Reklama

Wychodzi Jarosław Kaczyński albo Donald Tusk i zaczyna mówić. Kilka zdań później ma się odczucie odlotu do jakieś alternatywnej rzeczywistości. W niej wszystko jest jak 5-10 lat temu. Nie ma wojny u polskich granic, przyśpieszającej inflacji, symptomów gospodarczej recesji, kredytów hipotecznych z oprocentowaniem zdolnym zabić słonia. W alternatywnej rzeczywistości mówców ceny: żywności, prądu, gazu i benzyny nie galopują sobie w stronę nieskończoności, a za nimi nie podążają ceny najmu mieszkań. Tam można podjechać do składu z węglem i go po prostu sobie kupić. Zaś zbieranie chrustu w lesie lub wykopanie biedaszybu w ogródku to czynności z gruntu absurdalne. Tam zupełnie nie grożą wyłączenia prądu zimą, bo nim zaczęto wygaszać w Polsce kopalnie, najpierw zbudowano elektrownie atomowe. Nikt też nie dał swego czasu wiary Annie Zalewskiej, że elektrownie wiatrowe na lądzie są dziełem Szatana i muszą podlegać ustawowemu egzorcyzmowi. Energii elektrycznej jest więc w sieci pod dostatkiem. Podobnie zresztą jak mieszkań dla młodych, bo da się je łatwo kupić za sprawą godziwych zarobków.

Kaczyński i Tusk w alternatywnej rzeczywistości

W takiej to właśnie alternatywnej rzeczywistości żyją sobie na co dzień Kaczyński z Tuskiem w otoczeniu partyjnej wierchuszki z ich stronnictw. Jednak od czasu do czasu nachodzi to towarzystwo chęć przenieść się do naszej. Chyba tylko po to, żeby doprowadzić do szewskiej pasji słuchaczy, a następnie napawać się ich bezsilną złością oraz własną władzą.

Reklama

Takie dokładnie wrażenia przyniósł nagły początek kampanii wyborczej w III RP. Ruszyły do niej dwa ugrupowania polityczne oraz ich liderzy rządzący Polską na zmianę aż od 2005 r. To już spory szmat czasu. Dzieci, które wówczas przyszły na świat niedługo będą pełnoletnie. Przez taki czas od biedy da się np. zbudować kilka elektrowni atomowych, dozbroić armię, zreformować rynek mieszkaniowy, usprawnić państwo i zrobić parę innych pożytecznych dla ogółu obywateli rzeczy. No ale trudno mieć głowę do takich pierdół, gdy najistotniejsze jest utrzymanie władzy. Skoro więc przez ostatnie 17 lat nikt nie miał na nie czasu, to czemu podczas obecnej kampanii wyborczej miałoby to wyglądać inaczej.

PiS i... szparagi

Dlatego też nie da się w niej dostrzec choćby śladowych ilości rozumnych idei odnoszących się do naszej, a nie do alternatywnej rzeczywistości. W tamtej prezes Kaczyński już obiecał pomoc osobom LGBT, bo się im „w życiu nie poszczęściło”, acz z tezą tą można polemizować, jeśli przyjąć iż taka osoba „do wpół do szóstej może być mężczyzną, a potem kobietą”.

Reklama

Wiedz zatem drogi Czytelniku, że jeśli z powodu wzrostu cen nie stać cię będzie pod koniec miesiąca na jedzenie dla siebie i dzieci, to zawsze możesz urządzić im pogadankę o znaczeniu płci obywatela dla narodu i państwa. Gdyby zaś zamiast się nad tym zadumać nadal chciały żreć, użyj wtedy argumentu ostatecznego – „ale nie musicie zbierać szparagów u Niemca”. Tak od ponad tygodnia brzmi oficjalne stanowisko Zjednoczonej Prawicy w dowolnej kwestii związanej z Polską i jej mieszkańcami. Polacy przestali jeździć na szparagi. To jest zmiana naszego statusu – oznajmił prezes Kaczyński słuchaczom. „Jeszcze niedawno Polacy jeździli do Niemiec zbierać szparagi” – napisał na Twitterze premier Morawiecki, po tym jak niemiecki Viessmann zaczął pod Legnicą budować fabrykę pomp ciepła. Wyzwolenie ze szparagowej niewoli w pełni rekompensuje Polakom ceny prądu, niezależnie ile za pół roku będzie kosztował, a i wody też.

Donald Tusk na spotkaniu z mieszkańcami Dzierżoniowa / PAP / Sebastian Borowski

Recepta Tuska. Wyprowadzić Glapińskiego

Przy użyciu szparagów PiS zapewne zacznie wkrótce walczyć nawet z inflacją, bo przecież ostatnio zauważył jej istnienie w naszej rzeczywistości sam Donald Tusk. Natychmiast też znalazł na nią receptę. Otóż w jego świecie niezawodnie tłumi ją odwoływanie prezesa NBP. Wprawdzie wedle obowiązującego w III RP prawa kadencję prezesa Glapińskiego może skrócić jedynie: choroba, skazanie przez sąd za przestępstwo, złapanie na kłamstwie lustracyjnym lub wyrok Trybunału Stanu - ale to w naszej rzeczywistości. Jest ona tak wredna, że gdyby nawet po zdobyciu władzy PO posłało do NBP antyterrorystów i ci pod lufami karabinów wyprowadzili z budynku Adama Glapińskiego, to inflacja nie spadnie w skali roku nawet o jedną dziesiątą punktu procentowego. Ba! Jeśli potem rozebrano by obalonego prezesa NBP do naga i wytarzano w smole i pierzu, to ona nadal nie spadnie. Takie cuda mogą się zadziać jedynie w rzeczywistości Donalda Tuska. Natomiast u nas na inflację, która zamienia się w stagflację, nie działają niestety magiczne obrzędy. Do skutecznej walki z nią potrzebni są przywódcy z jajami (niezależnie od swej płci).

Tak poradzili sobie Thatcher i Reagan

Na przełomie lat 70 i 80, kiedy w Wielkiej Brytanii oraz USA w skali roku inflacja dobiła do 20 proc., przy jednoczesnej stagnacji gospodarczej (klasyczna stagflacja), Margaret Thatcher oraz Ronald Reagan zdobyli się we współpracy z bankami centralnymi na radykalną kurację. Bank Anglii oraz FED ostro podniosły stopy procentowe, a Thatcher i Reagan równie zdecydowanie redukowali wydatki państwa, by zlikwidować nadpodaż pieniądza na rynku. Przez rok bolało jak cholera, bo obywatele biednieli, a gospodarki obu państw weszły w recesję. Jednak ludzie nie protestowali, bo po dekadzie inflacji gotowi byli na poświęcenia, byleby tylko nie musieli dalej zmagać się z drożyzną. Po roku gospodarki USA i Wielkiej Brytanii zaczęły odnotowywać szybki wzrost PKB, a inflacja znalazła się w okolicach 5 proc. Wyborcy potem potrafili to docenić. Jednak w Polsce mówienie prawdy wymaga zbyt wielkiej odwagi od polityka.

Partyjny przekaz dnia

Prościej jest bzdurzyć o odwoływaniu prezesa NBP. Zaś na każde pytanie odpowiadać partyjnym przekazem dnia. O ile w przypadku PiS są to ostatnio szparagi, przekaz dnia Platformy brzmi tak samo od roku 2015. Jeśli więc ktoś zapyta z sali Donalda Tuska lub jakąś osobę z otoczenia wodza np. „Jak Pan/Pani zamierza zapobiec temu, że realne wynagrodzenia Polaków spadną w 2023 r. aż o 6 proc.?” (przed tym ostrzega projekcja NBP z tego tygodnia), może się spodziewać jednej odpowiedzi. Brzmi ona: „należy odsunąć PiS od władzy i ukarać winnych”.

Gdybyś drogi Czytelniku wybrał się na takie spotkanie i zagadnął: „Moje dziecko ma zatwardzenie. Co mógłbyś z tym zrobić?”. Usłyszałbyś: „należy odsunąć PiS od władzy i ukarać winnych”. Zresztą o cokolwiek byś zapytał, usłyszałbyś to samo. Nawet w przypadku pytania o Niemców i szparagi.

Postulaty Tuska podebrane lewicy

W tej nudnej sztampie z rzeczywistości alternatywnej przywódców PO, nijak mającej się do naszej codzienności, jedyną iskierką nowości okazały się postulaty, podebrane przez Donalda Tuska lewicy. Pierwszy mówi że: „mieszkanie jest prawem człowieka”, a drugi zapowiada skracanie tygodnia pracy do czterech dni. Oba są jak najbardziej realne. Co do mieszkań ich łączenie z prawem człowieka i obywatela przy odrobinie wysiłku da się zapisać w Konstytucji. Nasza jest tak fajna, że np. jej artykuł 45. gwarantuje Polakom: „Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd”. Serio! Takie gwarancje państwo polskie daje swym obywatelom od 1997 r. Gdy więc już drogi Czytelniku skończysz głupio chichotać z powodu porównania gwarancji z naszą sądową rzeczywistością, zauważ iż mieszkania nasi politycy też mogą nam tak zagwarantować. A co im szkodzi - czasami warto mieć gest.

Natomiast w przypadku trzech dni wolnego w tygodniu, najnowsze prognozy związane z recesją mówią o szybkim wzroście bezrobocia w 2023 r. Zatem zamiast trzech dni coraz więcej osób będzie od razu miało cały tydzień wolny od pracy, a reszta perspektywę dołączenie do nich.

Programy PiS i PO szerokim łukiem omijają realne problemy

Na tym programowa kreatywność Platformy się kończy i podobnie jak w przypadku Prawa i Sprawiedliwości szerokim łukiem omija realne problemy dotyczące naszej rzeczywistości. Obie partie, a właściwie całe obozy polityczne, nie potrafią wyartykułować pomysłu na poradzenie sobie choćby z jednym, dotykającym ludzi kłopotem. Ot na przykład skąd sprowadzać węgiel nim nadejdzie zima, bo ze starych polskich kopalń nie da się już wycisnąć większego wydobycia.

Zapomnijmy też o całościowych strategiach na przyszłość. No ale Polska w alternatywnej rzeczywistości Popis-u nie musi szukać dla siebie bezpiecznego miejsca w nowym świecie, który kształtuje inwazja Rosji na Ukrainę, groźba głębokiego kryzysu energetycznego i ekonomicznego w Niemczech, pogłębiające się sprzeczności interesów krajów Europy Zachodniej z interesami państw Europy Środkowej.

Cierpiąc na głęboką impotencję programową lepiej takich niuansów nie zauważać. Acz w rewanżu obywatele zupełnie nie zauważają kampanii wyborczej, bo ona po prostu nie dotyczy ich rzeczywistości. Przy czym nie jest to takie złe, bo zaoszczędzają sobie tak dodatkowego wkurzenia. Choć stara mądrość mówi, że na każdy stan emocjonalny w końcu przychodzi właściwa pora. I ona zdaje się nieuchronnie nadciągać.