Przez nagrody dla członków rządu Beaty Szydło nie będzie nowego kodeksu pracy. To uproszczenie, ale dość trafnie ukazujące główny powód odrzucenia przez PiS projektowanych regulacji. Komisja kodyfikacyjna przygotowywała je przez półtora roku, a rzecznik PiS Beata Mazurek jednym tweetem pozbawiła złudzeń kogokolwiek, kto wierzył jeszcze w to, że można obecnie zreformować zasady zatrudniania. 16 mln pracodawców i pracowników odetchnęło z ulgą, bo wszystko zostanie po staremu, a przecież „każdy lubi piosenki, które już zna”.

Tyle że to fałszywe poczucie zwycięstwa.

Nadal będzie funkcjonował podział na szczęśliwców z umową o pracę i nieszczęśników na śmieciówkach, którzy pracują bez żadnych uprawnień. Przedsiębiorca zatrudniający jedną osobę wciąż będzie miał podobne obowiązki jak ten zatrudniający kilkadziesiąt tysięcy podwładnych. Nikt poza kadrowymi nie będzie rozumiał przepisów o czasie pracy (nawet Państwowa Inspekcja Pracy ma problem z ich interpretacją i wnioskuje co roku – bezskutecznie – o zmiany). Kodeks wciąż szczegółowo będzie regulował zasady działania komisji pojednawczych, których nikt nie powołuje, ale na próżno będzie można w nim szukać choćby jednego przepisu o możliwości okazjonalnej pracy z domu, co staje się powszechne i pożądane w wielu firmach.

Jest wiele przyczyn, które sprawiły, że głębokie reformy prawa pracy stały się niemożliwe. Brakuje dialogu i porozumienia między związkami zawodowymi a pracodawcami co do kierunków zmian, a doktryna prawa pracy – poza nielicznymi wyjątkami – nie oferuje ambitnych rozwiązań obecnych problemów rynku. Ale główny powód wskazał Jarosław Kaczyński w swoim wystąpieniu dotyczącym oddawania nagród przez ministrów i zmian w wynagradzaniu posłów i samorządowców. – Vox populi, vox Dei – podkreślił prezes PiS. Skoro rząd ma słuchać głosu ludu, to jak może tknąć jego uprawnienia pracownicze, do których wszyscy się już przyzwyczaili, bo obowiązują od ponad 40 lat? Przy okazji uchwalenia nowych przepisów można byłoby usunąć mankamenty obowiązującego prawa i dostosować je do realiów, ale wystarczy zlikwidować urlop na żądanie (z punktu widzenia prawa pracy sprawa trzeciorzędna) i słupki sondażowe polecą w dół na łeb na szyję. Racja stanu wymaga reform, ale w starciu z racją elektoratu nie ma szans.