Poranek w publicznym przedszkolu na warszawskim Mokotowie. Jest tuż po 8.00, więc ścisk w szatni spory. Dzieci zakładają kapcie, rodzice i dziadkowie rozmawiają. Na tapecie: nowe 500+. Temat w tym miejscu niezmienny, odkąd prezes Kaczyński osobiście zapowiedział zniesienie kryterium dochodowego i przyznanie świadczenia na każde dziecko.

To nierealne. Pani wie, o jaką kasę tu chodzi? Gigantyczną! – mówi mężczyzna w średnim wieku, pomagając chłopcu ściągnąć kurtkę. Jego rozmówczyni rzuca kąśliwą uwagę, że teraz przybędzie ludzi, którym pracować się nie chce. – Ja takich pieniędzy na dzieci nie miałam, a troje wychowałam – odzywa się starsza kobieta. – A słyszała pani, że teraz dostaną wszyscy, nie tylko biedni? Bogaci nawet tych 500 zł nie poczują. Efekt tego taki, że rząd dla nauczycieli na podwyżki nie ma. Ja na wszelki wypadek zaklepałem już sobie urlop w pracy na najbliższe dni – wtrąca mężczyzna. Widać, że ten argument zrobił na małym tłumie wrażenie. Dyskusja toczy się w momencie, gdy ciągle nie wiadomo, co ze strajkiem w oświacie. Wychowawcy tego przedszkola poinformowali rodziców, by w niedzielę zaglądali do e-maili. Bo decyzja zapadnie w ostatniej chwili. Mężczyzna ciągnie dalej: – Rząd i ci z totalnej licytują się w najlepsze, kto da więcej. A my mamy w to uwierzyć.

W przedszkolu, szkole, sklepie osiedlowym. Dyskutujemy o nowym 500+, które rozbudziło zbiorową wyobraźnię. Bo większość z nas ma dzieci, a dzieci kosztują; bo w grę wchodzą pieniądze, a te lepiej mieć niż ich nie mieć. Najważniejsze, że rozmawiamy, choć dla polityków to może nie najlepsza informacja.