Reklama

Rosja przegrała blitzkrieg, lecz to wcale nie znaczy, że Ukraina została ocalona. Nie mówiąc już o jej zwycięstwie i zapanowaniu spokoju w naszej części świata. Dlatego należy już teraz działać tak, jakby w przyszłości czekało nas stawienie czoła czarnym scenariuszom, a nie możność cieszenie się tymi, najbardziej optymistycznymi.

Przewrót na Kremlu? Putin nadal rządzi twardą ręką

Na razie szok jaki wywołała wojna sprawia, że nadal najchętniej dajemy posłuch wizjom niosącym nadzieję na szybki powrót do dobrych, bezpiecznych czasów. Dlatego przez pierwszy miesiąc konfliktu taką popularnością cieszyły się doniesienia, iż lada chwila dojdzie na Kremu do przewrotu. Uwagi, iż takie zdarzenie jest bardzo mało prawdopodobne bo tyrani, którzy sami zapewnili sobie absolutną władzę niezwykle rzadko ją tracą, budziły niedowierzanie. Tymczasem zaczyna się lato, a Władimir Putin nadal rządzi twardą ręką.

Reklama

Nadzieję na przewrót zastąpiła więc wiara w jego rychły zgon z powodu choroby. Lista przypadłości na jakie ma cierpieć prezydent Rosji jest już tak długa, iż można by na jej podstawie stworzyć encyklopedię medyczną. W tym miejsc aż prosi się o przypomnienie perypetii zdrowotnych wiecznie umierającego Ludwika XIV, które w dzienniku jego chorób opisywali królewscy lekarze Antoine Wallot, a następnie Antoine d'Aquin. Król Francji prawie umarł na: tyfus, odrę i ospę prawdziwą. Kiedy je przetrzymał zapadł na rzeżączkę. Wreszcie zaczęła mu gnić szczęka, a przy okazji wyrwania zębów dentysta zrobił mu dziurę w podniebieniu. Od tego czasu, gdy jadł zupę przeważnie wypływała mu ona nosem. Przy okazji cierpiał na niestrawność. Te niedogodności jakoś nie przeszkadzały Ludwikowi XIV w trzymaniu mocno za twarz poddanych i prowadzeniu nieustannych wojen z całą Europą. Tymczasem Antoine Vallot zmarł po 24 latach zmagań z królewskimi chorobami, Antoine d'Aquin po kolejnych 25 latach. Zaś niepocieszony Ludwik XIV kolejny raz musiał znaleźć sobie nowego lekarza. Niestety, ale nic tak dobrze nie konserwuje słabujących na zdrowiu tyranów jak władza. Łudzenie się, że Władimir Putin w najbliższych lata zniknie z tego świata jest zatem nadmiernym optymizmem.

Reklama

Wielka ofensywa Ukrainy? Nic z tego

Podobnie rzecz się ma z przekonaniem, iż lada tydzień Ukraina rozpocznie wielką ofensywę i wyprze rosyjskie wojska ze swych ziem. Kłopot w tym, że zupełnie nie ma czym tego zrobić. Jakie są realne potrzeby wyartykułował Mychajło Podolak, doradca prezydenta Zełenskiego. „Potrzeba nam: 1000 haubic kalibru 155 mm, 500 czołgów, 300 wyrzutni rakietowych, 2000 transporterów opancerzonych i 1000 dronów" – zakomunikował przed tygodniem. Dostawy płynące z Zachodu zaspokajają jakieś 10 proc. tych potrzeb. Ów sprzęt wykrusza się w bieżących walkach, a magazyny tych europejskich krajów, które chętnie dzielą się bronią z Ukraińcami, zaczynają świecić pustkami. Wyprodukowanie nowego uzbrojenia wymaga czasu. Jeśli dodamy jeszcze, że zupełnie nie ma mowy o przekazywaniu Kijowowi zachodnich czołgów, to trzeba pogodzić się z przykrym faktem – wielkiej, zwycięskiej ofensywy w tym roku nie będzie. Wprawdzie rosyjskie wojska obecnie nie dają rady pójść do przodu, lecz ponad 20 proc. ukraińskich ziem znalazło się pod panowaniem najeźdźcy. Co więcej zablokował on wszystkie porty morskie ofiary nakładając jej na szyję coś na kształt pętli duszącej całą gospodarkę.

Bezpieczeństwo Polski wisi na dwóch niciach

Należy zatem powiedzieć otwarcie, że taki stan rzeczy może trwać latami i będzie cały czas grozić upadkiem ukraińskiego państwa. Tymczasem bezpieczeństwo Polski wisi na dwóch niciach. Pierwsza z nich to skłonność Stanów Zjednoczonych do wywiązywania się ze zobowiązań wobec sojuszników z NATO. Druga to istnienie niepodległej Ukrainy, ponieważ ta nieustannie absorbuje uwagę i siły Rosji. Gdyby obie nici pękły pozostanie nam liczyć już tylko na siebie (co do zdolności dawania gwarancji bezpieczeństwa przez Niemcy, Francję, czy Unię Europejska trudno mieć złudzenia).

Rozsądne jest zatem wzmacnianie obu nici wszelkimi dostępnymi i możliwym środkami. Polska udziela olbrzymiej pomocy Ukrainie i stała się dla niej kluczowym zapleczem militarnym. Jednak jest jeszcze jedno narzędzie, które mogłoby okazać się bezcenne, a jednocześnie generować nie koszty, lecz gospodarcze korzyści dla III RP.

Wojna celna i magistrala kolejowa

Tu cofnijmy się na chwilę w przeszłość do roku 1925. Niemcy wypowiedziały wówczas Polsce wojnę celną. Zablokowanie eksportu polskiego węgla i obłożenie innych produktów eksportowych cłem bojowym miało w intencji Berlina przynieść bankructwo II RP, a następnie zgodę Warszawy na dobrowolne oddanie Górnego Śląska i Pomorza Gdańskiego. Chcąc przetrwać nasz kraj musiał od zera stworzyć nowe szlaki komunikacyjne omijające terytorium przeciwnika. Dokonano tego budując w imponującym tempie port w Gdyni oraz wiodącą do niego z Górnego Śląska dwutorową magistralę węglową. Rocznie przewożono nią 15 mln ton węgla idącego na eksport, a obok niego: stal, zboże, drewno, wyroby przemysłowe. Dzięki magistrali Rzeczpospolita odzyskała oddech i mogła się gospodarczo rozwijać.

Ukraina przed rosyjskim najazdem posyłała w świat ze swych portów na Morzu Czarnym ok. 50 mln ton zbóż i kukurydzy rocznie, plus jeszcze: stal, węgiel i inne surowce. Obecnie przewiezienie takiego tonażu lądem do portów w: Polsce, Niemczech, Rumunii, czy Bułgarii okazuje się całkowicie niemożliwe. Nawet w przypadku zboża można mówić o zaledwie kilku milionach ton. Po prostu za mało jest szlaków kolejowych, taboru, punktów przeładunkowych, a na dokładkę tory na Ukrainie są szersze.

Magistrala kolejowa spod Medyki do Trójmiasta?

Jedyne co mogłoby to radykalnie zmienić to wielotorowa magistrala kolejowa spod Medyki do Trójmiasta.

Oczywiście jej budowa staje się wątpliwą inwestycją, gdyby wojna miała się za pół roku skończyć błyskotliwym zwycięstwem ukraińskich wojsk. Jednak jeśli spojrzeć prawdzie w oczy, to wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, iż bardziej prawdopodobne są wieloletnie zmagania i to w sytuacji odcięcia Ukrainy od morza. To zaś oznacza, że Polska będzie dla swego, wschodniego sąsiada kluczowym oknem na świat.

Z tym zaś wiąże się kolejna rzecz, a mianowicie nadciągająca klęska głodu w licznych krajach Afryki i Azji. Kreml świadomie dąży do jej wywołania korzystając z tego, iż skutecznie zablokował eksport ukraińskich zbóż. Tą drogą zdobył narzędzie, by szantażować cały Zachód i to przez wiele lat. Klęski głodu destabilizujące świat można prowokować każdego roku. Tak pchając do migracji na północ „za chlebem” dziesiątki, a może nawet setek milionów ludzi.

Lepszego sposobu na eksport ukraińskiej żywności nie będzie

I znów - skuteczną odpowiedzią na to może być magistrala kolejowa do Trójmiasta. W interesie całej Unii Europejskiej, a także USA, jest znalezienie środków na jej jak najszybszą budowę. Polsce pozostaje uświadomienie zachodnim partnerom, że lepszego sposobu na zagwarantowanie płynnego eksportu żywności z Ukrainy nie będzie. Podobnie jak na zapewnienie ukraińskiej gospodarce możliwości złapania oddechu.

Ci co wątpią w to, czy warto ładować spore sumy w szlak komunikacyjny, którym pociągi pojadą dopiero za kilka lat, powinni uważniej spojrzeć na politykę Chin. Jeszcze nim komukolwiek w Waszyngtonie śniło się, że Państwo Środka będzie głównym wrogiem USA, Pekin ogłosił w 2013 r. „Inicjatywę Pasa i Szlaku”. Wkrótce potem zaczęto uruchamiać trasy kolejowe umożliwiające masowy przewóz lądem towarów do Europy i Afryki. Tak zawczasu Chiny ubezpieczały się na wypadek blokowania morskich szlaków komunikacyjnych przez flotę USA. Dziesiątki miliardów dolarów włożonych w: szyny, tabor, magazyny, punkty przeładunkowe, itd. potraktowano jak polisę ubezpieczeniową na przyszłość, z której przy okazji bardzo szybko można zacząć czerpać zyski.

Na tym polega myślenie strategiczne. Zaś lepszego momentu, by zaplanować, zaprosić do współpracy Zachód i zacząć realizować za cudze pieniądze magistralę kolejową do Trójmiasta, nie będzie.