Pracownicy Ministerstwa Finansów mieli pracowity długi weekend – dopinali projekt budżetu, aby dzisiaj na nieoficjalnym posiedzeniu mogli się z nim zapoznać wszyscy ministrowie. Premier chce, aby już jutro rząd przyjął projekt budżetu i wysłał go do konsultacji partnerów społecznych. To daje spore szanse, że dokument jeszcze przed końcem tego miesiąca trafi do Sejmu.

Zgodnie z rządowym scenariuszem obie izby parlamentu mają przyjąć ustawę do końca lipca. Wszystko po to – jak twierdzą sami zainteresowani – „aby uniknąć uchwalania budżetu w środku kampanii wyborczej i eskalacji żądań”. Nie będzie to jednak łatwe. Szefowie poszczególnych ministerstw mają już przygotowane całe katalogi żądań. Aby zaspokoić ich wszystkie oczekiwania, budżet musiałby być większy o co najmniej kilka miliardów złotych.

Minister finansów Jacek Rostowski liczy, że przed żądaniami ministrów najlepszą zaporą będzie reguła wydatkowa. Zapis w ustawie o finansach publicznych przewiduje, że wydatki elastyczne nie mogą rosnąć powyżej inflacji. To oznacza, że każdy minister, który w negocjacjach budżetowych uzyska dodatkowe pieniądze, faktycznie zmniejszy budżety innych. Czyli po raz pierwszy głównym przeciwnikiem w rozgrywce o budżet ma być nie minister finansów, a szefowie innych resortów.

Tak przynajmniej reguła ma działać w teorii. Presja będzie jednak tak potężna, że nie wiadomo, jak nowe rozwiązanie przejdzie test praktyczny Dużych sum chcą ministrowie Michał Boni i Jolanta Fedak. Ten pierwszy na aktywne formy zwalczania bezrobocia w Funduszu Pracy, a minister pracy – na podwyższenie progów dochodowych do świadczeń rodzinnych. To faktycznie oznacza wzrost wydatków na zasiłki rodzinne, ponieważ zwiększy się liczba uprawnionych do ich otrzymywania.

Największy spór może rozgorzeć o pensje w budżetówce. Minister finansów założył, że ten rok będzie kolejnym, w którym fundusz płac urzędników, funkcjonariuszy i żołnierzy nie wzrośnie, co oznacza, że podwyżki będą miały charakter incydentalny i będą wynikały z oszczędności oraz redukcji części etatów.

Prawdziwą lawinę żądań mogą jednak uruchomić nauczyciele. Bo przedstawiciele nauczycielskich związków, o czym pisaliśmy już w piątek, otwarcie mówią, że dogadali się z rządem w sprawie podwyżek pensji. Jeśli premier potwierdzi dzisiaj tę decyzję, to mimo wcześniejszych ustaleń minister finansów będzie musiał wyjąć blisko miliard złotych dla kadry edukacyjnej. A choć nauczyciele są formalnie poza sferą budżetową, to inne zawody – powołując się na precedens – ustawią się w kolejce z żądaniami podwyżek.

Pod największą presją są szefowie resortów obrony narodowej i spraw wewnętrznych. Zarówno żołnierze, jaki i policjanci domagają się podwyżek, argumentując, że kolejny rok bez wzrostu wynagrodzeń przy wysokiej inflacji oznacza ich realny spadek. Tymczasem minister finansów o podwyżkach nie chce słyszeć – obietnicę, że ich nie będzie, złożył samej Brukseli. Gdyby bowiem oszczędności budżetowe okazały się mniejsze od zapowiedzianych, to w skrajnym przypadku może nam grozić zablokowanie unijnych funduszy.