały znaczenie, gdy następował jakiś cudowny zbieg okoliczności (niestety wciąż odmawia on regularnej współpracy z rządem). Poza tym po odwołaniu dotychczasowego ambasadora, wybór nowego trwał przeważnie tyle, co ciąża u słonia. Taki np. Andrzej Przyłębski został odwołany z Berlina pod koniec listopada 2021. Do dziś tamtejsza placówka dyplomatyczna pozostaje bez najważniejszej osoby. No, ale zachowanie reguły słoniowej ciąży jest widać ważniejsze od prób wywierania wpływu na politykę Niemiec w przełomowych czasach.

Strategia wobec Berlina? Brak

Zresztą, gdy się szuka odpowiedzi na pytanie, jaka jest strategia obecnego obozu władzy na układanie relacje z Berlinem, to nie sposób jej znaleźć. Najpewniej dlatego, że jej po prostu brak. Podobnie zresztą jak w kwestii polityki wobec Brukseli. Nota bene tym nie zajmuje się MSZ, lecz minister do spraw Unii Europejskiej. W marcu 2020 doszło bowiem do wydzielenia nowego resortu. Minister spraw zagranicznych Zbigniew Rau kieruje więc, przynajmniej teoretycznie polską polityka zagraniczną, lecz nie w Unii Europejskiej. Na tym polu jego kompetencje przejął minister do spaw UE Konrad Szymański. Jeśli w przyrodzie przychodzi na świat jakieś dwugłowe zwierzę, przeważnie szybko ginie.

W przypadku Polski przez pięć lat nie szukano sojuszników, ani na południu Europy, ani na północy, ograniczając się do złudzeń wobec pięknie prezentującego się na mapie Trójmorza. Zupełnie przy tym ignorując fakt, że na forum Rady Europejskiej mniejszość blokującą decyzje podejmowane niejednomyślnie stanowią: „co najmniej 4 członkowie Rady, reprezentujący ponad 35 proc. ludności UE”. Czyli przeciw muszą konsekwentnie głosować minimum cztery państwa posiadające razem ponad 157 mln mieszkańców. Konieczna jest więc ścisła współpraca z dużymi krajami, takimi jak: Włochy (67 mln mieszkańców), Hiszpania (47 mln), Francja (67 mln). Środkowoeuropejska drobnica jest tu bez znaczenia. Przez ostatnie lata III RP nie udało się zawiązać bliższych relacji opartych na wspólnocie interesów nawet z jednym dużym krajem UE. A jednocześnie wznoszono okrzyki niezadowolenia z powodu dominującej pozycji Niemiec w Unii i wykazywano chęć bycia w polityce wewnętrznej jak Viktor Orban. Na dokładkę grzesząc bardzo bliskim związkiem ze Stanami Zjednoczonymi (dlaczego „grzesząc” nieco dalej).

Delikatnie mówiąc rządząca w Warszawie Zjednoczona Prawica zabrała się za rewolucję na wszystkich frontach z taką dalekowzrocznością, z jaką kiedyś nasi przodkowie zdobyli się na wzniecenie powstania styczniowego.

Osamotniona Polska

Konsekwencje robienia polityki zagranicznej bez zagranicy nadeszły pod koniec 2020 r. podczas unijnego szczytu. Wówczas zupełnie osamotniona Polska, jedynie w towarzystwie Węgier, doświadczyła procesu klasycznego „grillowania”. Zły policjant, premier Holandii Mark Rutte groził, że albo Morawiecki i Orban przystaną na wprowadzenie mechanizmu „pieniądze za praworządność” albo pozostałe 25 państw członkowskich UE uchwali przyjęcie Funduszu Odbudowy oraz nowego wieloletniego budżetu bez Polski i Węgier. Natomiast dobry policjant Angela Merkel mówiła – dogadajmy się. Do tego Orban nie stawiał zbyt zaciętego oporu. W efekcie artykuł 7. Traktatu o Unii Europejskiej nie jest już zbytnio potrzebny Komisji Europejskiej. W zamian zyskała ona wygodniejszą pałkę w postaci mechanizmu praworządności, którego zasady działania zależą od zakresu wyobraźni interpretujących go prawników z TSUE. W czasach kryzysowych uderzenie pałką odcinającą od unijnych funduszy boli szczególnie mocno.

Jednak to wcale nie jest koniec złych wieści.

Orban

Żyjąca podobnie jak Zjednoczona Prawica w świecie własnych imaginacji opozycja zakłada sobie, że jeśli tylko wygra wybory, unijne pieniądze znów popłyną do Polski szerokim strumieniem. Zaś Berlin i Paryż wezmą Warszawę w ramiona z okrzykiem „kochajmy się!”. Dosłownie nikt nie zadaje sobie w Polsce nadzwyczaj prostego pytania. Brzmi ono – dlaczego rządzący trzy razy mniejszymi Węgrami Viktor Orban może sobie pozwolić w UE na trzy razy więcej i ponosi przy tym trzy razy mniejsze konsekwencje.

Porównajmy to sobie. Orban uczynił z węgierskiego Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego swoje marionetki. Zlikwidował wszystkie niezależne media, te prywatne są tak samo prorządowe jak publiczne. Kontrolę na gospodarką przejęli związani z nim biznesmeni na potęgę rozkradający fundusze unijne. Minister spraw zagranicznych Węgier regularnie bywa w Moskwie i chlubi się odznaczeniami, którymi udekorował go Putin. Budapeszt blokuje sankcje energetyczne, jakie Unia zamierzała nałożyć na Rosję. Nawet, gdy w zeszłym tygodniu Orban wygłosił wykład o mieszaniu się ras i czystości węgierskiej krwi brzmiący niczym pochwała wprowadzonych przez Adolfa Hitlera w 1935 r. ustaw norymberskich, nie wydarzyło się dosłownie nic.

Śmiertelny bój o reformę sądownictwa

Tymczasem Polska toczy śmiertelny bój z Brukselą o tzw. reformę sądownictwa, która okazała się prymitywną próbą czystki kadrowej zakończoną wstydliwym blamażem. Przy okazji fundującym obywatelom coraz głębszy paraliż wymiaru sprawiedliwości. Coś, co Orban zupełnie bezkarnie załatwiał od ręki, tak między uściskiem z Putinem a telefonem do Xí Jìnpínga. Żeby było zabawniej polski rząd już nawet nie wie, czy jeśli cofnie się o kolejny krok, to w końcu pieniądze z europejskiego Funduszu Odbudowy zaczną być wypłacane, czy też nadal nie.

Chcąc spróbować zrozumieć paradoks Orbana należy spojrzeć na całą rzecz nieco szerzej. Węgry odgrywając w UE rolę złego chłopca, jednocześnie od lat prowadziły politykę zagraniczną analogiczną z niemiecką, zarówno w relacjach z Rosją, jak i Chinami. Tyle tylko, że Berlin się z tym nie afiszował jak Orban, nota bene bardzo dbający, żeby niemieckie koncerny czuły się nad Balatonem, niczym w domu. Na dodatek premier Węgier wręcz zerwał relacje ze Stanami Zjednoczonymi. Po najeździe Rosji na Ukrainę pozostał w UE jedynym konsekwentnie pielęgnującym swą przyjaźń z Kremlem, niczym Gerhard Schröder. Zaś Berlin, Paryż i Bruksela sekują go za to, co najwyżej słownie. Podobnie jak Schrödera wciąż będącego członkiem SPD. Źli chłopcy bywają bowiem użyteczni dla tych większych, nie mogących sobie pozwolić na psucie wizerunku w oczach nadwrażliwych mediów i kierujących się prostymi emocjami wyborców.

Użyteczność złych chłopców może się okazać szczególnie pożądana, gdy po otrząśnięciu się z szoku Berlin i Paryż powrócą do swych ambicji, jakie niegdyś zainicjowały narodziny zachodnioeuropejskiej wspólnoty. Kluczowe na Starym Kontynencie stolice wymyśliły ją nie tylko w obawie przed ZSRR, ale też by wyrwać się spod dominacji Stanów Zjednoczonych. Po to, żeby być znów mocarstwowym podmiotem prowadzącym suwerenną politykę zagraniczną niezależną od woli Waszyngtonu. Coś co Francja i Niemcy utraciły za sprawą II wojny światowej. Konsekwencje napaści Rosji na Ukrainę znów uzależniły największe kraje Unii od USA. Ameryka zaś chce zbudować wokół siebie sojusz państw demokratycznych, traktujących ją jako jedynego lidera z myślą o zaostrzającym się konflikcie z Chinami.

Polska zatem nie pasuje do federalizującej się Europy

Wybór przed jakim stają Niemcy i Francja to albo rezygnacja z własnych ambicji, albo próba głębokiej federalizacji Unii. Tak by w polityce zagranicznej stała się jednym spójnym podmiotem. Wbrew pozorom i w tym Węgry zdecydowanie mniej przeszkadzają niż Polska. Ta, zupełnie jak niegdyś Wielka Brytania, jest postrzegana jako „koń trojański” Amerykanów. Fakt, iż jedynie oni dają III RP gwarancje bezpieczeństwa wobec zagrożenia ze strony Rosji niczego tu nie zmienia. Liczy się to, że mając na jednej szali interes UE, a na drugiej dobre relacje z Waszyngtonem, Warszawa wybierze (można twierdzić to z dużą dozą pewności) w 9 przypadkach na 10 Amerykanów. Przy obecnym rządzie właściwie wynik będzie 10 na 10.

Jeśli w przyszłym roku wybory w Polsce wygra opozycja, ta prawidłowość pozostanie jak najbardziej aktualna, ponieważ by się jej wyrzec polski rząd musiałby zupełnie zrezygnować nie tylko z ambicji kreowania polityki zagranicznej, ale też dbałości o bezpieczeństwo własnego kraju. Owszem, na pewien czas może, lecz wówczas ryzykuje tym, iż nie porządzi zbyt długo.

Polska zatem zupełnie nie pasuje do federalizującej się Europy. Jest zbyt duża, zbyt proamerykańska, zbyt antyrosyjska, zbyt nieprzewidywalna. Takiemu kłopotowi lepiej pomóc wyjść z Unii - jak Wielkiej Brytanii, niż się z nim mierzyć.

A jeśli dodatkowo nie prowadzi on polityki zagranicznej na arenie UE rezygnując z szukania sojuszników, pokusa by wykorzystać tą dobrowolną bezbronność staje się jeszcze większa.