Tocząca się debata na temat relacji praw krajowych i prawa unijnego niewątpliwie wymaga wielkiej wiedzy i jeszcze większej giętkości umysłu. Wysiłek jaki jest w nią obecnie wkładany porównać można z wyczynami średniowiecznych eschatologów.

Reklama

Wiara

Dla przypomnienia, gdy chrześcijaństwo zdobywało sobie pozycję dominującą w Imperium Rzymskim, zaczęła się debata na temat tego, jak wyglądają stworzone przez Boga zaświaty. Podzieliła się ona na cztery główne nurty tematyczne tyczące się: śmierci, nieba, piekła oraz Sądu Ostatecznego. Gdy po upadku imperium klasztory stały się miejscami, gdzie w kolejnych stuleciach schronienie znajdowały największe umysły na Starym Kontynencie, debata nabrała wigoru. Przez tysiąc lat toczono zaciekłe spory o to, jak wygląda codzienne życie po śmierci (stąd nazwa eschatologia, z greki - „ostateczna nauka”). Budowano wokół tego doktryny filozoficzne i prawne, tworzono zadziwiające konstrukcje logiczne, świadczące o mocach ludzkiego umysłu. Aż nadeszły czasy, gdy wiara w istnienie zaświatów zaczęła się kruszyć i całą, naprawdę wspaniałą naukę diabli wzięli.

Siła

Oprócz wiary drugim z czynników kształtujących nasz świat jest siła. Tu warto przytoczyć inną opowieść. W prawie funkcjonującym w Europie rozbiory I Rzeczpospolitej zalegalizował Sejm obradujący w 1793 r. w Grodnie, a ostatecznie przypieczętowała konwencja podpisana przez przedstawicieli: Rosji, Austrii i Prus w styczniu 1797 r. w Petersburgu. O tym powszechnie (przynajmniej w teorii) wiadomo. Natomiast mało kto zdaje sobie sprawę, że rozbiory zostały zdelegalizowane podczas Kongresu Wiedeńskiego. Wówczas to car Aleksander I za zgodą innych mocarstw, przywrócił prawne istnienie Królestwa Polskiego. Następnie 3 maja 1815 r. Rosja zawarła dwustronne traktaty z Austrią oraz Prusami, dołączone potem do protokołu końcowego kongresu. Określały one granice Polski, uznawane przez jej sąsiadów. Jednocześnie stanowiły, że Królestwo Polskie będzie połączone z Cesarstwem Rosyjskim: „nieodzownie przez swoją konstytucję”. To ona była spoiwem związku obu państw. Car Mikołaj I jako król Polski notorycznie łamał konstytucję Królestwa, a gdy wybuchło powstanie listopadowe zawiesił ją. W świetle prawa i międzynarodowych traktatów, tworzących ówczesny europejski ład, w tym momencie unia Polski i Rosji została zerwana. Każdy bunt Polaków, każda forma oporu okazywały się legalne, natomiast rosyjskie pacyfikacje stanowiły gwałt na prawie i traktatach.

Reklama

Jednak jeśli zadano by komukolwiek czytającemu te słowa pytanie – czemu zatem nikt w Europie nie śpieszył bronić prawa? Wywołałoby ono radosny rechot, bo odpowiedź prezentuje się tak banalnie. W ujęciu syntetycznym brzmi ona następująco - po tym jak źle skończył Napoleon Bonaparte zbyt mocno szanowano w Europie siłę rosyjskiej armii.

Wracając do współczesności, zostawmy na boku zmagania nowoczesnych eschatologów z konstytucjami i unijnym prawem (przy cały szacunku dla giętkości ich umysłów zdolnych przekonująco udowodnić każdą tezę). Przejdźmy natomiast do tego, co kształtowało Stary Kontynent i będzie kształtować jego przyszłość, czyli – wiary i siły. Na tych polach sytuacja nadspodziewanie szybko staje się niepokojąca.

Wymiana obozu władzy III RP?

Z punktu widzenia całego aparatu biurokratycznego UE, partii dominujących w Parlamencie Europejskim, Niemiec, innych krajów bogatej północy Unii, prezydenta Francji Emmanuela Macorna (acz dotąd nie poparł zamrożenia wypłaty dla Polski środków z Funduszu Odbudowy), a nawet rządów Hiszpanii i Włoch, najbardziej pożądanym scenariuszem jest pacyfikacja Polski. Poczynania rządzącego nią obozu politycznego coraz bardziej destabilizują i tak już chwiejny stan równowagi spajający Unię. Najlepszym rozwiązaniem - z tego punktu widzenia – byłaby szybka wymiana obozu władzy w III RP. Po czym ogłoszenie dojścia do porozumienia z nowym rządem, tak demonstracyjnie ucinając wszelkie spory. Podobnie działo się już w przypadku Włoch. Najpierw po zmuszeniu do dymisji Silvio Berlusconiego, a kilka lat później po ucięciu wpływu na politykę państwa Matteo Salviniego. Pozbycie się burzących stan równowagi eurosceptyków, pacyfikowało sytuację. Ta opcja na dziś wydaje się trudna do osiągnięcia, bo III RP nawet bez unijnych środków nie zbankrutuje.

Jako mniej komfortowe wyjście (jednak wyglądające na możliwe do przyjęcia) prezentuje się spełnienie przez obóz Zjednoczonej Prawicy minimalistycznego ultimatum ogłoszonego przez szefową Komisji Europejskiej podczas debaty w PE. Jak powiedziała Ursula von der Leyen polski rząd musi: „ odtworzyć niezależność wymiaru sprawiedliwości, zlikwidować Izbę Dyscyplinarną i ponownie przywrócić do pracy zwolnionych bezprawnie sędziów”. Ugięcie się Warszawy na tym polu oznacza w UE odbudowę wiary w siłę Komisji Europejskiej, co przecież jest jednym z fundamentów stanu równowagi.

Polexit

Wreszcie rozwiązaniem do przyjęcia byłoby też ogłoszenie przez Polskę chęci wyjścia z Unii. Wbrew pozorom dla wymienionej powyżej koalicji sił rządzących w krajach Eurolandu byłoby to całkiem atrakcyjne pozbycie się problemu. Wynika to z wniosków płynących z przebiegu negocjacji brexitowych. W takim momencie strona unijna zyskuje potężne narzędzie nacisku. Jest nim dostęp do wspólnego rynku. Jako, że trafia na niego ponad 70 proc. polskiego eksportu, nawet częściowe odcięcie od kluczowego rynku oznacza krach dla gospodarki III RP większy niż ten, którego doświadczyła w 1989 r. Już tylko to załatwiłoby wymianę obozu władzy.

Dodatkowo w takim momencie Polska znajduje się w kleszczach. Rosja bowiem z radością zechce osłabiać pozycję negocjacyjną III RP. Opłaca się to także Ukrainie, bo w rachunku potencjalnych zysków i strat Kijowowi zdecydowanie bardziej opłaca się trzymać sztamę z Berlinem niż z osamotnioną Warszawą. W takiej grze wszystkie asy i figury z talii kart są w ręku unijnych negocjatorów. Mogą zatem kolejnymi szantażami wymusić na Polsce przyjęcie wszelkich unijnych praw włącznie z „Fit for 55”, płacenie takiej samej, a nawet wyższej składki do budżetu UE w zamian za dostęp do wspólnego rynku, jednocześnie bez prawa głosu w kwestiach unijnych. To z kolei do minimum ograniczyłoby Warszawie możliwości szukania sojuszników wśród krajów UE. Bo po co komu sojusznik, który nic nie może. Polexit stanowi zatem całkiem wygodne przecięcie sporu, otwierające możność uczynienia z III RP autonomicznego terytorium zależnego. Swoistego buforu między Unią a krajami Wschodu.

Natomiast bez polexitu instytucje unijne nie dysponują nazbyt znaczącymi narzędziami do wywierania wpływu na decyzje ludzi rządzących Polską. Przez ostatnie 6 lat wszystko opierało się na różnych formach psychologicznej presji. Pisaniu napomnień, wszczynaniu procedur, rekordowej serii debat w Parlamencie Europejskim, uchwalaniu niezliczonych rezolucji, pozwach do TSUE, dramatycznych reakcjach mediów. Faktycznie - przeciętny człowiek poddawany przez lata takim naciskom miałby za sobą już pierwsze próby samobójcze. Jednakże w przypadku Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego dostrzec można jedynie różne odmiany tego samego samozadowolenia.

Realną siłą jaką dysponuje Unia jest jedynie zawieszenie wypłat wspólnych środków finansowych, nałożenie kar pieniężnych przez TSUE oraz pozbawienie prawa głosu w Radzie Europejskiej (jeśli jednomyślnie ze wszystkimi zagłosują Węgry). W nieodległej przeszłości, gdyby jakaś grupa państw zagroziła innemu, że jeśli nie będzie posłuszne to nie dostanie od nich pieniędzy, sąd nałoży karę, jaką będzie mógł wyegzekwować jedynie z pieniędzy, które zostaną wstrzymane, a poza tym koniec rozmawiania, to natychmiast nastąpiłyby widowiskowe konsekwencje. Mianowicie całkiem spora grupa polityków mogłaby umrzeć na zawał po niepohamowanym ataku śmiechu. Posłuszeństwo wymuszało się albo dotkliwymi sankcjami ekonomicznymi, albo groźbami interwencji zbrojnej. Kiedy to nie dawało pożądanych efektów do akcji wkraczała armia. Unia jako organizacja nie posiada tych realnych atrybutów siły. Nie może nawet wyrzucić z UE nieposłusznego członka.

Unia w kropce

Jeśli więc zawieszenie wypłat funduszy nie doprowadzi do upadku rządów Zjednoczonej Prawicy, a presja nic nie da, bo Warszawa odmówi ustępstw, wówczas Unia znajdzie się w kropce. Przy czym w tej właśnie sytuacji znajduje się już obecny obóz władzy rządzący w III RP. Lata łudzenia się, że bliska przyjaźń z Orbanem daje gwarancje bezpieczeństwa w Unii sprawiły, iż zaniechano szukania znaczących sojuszników zdolnych równoważyć siłę Berlina i Brukseli. Acz po prawdzie raz spróbowano, gdy prezes Kaczyński pojechał do Londynu. Po czym Wielka Brytania wyszła z UE i to musiało podziałać strasznie deprymująco.

W efekcie polski rząd nie ma żadnego narzędzia do wywierania wpływu na drugą stronę, by okazała skłonność do ustępstw, poza … trwaniem w uporze.

Z tego powodu reaktywowany został właśnie kolejny paradoks znany z przeszłości. Im mocniej rządząca Europą elita tworzona obecnie przez partie: chadeckie, liberalne i lewicowe wali w Polskę, tym większą sympatię nasz kraj zdobywa sobie wśród tych, którym dzisiejsze porządki zupełnie nie odpowiadają. Świetnie widać to we Francji, gdzie wszyscy polityczni konkurenci urzędującego prezydenta ruszyli bronić polskiej suwerenności prawnej przed zakusami TSUE i Komisji Europejskiej.

W stabilnych czasach miałoby to trzeciorzędne znaczenie. Jednak dziś Stary Kontynent zmaga się jednocześnie z kryzysem energetycznym, mogącym się nasilić kryzysem migracyjnym, nadal trwającą pandemią, rwącymi się łańcuchami dostaw w gospodarce, pauperyzacją klasy średniej i mnóstwem innych problemów. W takich czasach zawsze w górę idą notowania nowych sił politycznych, odrzucających zastany porządek. Polska cierpiąca „męczarnie” (znów jako „Chrystus narodów”), zadawane jej przez eurokratów, to znakomite narzędzie dla wszystkich w Europie pragnących przekonać wyborców, że Unia stanowi dla zwykłych ludzi zagrożenie. Im „męczarnie” potrwają dłużej, tym efekty okażą się bardziej znaczące, bo tak właśnie buduje się wiarę, że Unia jest złem. Zaś wiara zawsze kształtuje nowe czasy.

Eurosceptycy zdominują PE?

Przed ich nadejściem, tak dla rozgrzewki, wyobraźmy sobie np. jakiej treści rezolucje uchwalałby Parlament Europejski, gdyby po kolejnych wyborach zdominowałyby go partie Marine Le Pen i Matteo Salviniego, a zapełnili posłowie podobni do niezapomnianego lidera brexitowców Nigela Farage. Niemożliwe? Czyżby? Przecież o składzie PE decydują głosy wyborców.

I tu rodzi się kluczowe pytanie, czy taki scenariusz służy interesowi Polski? Wierzyć w to, że waląca się konstrukcja Unii nie spadłaby z całą siłą na głowy wszystkich Polaków, niosąc konsekwencje niemożliwe do przewidzenia, to jak wierzyć, że po październiku nie następuje listopad. Stąd też w perspektywie długoterminowej osiągniecie kompromisu opłaca się obu stronom. Co nie znaczy, że on nastąpi, bo w polityce wszystko jest możliwe. Kiedy kierujący Szwecją podczas wojny trzydziestoletniej kanclerz Axel Oxenstierna jechał do Monachium negocjować warunki pokoju, jego syn Johan oznajmił mu, że na zdrowy rozum Szwecja nie ma szans zostać potraktowana jako mocarstwo równorzędne Francji i współdecydować o kształcie powojennej Europy. Ależ synu czyż nie wiesz, jak małym rozumem (mądrością) rządzony jest nasz świat – odparł spokojnie kanclerz i wkrótce się okazało, że miał całkowitą rację.