W piątek oficjalnie zostały potwierdzone informacje, że bank centralny Stanów Zjednoczonych chce w porozumieniu z administracją George’a Busha stworzyć specjalną
instytucję skupującą od banków i ubezpieczycieli tzw. toksyczne aktywa, czyli instrumenty finansowe, które wskutek kryzysu straciły na wartości. Taki ruch pozwoli firmom szybciej wyjść na
prostą.
>>>Przeczytaj, jak wybuchła panika na giełdach
Czy to zapowiedź końca bessy? "Nie mówiłbym jeszcze o jakimś przełomie czy punkcie zwrotnym kryzysu. Nie wiemy, po jakich cenach toksyczne amerykańskie papiery będą
skupowane" - mówi DZIENNIKOWI Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów, główny ekonomista Business Centre Club. Jednak według Jakuba Borowskiego, ekonomisty Invest-Banku, ruch
amerykańskich władz z pewnością złagodzi nieco wymiar kryzysu. Ale i on zastrzega, że jedną decyzją nie da się odbudować kapitałów instytucji finansowych i zaufania do banków.
Na razie na giełdach nastroje się poprawiają. W Ameryce w czwartek wieczorem wystarczyły plotki o planach rządu, aby spowodować wzrost notowań. W piątek akcje kupowano już na wyścigi na
wszystkich giełdach świata. W Europie nie było parkietu, który zyskiwałby mniej niż 5 proc. Na londyńskiej giełdzie główny indeks zanotował największy dzienny wzrost od 21 lat. A
moskiewska giełda nieczynna w ostatnich dniach z powodu ostrych spadków w piątek przerywała sesję z powodu... nadzwyczajnych wzrostów. Ceny skoczyły nawet o 30 proc.
W Warszawie najważniejszy wskaźnik koniunktury WIG20 wystrzelił w górę o 5,66 proc. Na fali euforii umocnił się też złoty.
p
Jaka jutrzenka?! Czekają nas znacznie gorsze czasy. Te dwudniowe gwałtowne wzrosty indeksów to po prostu efekt wykupywania długów na masową skalę przez rząd USA. Stała
się rzecz absolutnie niesłychana: władze Stanów Zjednoczonych, ale także innych krajów wpompowały miliardy dolarów z kieszeni swoich podatników, by ratować upadające instytucje finansowe.
Myślę, że nie skończą na tym, na ratowanie banków zmarnują biliony dolarów. Ale to nie pomoże. Z podatków zapłacimy długi, a potem zaciągniemy kolejne i tak bez końca.
Oczywiście, że nie! Niech pani zadzwoni do mnie za rok, to pogadamy o tym, jakie straszliwe szkody ten plan spowodował. Ameryka jest pogrążona w głębokim kryzysie, jest bankrutem. I nic się
nie poprawi, a wręcz przeciwnie - będzie coraz gorzej. A wtedy amerykański kryzys ogarnie również Polskę i wszystkie inne państwa świata. Przywódcy polityczni powinni się wreszcie ocknąć,
podobnie zresztą jak przedsiębiorcy - wszyscy muszą zrozumieć, że jedynym wyjściem jest stworzenie zupełnie nowych podstaw gospodarki, bo obecna jest zupełnie niewydolna.
Całkowicie. Tkwimy w głębokiej recesji. Ostrzegałem przed tym kryzysem od co najmniej pięciu lat, powtarzałem do znudzenia przywódcom państw oraz szefom największych przedsiębiorstw, że
sytuacja jest naprawdę poważna. Obecny krach na rynkach finansowych był łatwy do przewidzenia, szkoda tylko, że nikt nie chciał mnie słuchać. Moja żona mówi, że ludzie nie słuchają, bo
są idiotami, ale ja nie wiem, czy to dobre wytłumaczenie. Większość po prostu nie chciała uwierzyć, że stare, dobre czasy się skończą.
Zaczęło się w roku 1991, gdy Ameryka zmagała się z potężną zapaścią na rynku nieruchomości. Udało się z niego wyjść dzięki udzielanym na masową skalę kredytom konsumenckim. Krótko
mówiąc: pokonaliśmy ówczesne problemy nie dzięki gruntownym reformom gospodarczym czy szczególnie innowacyjnym przedsięwzięciom, ale dlatego, że lekką ręką wydawaliśmy miliony kart
kredytowych. Ludzie kupowali bez opamiętania, a ekonomia się rozwijała. Także światowe gospodarki, zwłaszcza te rozwijające się, miały się dobrze dzięki amerykańskiej konsumpcji. Ale
zapłaciliśmy za to ogromną cenę - potwornym zadłużeniem. Amerykanie nie tylko nie mają teraz żadnych oszczędności, ale są nawet winni ogromne pieniądze bankom. Przeciętna rodzina w USA
wydaje więcej, niż zarabia. Podobne problemy mają też Brytyjczycy, myślę, że np. Polacy są w o wiele lepszej sytuacji.
Pomogły nam kredyty hipoteczne. Banki hojnie rozdawały niskooprocentowane kredyty, nie stawiały wygórowanych wymagań kredytobiorcom i tak powstała owa słynna bańka na rynku hipotek. Ludzie
sądzili, że stać ich na własny dom, ale potem okazywało się, że nie są w stanie spłacać rat, a bankom, które udzieliły złych kredytów, zaczęła grozić upadłość. A jakby tego było
mało, ceny energii zaczęły gwałtownie rosnąć. Dopóki były niskie, globalizacja rozwijała się doskonale zgodnie z zasadą, że można produkować towary w krajach, gdzie jest tania siła
robocza, i transportować je po całym świecie. Gdy baryłka ropy osiągnęła magiczną cenę prawie 150 dol., nastąpił kres obecnego etapu globalizacji.
Proszę pamiętać o jednej fundamentalnej zasadzie: cała światowa gospodarka zależy od ropy, gazu i węgla. Przemysł ciężki i lekki, budownictwo, wszystko zależy od ropy, gazu i węgla. A my
właśnie dochodzimy do ery zmierzchu tych surowców, druga rewolucja przemysłowa dogorywa na naszych oczach. Więc kiedy baryłka ropy osiągnęła cenę 147 dol., natychmiast zdrożała
żywność, a globalna gospodarka zaczęła ostro wyhamowywać. A potem nagle ceny energii zaczęły spadać. Ale nie było w tym cudu, nie znaleźliśmy nagle nowych źródeł ropy czy gazu. My po
prostu zaczęliśmy energię gwałtownie oszczędzać.
Dokładnie tak. Doszliśmy do punktu, który nazwałem "szczytowym stadium globalizacji". Musimy natychmiast zmienić cały nasz sposób myślenia o gospodarce, bo źródeł energii
nie zacznie nam nagle przybywać. Potrzebna jest prawdziwa rewolucja, inaczej będziemy ciągle miotać się od jednego do drugiego kryzysu.
Jestem doradcą Unii Europejskiej ds. gospodarczych i zaproponowałem waszym przywódcom, by od tej pory stosować inny sposób myślenia o zagrożeniach ekonomicznych. To konieczne, szczególnie w
erze nawracających, coraz silniejszych huraganów, topniejących lodowców oraz wiecznej suszy w Afryce. Nie wolno nam już dłużej polegać na ropie czy gazie, musimy sięgnąć do odnawialnych
źródeł energii. Każda rewolucja zaczynała się od tego, że ludzie sięgali po nowe źródła energii, a ludzie zmieniali sposób dogadywania się w tej sprawie. Tylko tam można zmienić
historię ludzkości. Inaczej czeka nas zażarta walka o dostępne złoża gazu czy ropy.
Rządy wspólnie z przedsiębiorcami. Trzecia rewolucja będzie się opierała na budownictwie, ale całkowicie zrewolucjonizowanym, takim, w którym każdy dom mieszkalny, fabryka, sklep czy szkoła
będzie swoistą elektrownią. Będą zbierać energię słoneczną, wodną i wiatrową i przetwarzać ją na potrzeby ludzi. Tak buduje się już m.in. w Hiszpanii. I powtórzę raz jeszcze:
szukanie odnawialnych źródeł energii to jedyna metoda, by wyrwać się z zaklętego kręgu kolejnych kryzysów finansowych. Każde inne rozwiązanie przyniesie jedynie chwilową ulgę.
Nie! Ani obecni, ani przyszli. Z pewnością nie jest na nie gotowy John McCain, być może uda się przekonać do nich Obamę, on wydaje się bardziej elastyczny.
To nie jest koniec kapitalizmu, ale z pewnością koniec obecnego stadium globalizacji. Jeśli chcemy przejść do kolejnego stadium, musimy uwierzyć wreszcie, że od tej pory każde gospodarcze
przedsięwzięcie musi angażować zarówno środki prywatne, jak i publiczne. Trzeba stworzyć miliony nowych miejsc pracy, postawić na odnawialne źródła energii. I musimy skończyć z naiwną
wiarą, że wolny rynek załatwi za nas wszystko. To tylko ideologiczne frazesy powtarzane przez neokonserwatystów.
Ani jednego dolara. Przeczuwałem, co się stanie, i dlatego wiele lat temu kupiłem obligacje skarbu państwa. Teraz wszyscy panikują, a ja śpię spokojnie. Problemy będę miał wówczas, gdy
padnie rząd USA i dolar. (śmiech)