"Francja i stolice Europy Wschodniej chcą pokazać inwestorom, że energia jądrowa jest częścią drogi UE w kierunku neutralności węglowej, podczas gdy Niemcy i inni sprzeciwiają się temu" – doniósł czytelnikom 12 października "Financial Times". Brytyjski dziennik skupił się przy tym na opisaniu niezwykłej wolty, jaką wykonał w tym tygodniu Emmanuel Macron.

Reklama

Gdy został on prezydentem Francji obiecał wyłączenie 14 reaktorów atomowych tak, by do 2035 r. udział energii jądrowej we francuskim miksie energetycznym spadł z 75 do 50 proc. Ten olbrzymi ubytek zamierzał zastąpić odnawialnymi źródłami energii oraz elektrowniami … gazowymi, choć przecież emitują one dwutlenek węgla. Tym sposobem V Republika upodobniłaby swą transformację energetyczną do niemieckiej. Fakt, że jednocześnie zrezygnowałaby z samowystarczalności (od kogoś musiałby kupić gaz do elektrowni) oraz pozycji największego eksportera prądu w UE, wówczas nie kłopotał Macrona. Ale nadszedł moment, gdy musi ubiegać się o reelekcję w zupełnie nowych czasach.

"Fit for 55"

Ich wyznacznikiem okazują się narastające problemy z dostępem do taniej energii, wynikłe z odchodzenia od paliw kopalnych. Pogłębi je wejście w życie opracowanej przez Komisję Europejską strategii "Fit for 55". Oznacza ona, że wszystko co emituje dwutlenek węgla stanie się piekielnie drogie. W takim momencie spełnienie obietnicy o stopniowej rezygnacji z elektrowni atomowych dodatkowo i mocno uderzyłoby Francuzów po kieszeni. Co gorsza łączyło się z realizacją wizji, jaką sformułowano w Berlinie, gdy tworzono tam założenia tzw. Energiewende, czyli wielkiej transformacji energetycznej.

Boleśnie celnie wypunktował to idący w górę w sondażach przed wyborami prezydenckimi niezależny publicysta Eric Zemmour. Na łamach magazynu „Le Point” niemal wprost oskarżył Macrona o zdradę interesu narodowego Francji. Nie chcę, aby nasz kraj stracił suwerenność energetyczną pod pretekstem absurdalnej transformacji energetycznej skopiowanej z Niemiec – ogłosił. Oświadczenie osoby zajmującej obecnie drugie miejsce w prezydenckim wyścigu (głosować na Zemmoura chce dziś 18 proc. wyborców, na Macrona - 25 proc.) zmotywowało do podobnych deklaracji innych kandydatów.

Reklama

Najdalej poszła Le Pen

Najdalej poszła w nich, jeszcze kilka miesięcy temu murowana uczestniczka drugiej tury wyborów, Marine Le Pen. Zapowiedziała mianowicie ucięcie wszystkich dopłat do odnawialnych źródeł energii i nie tylko to. Jeśli zostanę wybrana wstrzymam wszystkie budowy elektrowni wiatrowych i uruchomię wielki projekt demontażu już istniejących – obiecała w tym tygodniu na antenie radia RTL. Kandydatka na prezydenta najwyraźniej śledzi uważnie sondażowe trendy, które stały się bardzo wyraźne. Od początków prezydentury Macrona liczba Francuzów opowiadających się za inwestycjami państwa w farmy wiatrowe spadła o 17 proc. Wprawdzie nadal aż 63 proc. zapytanych je popiera, jednak trendy spadkowy wyraźnie przyspiesza. Z kolei o 17 proc. wzrosło poparcie dla budowy nowych elektrowni atomowych i wynosi już 51 proc. Marine Le Pen postanowiła wskoczyć na tę falę zapowiadając, iż wszystko co Francja zaoszczędzi na OZE, zainwestuje w nowe reaktory.

Macron jest jednak zbyt doświadczonym politykiem, by "umierać" za przegraną sprawę. W tym tygodniu bez mrugnięcia okiem przejął program najgroźniejszych konkurentów i ogłosił, że pod jego rządami Francja wyda w najbliższych latach miliard euro na inwestycje w energetykę atomową. Celem numer jeden jest posiadanie innowacyjnych małych reaktorów jądrowych we Francji do 2030 r. – oznajmił. Jednocześnie francuska dyplomacja ruszyła do ofensywy.

Elektrownie atomowe źle widziane przez Berlin

Cały kłopot z budową nowych elektrowni atomowych na terenie UE polega na tym, iż są bardzo źle widziane przez Berlin. Od strony formalnej ten stan rzeczy utrwala właśnie tzw. "zielona taksonomia". Pod nazwą tą kryje się nowotworzony w Brukseli system, według którego będzie płynął pieniądz. Generalnie i w uproszczeniu - jeśli jakaś inwestycja lub działalność gospodarcza zostanie zakwalifikowana, jako: "spełniająca normy zielonej taksonomii", wówczas otworzą się dla niej drzwi finansowego raju. Taki podmiot lub inwestycja otrzyma nie tylko dostęp do unijnych funduszy. Wymienienie w "zielonej taksonomii" będzie sygnałem dla banków, że warto skredytować przedsięwzięcie. Inwestorzy giełdowi dowiedzą się, iż akcje tej firmy należy kupić, bo oferują bezpieczny zysk. Wszystko, co się załapie na listę „zielonej taksonomii” zyskuje bezcenny dostęp do łatwego pieniądza. Natomiast jeśli się z niej wypadnie no cóż … rynki finansowe otrzymają sygnał, iż nie warto podejmować ryzyka kredytowania takiej działalności, bo nie ma ona przyszłości w UE.

Wracając do meritum – elektrownie atomowe do "zielonej taksonomii" się nie załapały. W odwrotności do inwestycji w: energię słoneczną, geotermalną, wodór, energię wiatrową, energie wody, a nawet bioenergię, choć jej pozyskiwanie podczas spalania biomasy posyła do atmosfery, oprócz CO2, niemal całą tablicę Mendelejewa.

Polska we "francuskim sojuszu"

Po nagłym przebudzeniu francuski rząd naprędce zorganizował grupę 9 krajów UE (znalazły się w niej: Polska, Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Finlandia, Węgry, Słowacja, Słowenia i Rumunia), które zwróciły się w tym tygodniu do Komisji Europejskiej o wpisanie inwestycji w energetykę atomową do „zielonej taksonomii”. Natychmiast kontrakcję wszczęły Niemcy zwołując własny sojusz (na dziś tworzą go z RFN - Austria, Dania, Luksemburg i Hiszpania). Jego celem jest zablokowanie planów Paryża. Pozostałe państwa UE jeszcze się wahają, kogo poprzeć. Nim bitwa na dobre się rozpocznie, warto dostrzec, jakie ma znaczenie dla Polski.

Otóż od grudniowego szczytu szefów rządów państw Unii Europejskiej wydarzenia na Starym Kontynencie toczą się coraz szybciej. Wówczas to przyjęto ustalenie, że do 2030 r. emisja gazów cieplarnianych na terenie UE zostanie zredukowana aż o 55 proc. W przypadku Polski oznacza to, że większość elektrowni węglowych zostanie zamkniętych w ciągu najbliższych ośmiu lat. Tego ubytku w produkcji prądu nie pokryją ani panele słoneczne, ani farmy wiatrowe - nawet te najbardziej wydajne, jakich budowę planuje się na Bałtyku. Dlatego też trwa pośpieszna rozbudowa elektrowni gazowych.

Skalę tych inwestycji można sobie prześledzić na stronie Centrum Informacji o Rynku Energii (https://www.cire.pl/strony/budowane-i-planowane-elektrownie)

Budowanych jest lub trwają przygotowywania do rozpoczęcia budowy łącznie 16 dużych bloków energetycznych zasilanych gazem. Przy czym to dopiero początek transformacji.

Ani Gazoport, ani Baltic Pipe...

Po pierwsze oznacza ona, że ani Gazoport, ani gazociąg Baltic Pipe nie zaspokoją potrzeb energetycznych Polski. Gaz do elektrowni trzeba będzie kupować od Rosji lub od Niemiec, które dzięki Norde Stream 2 staną jego dystrybutorem. Zatem pod dekadzie bohaterskiej walki, żeby się uniezależnić od Gazpromu i kaprysów Kremla, wrócimy do punktu wyjścia.

Po drugie cena gazu stanie się głównym składnikiem kosztów energii w III RP. Jak to przekłada się na codzienne życie widać dobrze tej jesieni. Nad Wisłą skok w górę giełdowej ceny prądu wyniósł ok. 80 proc. W Hiszpanii i Włoszech ponad dwukrotnie więcej. Tamtejsze systemy energetyczne oparte są na OZE i elektrowniach gazowych. W Polsce nadal dominują węglowe. Pomimo że koszty uprawnień do emisji dwutlenku węgla czynią je bardzo drogimi, nagle są one dużo tańsze od gazowych. Nie ma żadnych gwarancji, że za kilka lat nie będziemy płacili za prąd tyle co Hiszpanie i Włosi. Zwłaszcza, gdy Kreml i Gazprom dokładnie oszacują na ile mogą sobie pozwolić.

Budowa reaktorów atomowych w Polsce

Ratunkiem miało być wybudowanie w Polsce reaktorów atomowych. W ostatnich miesiącach rząd, spółki Skarbu Państwa i prywatni inwestorzy urządzili festiwal obietnic, ile to ich nie powstanie. Gdyby wziąć te obietnice za dobrą monetę, wówczas wyglądałoby na to, że III RP w dwie dekady uzyska podobną samowystarczalność energetyczną jak Francja. Tyle tylko, że podczas festiwalu zapomniano wspomnieć o unijnych meandrach i "zielonej taksonomii". Tymczasem zmuszają ona do postawienia pytania - skąd wziąć wielomiliardowe kwoty na długoterminowe inwestycje po odcięciu od rynków finansowych i unijnych funduszy?

Wedle szacunków analityków Polskiego Instytutu Ekonomicznego, jeśli polski rząd chce wybudować skromne 6 reaktorów jądrowych, to musi znaleźć na to po obecnych cenach ok. 105 mld złotych (w tym roku całość wpływów do budżetu państwa wyniesie ok. 482 mld zł). Filozofia "zielonej taksonomii" zakłada, że o dostępie do niskooprocentowanych kredytów zagranicznych lub dotacji z UE, a nawet możliwości sprzedaży obligacji na ten cel inwestycyjny, Warszawa raczej powinna zapomnieć.

No chyba, że Francja postawi na swoim. Jednakże stara zasada mówi, że zwykle o wiele prościej jest coś wykreślić z listy niż później do niej dopisać, gdy odmawia tego jej główny twórca.

Gdyby nasz świat był bytem racjonalnym i przy podejmowaniu decyzji przywódcy kierowali się tym co najistotniejsze, wówczas rodzący się problem zostałby szybko i z korzyścią dla wszystkich rozwiązany. Jeśli głównym cele transformacji energetycznej w UE jest zahamowanie globalnego ocieplenia, to elektrownie atomowe okazują się najbardziej użytecznym ku temu środkiem. Nie dość, że są najbardziej wydajnym narzędziem do wytwarzania energii elektrycznej, to jeszcze nie emitują CO2. Od strony technologicznej na chwilę obecną ludzkość nie posiada lepszego urządzenia do zapewnienia sobie "zielonej" energii.

Niemieckie fobie i ślepa wiara

Gdyby decydowały te kryteria wówczas w Brukseli nastąpiłoby szybkie poszerzenie "zielonej taksonomii" o jeszcze jedną pozycję. Nie ma jednak co się łudzić. Od dobra ogólnego zazwyczaj ważniejsze są interesy poszczególnych państw, zaś od nich czasami jeszcze istotniejsza bywa irracjonalna wiara. Co do interesów, to zgoda Berlina na łatwą budowę nowych siłowni jądrowych w UE oznacza, iż sukcesywnie zacznie ubywać chętnych na odkupienie importowanego z Rosji gazu, stracą też producenci wyposażenia do siłowni wiatrowych, wzrośnie autonomia energetyczna krajów Europy Środkowej. Jednakże tłumaczenie postawy Niemiec jedynie racjonalnymi przyczynami daje niepełny obraz. Paradoksalnie jeszcze istotniejsze okazują się niemieckie fobie oraz ślepa wiara w przyjęte wiele lat temu tezy. Od lat 70. w RFN podsycano lęki przed wszystkim co ma w nazwie atom lub promieniowanie. Czynili to wspólnym wysiłkiem politycy oraz media, zaś awarie elektrowni w Czarnobylu i Fukushimie bardzo ułatwiły sprawę. Nigdzie indzie w Unii obywatele nie boją się bardziej siłowni jądrowych.

Obok strachu równie ważna jest ślepa wiara. Na tym polu panuje w Niemczech niezwykły konsensus. Od prawa do lewa wszyscy wierzą, że energia ze słońca i wiatru przyniesie ocalenie ludzkości. Podważanie tego przekonania wywołuje reakcje podobne do tych, jakie niegdyś wzbudzało głoszenie religijnych herezji. Na szczęście po podpaleniu stosu wraz z heretykiem emitują oni CO2, więc na razie się obywa bez takich widowisk.

Kolejnym elementem ślepej wiary jest przekonanie, iż przełomowe technologie są już w zasięgu ręki. Niestety budowanie ogromnych magazynów energii, zdolnych zapewnić przez wiele dni prąd metropoliom i przemysłowi, pozostaje wciąż w sferze fantazji. Na podobne trudności napotyka uzyskiwanie wodoru bez emisji CO2 oraz jego przesyłanie i składowanie. Ten najmniejszy z pierwiastków potrafi „uciekać” z niemal każdego zbiornika. Głupio zaś wygląda, gdy magazyn wodoru, zapełniony za miliony dolarów, po pół roku okazuje pusty, bo gaz uciekł. Gdyby chcieć być złośliwym, to współczesną wiarę w Niemczech w niesprawdzone technologie można porównać z wiarą okazywaną w 1944 r., że dzięki Wunderwaffe uda się odwrócić bieg wojny. Faktycznie ówczesne prototypy wyprzedzały osiągnięcia techniczne aliantów o całe epoki. Tyle tylko, że przejście od prototypu do zastosowania czegoś na masową skalę wymaga lat, a czasami nowa technologia okazuje się ślepą uliczką.

Niestety, mocna i bezkrytyczna wiara wyklucza otwartość na racjonalne argumenty. To zaś oznacza, że wszczęta przez Francję bitwa o energetykę atomową może okazać się długotrwałą wojną pozycyjną. Ale V Republika ma czas oraz własne elektrownie jądrowe, natomiast Polska żadnego z tych atutów nie posiada.