Reklama

Cóż to czytasz, Mości Książę?

Słowa, słowa, słowa – odparł Hamlet Poloniuszowi.

A o treść czy mogę spytać? – drążył uparcie Poloniusz.

Scholz, Macron i Draghi w Kijowie

Reklama

Genialny William Shakespeare nie miał złudzeń co do tego, że odkrycie treści ukrytej za słowami bywa trudnym wyzwaniem. Spójrzmy choćby na wizytę Olafa Scholza, Emmanuela Macrona i Mario Draghiego w Kijowie. Towarzyszącego im prezydenta Rumunii do tego nie mieszajmy, bo nawet na publikowanych z wizyty zdjęciach pojawia się okazjonalnie i bez znaczenia.

W każdym razie, na podsumowanie wizyty prezydent Francji zadeklarował: Ukraina sama zdecyduje o kontekście i formacie rozmów pokojowych, nigdy nie zażądamy od niej ustępstw w jej konflikcie z Rosją. Kanclerz Niemiec uzupełnił to słowami: Rosja musi wycofać swoje wojska i zgodzić się na rozmowy pokojowe. Chciałoby się rzec – pięknie powiedziane. Jasno i dokładnie, jak powinno wyglądać zakończenie wojny, żeby zaistniała minimalna gwarancja, iż za jakiś czas nie dojdzie do jej dalszego ciągu. Oto rosyjskie siły wycofują się poza granice sprzed 24 lutego. Niestety kłopot w tym, iż Moskwa nie zamierza dobrowolnie oddać tego, co zdobyła. Jeśli ukraińska armia nie odbije okupowanych ziem, zostaną one przyłączone do Rosji. Tego Kreml już nawet nie ukrywa. Zaś im bardziej linia frontu przesunie się na zachód, tym większe terytoria Ukraina straci.

Ukrainie grozi utrata 20 proc. terytoriów

Dla przypomnienia po agresji w 2014 r. państwo ukraińskie utraciło 43 tys. kilometrów kwadratowych ziem. Obecnie Rosjanie okupują dodatkowo ok. 100 tys. km kwadratowych (jedna trzecia powierzchni Polski). To grozi Kijowowi utratą już ponad 20 proc. terytoriów. Jednak może być jeszcze gorzej, bo wciąż trwa powolne wyszarpywanie nowych obszarów przez rosyjskich żołnierzy. Skoro blitzkrieg się nie udał Władimir Putin uparcie dąży do jak największego okrojenia ofiary, tak aby został z niej ogryzek. Wówczas Kreml zachowa szansę, że za ileś lat może udać się go połknąć już w całości. Jedyna recepta na zapobieżenie takiemu scenariuszowi to: broń, amunicja i pieniądze, bo sankcje ekonomiczne szybko nie rzucą Rosji na kolana.

Reklama

Tymczasem po wizycie trzech przywódców w Kijowie (od prezydenta Rumuni nikt niczego nie oczekiwał) pozostały de facto słowa, słowa, słowa. Więcej od nich mówią zdjęcia, na których obściskiwany przez zachodnich liderów prezydent Ukrainy ma twarz wyrażającą daleko idący sceptycyzm (być może co do szczerości okazywanych mu pieszczot?). Ten dysonans stwarza pokusę do spekulacji na temat ukrytej treści.

Gotową odpowiedź podsuwa tekst o wiele mówiącym tytule: „Czy Scholz i spółka zmuszą teraz Zełenskiego do negocjacji?”, jaki na łamach dziennika „Die Welt” opublikowała trójka autorów: Christoph B. Schiltz, Nikolaus Doll i Claus Christian Malzahn. CZYTAJ WIĘCEJ TUTAJ>>> . W ich ocenie goszczący w Kijowie przywódcy: „Opowiadają się za pragmatycznym, szybkim i - przynajmniej z perspektywy Zachodu - najbardziej opłacalnym rozwiązaniem pokojowym. Nie opowiadają się za to za sprawiedliwością, większym bezpieczeństwem w Europie, obroną wolności i podstawowych zasad prawa międzynarodowego”. Dlatego: w świetle kamer: „serwowali ukraińskiemu prezydentowi przyjemności, ale za zamkniętymi drzwiami namawiali go do rozpoczęcia w najbliższych miesiącach - po spodziewanym upadku Donbasu na wschodzie Ukrainy - negocjacji z Rosją i do pracy nad porozumieniem pokojowym”.

Czy tak rzeczywiście było, być może potwierdzi jakiś kontrolowany przeciek, w których to Ukraińcy ostatnio się specjalizują. Acz bez niego widać, że trzej politycy przywieźli do Kijowa w darze głównie słowa.

Ukraina i Unia Europejska

Trudno bowiem inaczej nazwać błyskawiczne nadanie Ukrainie statusu kraju kandydującego do Unii Europejskiej. Gest efektowny i demonstrujący Kremlowi, że zachód Europy nie godzi się na to, żeby Rosja zbrojnie anektowała niepodległy kraj. Niestety ów gest jest prawie bezkosztowy. Z nadanego statusu Kijów będzie mógł ciągnąc namacalne korzyści, jeśli skutecznie odeprze zbrojną napaść. Do tego zaś potrzebuje broni.

Prezydent Macron przywiózł obietnicę dostawy 6 artyleryjskich systemów Caesar. Kanclerz Scholz przypomniał, iż obiecał Panzerhaubitze 2000, Gepardy bez amunicji i trzy wyrzutnie rakiet Mars II. Niestety biurokratyczne wymogi sprawiają, że uzbrojenie to wciąż jest w drodze i może dotrzeć na Ukrainę latem, jesienią albo zimą (którego roku nie podano). W sumie dość sprzętu, żeby przez kilka dni powalczyć o jakiś powiat. Natomiast premier Draghi w ogóle nic nie obiecał, bo jego o broń nikt nie prosił (ściślej mówiąc stwierdził: Nie było dziś próśb ze strony Zełenskiego o nową broń.

Kijów musi wiec zadowolić się zamiast armatami statusem, jakim np. Turcja cieszy się od ponad dwóch dekad i jeśli zechce może się nim cieszyć do końca tego stulecia, a nawet w XXII wieku. Ankary nikt bowiem do Unii nie wpuści, ponieważ istnieje zbyt wiele przeszkód, by okazało się to możliwe. Jeśli Ukraina przetrwa, ale w okrojonej formie (bez broni nie ma szansy odbicia okupowanych ziem), pozostając w stałym konflikcie z Rosją, to do UE też nie wejdzie.

Zasępiona twarz Załenskiego

Nawet jeśli artykuł „Die Welt” to jedynie bezpodstawne spekulacje, to i tak zasępiona twarz Zełenskiego nie powinna dziwić. Gdyby nie pomoc USA, Wielkiej Brytanii oraz postawa Polski i reszty krajów Europy Środkowej (poza Węgrami) ukraińska armia wytraciłaby w heroicznych walkach sprzęt i amunicję, a rosyjskie wojska dziś byłby już nie tylko w Kijowie, ale też we Lwowie.

Wołodymr Zełenski i Emmanuel Macron / PAP/EPA / LUDOVIC MARIN / POOL

Wizyta trójki przywódców aż nazbyt boleśnie pokazuje, że: Niemcy, Francja i Włochy - było nie było trzy najpotężniejsze kraje UE - nie gwarantują jej członkom ochrony przed militarnym zagrożeniem. Dlatego dobrze zdające sobie z tego sprawę Szwecja i Finlandia z taką determinacją zapragnęły wejść do NATO, by tak zyskać wiarygodnego gwaranta w postaci Stanów Zjednoczonych. Co gorsza, jakby się liderzy: Niemiec, Francji i Włoch nie starali podczas konferencji prasowych i tak spod ich poczynań wyziera egoistyczna dbałość przede wszystkim o własne interesy. Trudno z tego czynić zarzut. Państwa z natury swej są egoistyczne, a jeśli w demokratycznym kraju wyborcy nabierają pewności, że rządzący dbają bardziej o dobro obcych niż swoich, wówczas szybko wymieniają elity władzy.

Zachód Europy traci zaufanie

Jednak nie zmienia to faktu, że zachód Europy traci zaufanie jakim darzono go w naszej części Starego Kontynentu. Szczególnie w Polsce zbiorowa fobia przed byciem zdradzonym przez sojuszników uaktywni się jak na zwołanie i niezmiennie wzbudza wielkie emocje. Zbyt mocna jest pamięć o tym jak w 1920 r. wymuszano w Spa na premierze Grabskim samobójczy pokój z bolszewicką Rosją. A i tak nie ma to porównania z pamięcią o wrześniu 1939 r. i zwiedzionych nadziejach pokładanych w zachodnich aliantach.

Już zaczyna być widoczne, że postawa rządów kluczowych państw Europy Zachodniej wobec Ukrainy inicjuje pęknięcie między starą częścią Wspólnoty a krajami Europy Środkowej. Berlin, Paryż i Rzym zdają się tym niespecjalnie przejmować. W końcu ponoszenie rosnących kosztów najazdu Rosji na Ukrainę nie jest ich obowiązkiem. Mają prawo starać się od nich uchylić, płacą tam gdzie tylko można słowami. Jednak krótkowzroczność wobec kwestii bezpieczeństwa państw Europy Środkowej może przynieść jeszcze bardziej słone rachunki do zapłacenia niż przyniosła za ostatnie dwie dekady niemiecka polityka wschodnia. Kijów nadal nie wygrał tej wojny. Jego klęska może być wstępem nie do pokoju, lecz serii nowych wojen i trwałego pęknięcia Unii Europejskiej. Nawet szybkie przyjęcie Ukrainy do Unii tego nie zmieni, bo to pusty gest, jeśli nie zostanie on poparty dostawami broni. Nadal trwa dopiero pierwszy akt dramatu godnego pióra Shakespeare’a i nic w nim nie zostało rozstrzygnięte.