Senatorowie już w piątek wieczorem przegłosują ustawę o spreadach walutowych. W czwartek nie wnieśli do dokumentu żadnych poprawek. To oznacza, że na początku tygodnia trafi ona do prezydenta. Bronisław Komorowski teoretycznie ma trzy tygodnie na jej podpisane, ale biorąc pod uwagę tempo prac nad tymi przepisami, determinację, z jaką forsowali je posłowie PO i PSL, i rekordowe notowania franka, zapewne nie będzie zwlekał. A ponieważ vacatio legis wynosi dwa tygodnie, oznacza to, że ustawa ma szanse wejść w życie w ostatnim tygodniu sierpnia.

Reklama

Banki oficjalnie mówią, że z ofertą i reakcją na nowe przepisy czekają na wejście w życie nowych przepisów. Ale niektóre z nich już promują swoją ofertę – np. Raiffeisen Bank i Alior platformy do tańszego kupna walut. Obie instytucje nie ukrywają, że ofertę kierują do klientów banków o najwyższych spreadach – np. Getinu czy Polbanku EFG. Problem polega na tym, że o ile w Aliorze przelew walut do innego banku kosztuje tylko 5 zł, to w Raiffesenie już 30 zł. – Wysokie koszty przelewów to jeden z głównych powodów, dla którego tak mało klientów do tej pory interesowało się samodzielną spłatą kredytu – mówi Jarosław Sadowski. Jest jednak przekonany, że teraz zacznie się między bankami konkurencja na obniżanie kosztów przelewów i spreadów.

Nowa oferta oczekiwana jest przede wszystkim od banków mających bardzo dobrze rozwinięte informatyczne systemy transakcyjne lub wyspecjalizowane konta internetowe, czyli od BRE, PKO BP i Pekao SA. Niewykluczone, że do gry o nowych klientów i ich pieniądze włączą się też instytucje, które nie mają dużych portfeli kredytów walutowych – np. ING BSK czy BPH.

Zgodnie z nowymi przepisami osoba posiadająca kredyt hipoteczny w walutach, np. we franku szwajcarskim, będzie mogła go spłacać pieniędzmi kupionymi w kantorze lub w innym banku oferującym korzystniejszy kurs. Bank nie będzie mógł wtedy żądać dodatkowych opłat czy prowizji ani, jak teraz, pobierać pieniędzy za aneksy do umowy. Dodatkowo klient dostanie pełną dowolność – jeśli po jakimś czasie nie będzie chciał sam spłacać kredytu, to będzie mógł wrócić do starej zasady, kiedy jego bank pobierał złote z konta i przeliczał po swoim kursie. Te przepisy będą dotyczyć zarówno nowych kredytów, jak i już spłacanych.

Według obecnych, jeśli ktoś zdecyduje się na samodzielną spłatę, to raz na zawsze, czyli do końca trwania umowy. – To było głównym powodem niewielkiego zainteresowania do tej pory samodzielną spłatą kredytów. Dodatkowo klienci kilku instytucji, np. Getin Banku, Kredyt Banku czy Nordei, rezygnowali z możliwości samodzielnej spłaty ze względu na wysokie koszty aneksu do umowy – uważa Jarosław Sadowski, analityk Expander Advisors.

W nowych umowach kredytowych banki będą ponadto musiały wpisywać wysokość spreadów. Pozwoli to na uniknięcie sytuacji, z jaką mamy do czynienia teraz, kiedy to wraz z nastaniem kryzysu banki wywindowały je często o kilkanaście groszy.



Frank ciągle mocny

Frank dla kredytobiorców, uwzględniając spread, kosztuje już prawie 4 zł. Wczoraj Getin Bank sprzedawał go za ponad 3,9 zł, a Polbank EFG za ponad 3,8 zł.

Mimo że w środę Narodowy Bank Szwajcarii obniżył stopy i zapowiedział interwencje na rynku, na niewiele to się zdało. Wczoraj frank umocnił się do złotego o ponad 1,8 proc. i ponownie przebił barierę 3,7 zł. To bezpośredni rezultat osłabienia się euro do franka. Europejska waluta straciła wczoraj do szwajcarskiej 1,4 proc. i płacono już za nią jedynie 1,08 CHF. Może to być efektem interwencji Banku Japonii, który rzucił na rynek równowartość 15 mld dolarów w celu osłabienia jena. W tej sytuacji inwestorzy przerzucili kapitał do Szwajcarii.

Reklama

Grecja bije w polskich kredytobiorców

Niepokoi pana wysoki kurs franka?

Bardzo. Tyle że przyczyny leżą za granicą i niestety recepty na to, by był niższy, także tam. A przyczyny to odwrót od dolara i euro oraz utrata zaufania inwestorów do tych walut. Nawet gdyby były jakieś próby interwencji u nas, byłyby nieskuteczne. Oznaczałoby to działanie przeciw trendowi, który jest bardzo silny.

Tak silny wzrost franka to objaw paniki czy realnych obaw przed nawrotem recesji?

Oba czynniki wchodzą w grę. W lipcu, gdy uzgodniono pomoc dla Grecji, został wykonany pierwszy krok. Ale nie rozwiązuje to całości problemu. Inwestorzy boją się nadal ewentualnego zarażenia kolejnych krajów. To powoduje ucieczkę od euro, a frank stał się bezpieczną przystanią. A ponieważ UE i strefa euro to nasz główny partner, to nasza waluta zmienia się tak jak euro.

Jaki ma to wpływ na realizację budżetu?

Na tegoroczny żadnego. A na przyszłoroczny – będzie zależało, na ile te zjawiska, o których mówimy, przełożą się na sferę realną. Pamiętamy lata 2008 – 2009 – wtedy kłopoty zaczęły się od kryzysu finansowego, ale przeszły na sferę realnej gospodarki, co skończyło się recesją lub spowolnieniem. Taki mechanizm może zadziałać teraz. Na szczęście to, co się dzieje obecnie z walutami, nie przekłada się na problemy w sektorze bankowym. Ostatnie stress testy banków trochę uspokajają. Ale jeśli te niepokoje się pogłębią, mogą się pojawić zmiany w postrzeganiu perspektyw gospodarczych przez inwestorów i konsumentów. Zmieni to ich zachowanie, prowadząc do spowolnienia wzrostu.

Na ile taki scenariusz jest prawdopodobny?

Patrząc na franka oraz na to, co się dzieje z rosnącymi rentownościami papierów skarbowych Hiszpanii czy Włoch, prawdopodobieństwo jest niestety niemałe. Potrzebne są szybkie i zdecydowane decyzje, podobne do tych, choć dalej idące, które podjęto na ostatnim szczycie państw strefy euro w lipcu. Do tego mamy jeszcze niezbyt dobre sygnały z USA i niezdrową rywalizację między Stanami a strefą euro, kto jest brzydszy, u kogo jest gorzej. To zabawa zapałkami. Bo każda wymiana ciosów odbija się na rentownościach i kursach walut.

Jaki to będzie miało wpływ na gospodarkę – o ile wzrośnie nasz PKB?

4 proc. w tym roku to scenariusz bardzo realistyczny. Natomiast obawiam się, że w przyszłym roku taki wynik, choć wciąż osiągalny i realistyczny, jest obarczony znacznie większymi ryzykami.

Według projektu w przyszłym roku potrzeby pożyczkowe brutto, czyli łącznie z obsługą zadłużenia z lat poprzednich, mają być rekordowe i wynieść aż 185 mld zł.

Ale to się już zmienia dzięki tej sytuacji, którą mamy obecnie. Na przykład nie emitujemy już bonów skarbowych, czyli papierów, które by zapadały w przyszłym roku. To znaczy, że potrzeby pożyczkowe będą mniejsze, niż założyliśmy w projekcie. Rezygnując z emisji bonów do końca roku, sukcesywnie zmniejszamy poziom przyszłorocznych potrzeb pożyczkowych – o ponad 10 mld zł. Druga ważna sprawa, to że chcemy osiągnąć 3 proc. deficytu sektora finansów publicznych w przyszłym roku.

Czy deficyt sektora finansów publicznych pod koniec roku będzie niższy?

Podtrzymujemy prognozę 5,6 proc. PKB, bo deficyt sektora to nie tylko różnica wpływów i wydatków budżetu centralnego. Jeśli chodzi o budżet centralny, to zakładamy, że deficyt będzie niższy o 10 mld.