„Dwie minuty po przemówieniu Bundestag przeszedł do porządku obrad, a kanclerz milczał. Wyglądało na to, że przemówienie Zełenskiego było dla posłów koalicji rządzącej tylko przykrym obowiązkiem, z którym trzeba się uporać. Niemiecka polityka przyniosła światu haniebne widowisko" – podsumował dziennik „Tagesspigel” to jak niemiecki rząd i parlamentarzyści podeszli do wystąpienia prezydenta Ukrainy. Ów apelował o pomoc dla dosłownie mordowanego przez rosyjskiego najeźdźcę kraju.

Reklama

Rządzący Niemcami politycy przez grzeczność wysłuchali do końca, lecz sił na ukrycie, jak bardzo olewają natręta, już im zabrakło. Nieco wcześniej, goniący resztkami cierpliwości poseł SPD Soeren Bartol napisał na Twitterze o Andriju Melnyku: „Myślę, że ten ambasador jest teraz nie do zniesienia” Ów ambasador od miesięcy nie ustaje w wysiłkach, by uzyskać jak najszerszą pomoc ze strony niemieckiego rządu dla swej ojczyzny. Jest przy tym niezwykle uparty. W Berlinie mają go serdecznie dość, bo gdy wrzucają ambasadora Melnyka drzwiami on wraca oknem. Co gorsza nie gryzie się w język i potem relacjonuje mediom, co pikantniejsze szczegóły wyrzucania przez drzwi.

W wywiadzie dla telewizji ZDF opowiadał, jak został przyjęty przez kluczowych ministrów rządu RFN w drugim dniu rosyjskiej inwazji. Kiedy prosił o paliwo i broń dla armii broniącej ojczyzny natrafił na ścianę. „Odpowiedź brzmiała: w naszej ocenie, pozostaje wam, Ukraińcom, kilka godzin. Teraz nie ma w ogóle sensu, żeby wam pomagać” – opowiadał w ZDF Melnyk. Nota bene wcześnie Berlin też nie widział sensu pomagania, bo przecież nie należało drażnić Putina (nie wiedzieć czemu jedynie widok hełmów nie wzbudza w prezydencie Rosji ataków agresji).

Jak na złość ukraińscy żołnierze wolą zginąć niż się poddać

Reklama

Tymczasem jak na złość ukraińscy żołnierze wolą zginąć niż się poddać, no i w końcu rząd Niemiec musiał jakoś zacząć sobie z tym radzić. Pierwsze dostawy uzbrojenia zapobiegły totalnej kompromitacji władz RFN w oczach europejskiej oraz niemieckiej opinii publicznej.

Reklama

Jednak, jeśli Kijów na serio liczy, że RFN stanie się realnym sojusznikiem Ukrainy, to zafunduje sobie powtórkę z rozczarowań regularnie doświadczanych od ponad stu lat. A były one nawet większe od tych - stanowiących doświadczenie kolejnych pokoleń Polaków w odniesieniu do Francji. Wprawdzie cesarz Napoleon nie otworzył Rzeczpospolitej, a III Republika nie rozpoczęła ofensywy na zachodzie we wrześniu 1939 r., jednak pomoc Paryża w pierwszych latach po 1918 r. bywała bezcenna. W przypadku relacji niemiecko-ukraińskich, ci pierwsi skupili się jedynie na dawaniu naszym wschodnim sąsiadom brutalnych lekcji realpolitik, bez używania środków znieczulających.

Realpolitik bez środków znieczulających

Rozpoczęto ich udzielanie pod koniec I wojny światowej. Utworzoną wówczas Ukraińską Republikę Ludową najechała Armia Czerwona. Kijów szybko padł, a bolszewicy w krótkim czasie rozstrzelali 5 tys. członków ukraińskich elit, którym roiła się niepodległość. Władze URL poprosiły wówczas Berlin o opiekę. Było to o tyle łatwe, że wcześniej armie Państw Centralnych pobiły wojska carskie i zajęły olbrzymie obszary Imperium Romanowów. Korzystając z tego władzę w Rosji zdobyli bolszewicy. Po czym Lenin podpisał z Niemcami zawieszenie broni.

Zdesperowana ukraińska delegacja przybyła do Brześcia i przedstawiła ofertę – zboże za sojusz. Pomysł potraktowano poważnie. „Dla państw centralnych było to niezmiernie ważne ze względu na postępującą katastrofę żywnościową; w lecie 1918 roku dzienne przydziały żywnościowe w Niemczech nie przekraczały 1000 kalorii na osobę, wobec dziennych potrzeb ustalonych na 2280 kalorii. Katastrofa głodowa groziła też Austro-Węgrom” – wyjaśnia Grzegorz Mazur w opracowaniu „Traktaty brzeskie państw centralnych z Rosją i Ukrainą jako preludium do traktatu wersalskiego”. Podpisany z URL 9 lutego 1918 r. tzw. „pokój chlebowy” zobowiązał Ukraińców, by w pięć miesięcy dostarczyli Niemcom i Austro-Węgrom 1 mln ton zboża, 500 tys. ton żywca, 400 mln sztuk jajek. Do tego dodano nieograniczone dostawy węgla i rud żelaza. Dla pewności wojska niemiecko-austriackie wkroczyły na Ukrainę, a Armia Czerwona wolała nie ryzykować konfrontacji.

Jednak egzekwowanie należności z tytułu „pokoju chlebowego” szło opornie. Zatem w kwietniu 1918 r., dowodzący niemieckimi siłami na Ukrainie gen Hermann von Eichhorn, pomógł obalić rząd URL. Na jego miejsce wyniósł do władzy Ukraińca służącego wcześniej w carskiej armii, gen Pawło Skoropadskiego. Wkrótce niemieccy i austriaccy żołnierze z takim zaangażowaniem rabowali wszystko co cenne, że latem 1918 r. w guberniach kijowskiej i czernihowskiej chłopi pod przywództwem komunistów zorganizowali powstanie. Stłumiono je sprawnie i kontynuowano rekwizycje. Jesienią dobiegła końca I wojna światowa. Przed rozpoczęciem wycofywania wojska do domu niemiecki Sztab Generalny zawarł porozumienie z władzami bolszewickiej Rosji. Tam, skąd ewakuował jednostki, wkraczała Armia Czerwona. Na odchodne Niemcy zabrali z Ukrainy 50 tys. koni.

Nadzieje związane z Berlinem

Podbicie URL przez bolszewicką Rosję jedynie na krótko osłabiło nadzieje wiązane z Berlinem. Przez całe lata 20. opieki i wsparcia szukali tam ukraińscy nacjonaliści. Niemiecka armia i jej wywiad Abwehra chętnie go udzielały. W zmiana oczekiwano tworzenia na terenie Polski siatek szpiegowskich oraz organizowania zamachów terrorystycznych. Sowicie dotowana przez Abwehrę Organizacja Ukraińskich Nacjonalistycznych (OUN) starała się sprostać tym wymaganiom, liczą na niemiecką pomoc przy odbudowie niepodległego państwa. Nadzieje prysły w styczniu 1934 r. Po dojściu do władzy Adolf Hitler uznał, że uda mu się nakłonić II RP do zawarcia sojuszu. Na początek podpisano polsko-niemiecką deklarację o niestosowaniu przemocy. W tym momencie OUN poszedł w odstawkę. Abwehra ucięła dotacje i poleciła skupić się na działalności przeciw ZSRR.

Nadzieje wróciły jesienią 1938 r. W Monachium europejskie mocarstwa dały Hitlerowi zgodę na aneksje Sudetów i rozbicie Czechosłowacji. Pod patronatem III Rzeszy na jej wschodnich rubieżach powstała Ukraina Karpacka. Premier tego państwa Augustyn Wołoszyn liczył, iż z pomocą Niemców wkrótce dokooptowane zostaną do niego kolejne ziemie zamieszkane przez Ukraińców. W oparciu o OUN udało się szybko utworzyć własne siły zbrojne – Sicz Karpacką. Jej żołnierzy szkoliło 200 instruktorów przysłanych przez Abwehrę. Nagle 14 marca 1939 r. na Ukrainę Karpacką najechały wojska węgierskie i ją podbiły. Premier Wołoszyn zdążył wysłać do Berlina błagalną depeszę, prosząc o pomoc. Nie orientował się, że Hitler i rządzący Węgrami admirał Horthy negocjują zawarcie sojuszu. W ramach wzajemnych uprzejmości Führer przystał wówczas na prośbę admirała, pozwalając Węgrom anektować ziemie utracone 20 lat wcześniej na mocy Traktatu z Trianon. Na depeszę Wołoszyna niemieckie MSZ nie odpowiedziało uznając, iż szkoda czasu.

Ukraińscy nacjonaliści nie tracili jednak wiary w życzliwość Berlina zwłaszcza, że Abwehra postanowiła ocalić Sicz Karpacką. Wobec nadchodzącego najazdu na Polskę przekształcono ją w Legion Ukraiński. Jednostkę tę włączono w skład 14 Armii, która we wrześniu 1939 r. uderzyła od południa na ziemie polskie. Legionistów, którzy 9 września weszli do boju poinformowano, że idą walczyć o niepodległą Ukrainę. Po czym minął tydzień i Związek Radziecki, wypełniając zobowiązania sojusznicze, uderzył na II RP od wschodu. Wówczas, żeby nie drażnić Stalina, Legion Ukraiński wycofano z frontu, a jego żołnierzy przekształcono w … straż przemysłową pilnującą fabryk w polskim COP.

Najpierw oferowano Ukraińcom jakąś "marchewkę"...

Ten sam schemat działania władze III Rzeszy stosowały przez całą II wojnę światową. Najpierw oferowano Ukraińcom jakąś „marchewkę”, korzystano z ich militarnych usług, po czym rezygnowano przekazania nagrody, bo tak wychodziło taniej.

Pół wieku później, zupełnie bez udziału Niemiec, państwo ukraińskie w końcu wybiło się na niepodległość. Ten fakt przez długie lata niespecjalnie interesował Berlin. Po 1991 r. w język dyplomacji regularnie powtarzano: „stosunki niemiecko-ukraińskie pozostają w cieniu stosunków niemiecko-rosyjskich”. Rolę adwokata ukraińskich aspiracji, by przyłączyć się do świata Zachodu, niezmiennie próbowała odgrywać Polska i to niezależnie, kto rządził w Warszawie.

Z kolei niemieckich priorytetów w polityce wschodniej żadna siła nie potrafiła zmienić. Dla Berlina „wartości europejskie” zanikały w okolicach rzeki Bug. Starano się więc nie przeszkadzać, gdy Władimir Putin krwawo spacyfikował Czeczenię. Niespecjalnie zwracano uwagę na fakt, iż siepacze prezydenta Rosji mordowali niewygodne dla Kremla osoby zarówno w kraju, jak i w Europie Zachodniej.

"Zabójcze sankcje" kanclerz Merkel

Z pewnym niesmakiem Niemcy przełknęły wkroczenie wojsk rosyjskich do Gruzji w 2008 r. Podobnie zareagowały na likwidację w samej Rosji resztek demokracji. Przez moment wydawało się, ze przełom nastąpił pod aneksji Krymu w 2014 r. Wówczas Angela Merkel zdecydowała się optować za nałożeniem sankcji na agresora. Jak bardzo zabójczych pokazał stan rosyjskiej ekonomii w kolejnych latach. Kreml jakoś zdołał bez problemu trzymać w ryzach deficyt budżetowy, zrezygnować z zagranicznych kredytów i jeszcze zgromadzić ponad 600 mld dolarów rezerw. Pani kanclerz wzięła też nas siebie wynegocjowanie kompromisu między Moskwą i Kijowem. Wprawdzie protokół miński był skrajnie niekorzystny dla strony zaatakowanej, lecz i tak rozbudził wielkie nadzieje, że wreszcie to Niemcy staną się protektorem niepodległej Ukrainy.

Przez następne lata Kijów postawił niemal wszystko na pogłębianie przyjaźni z Berlinem. Ile ta inwestycja jest warta właśnie widzimy. Acz nie powinno to dziwić. Państwo niemieckie, choć przez ostatnie sto lat przeszło liczne transformacje, w jednym się nie zmieniło. Pomimo całej kwiecistej retoryki o wartościach, w praktyce twardo trzyma się maksymy, która tak ładnie sformułował Charles de Gaulle. Brzmi ona: „Narody nie mają uczuć tylko interesy”. Zaś przez całe 105 lat ani razu nie dostrzeżono w Berlinie jakiegokolwiek interesu, zmuszającego do nadstawiania głowy w obronie Ukraińców. Natomiast, co do czerpania doraźnych korzyści, z używania ich we własnym interesie, no to już zupełnie inna sprawa.