"To już nie jest zagrożenie scenariuszem węgierskim. My już wkroczyliśmy na tę drogę" - ostrzega w "Pulsie Biznesu" profesor Stanisław Gomułka, były wiceminister finansów. Bo, według niego, wszystko wygląda tak jak u "bratanków".

Tam także, patrząc na rosnące wskaźniki nie prowadzono żadnych reform, bo po co. WYznaczono nawet ambitny plan wejścia do strefy euro, a wzrost PKB był jednym z najwyższych w całej UE. Wszystko się jednak skończyło gigantycznym kryzysem.

>>>Kryzys kryzysem a kina pełne

"Dług publiczny Węgier w 2002 r. w relacji do PKB przekraczał 50 proc. U nas po drugim kwartale 2009 r. poziom jest bardzo zbliżony. To zdecydowanie zbyt wysoki dług jak na gospodarkę wschodzącą" - mówi "Pulsowi Biznesu" Michał Dybuła, główny ekonomista BNP Paribas na Europę Środkową i Wschodnią.

Warto też dodać, że podoobna jest także sytuacja polityczna - zanim wybuchł kryzys ekonomiczny, na Węgrzech doszło do politycznego skandalu. Premier okazał się agentem sowieckiego wywiadu. My tymczasem mamy aferę stoczniową i hazardową.

>>>Najbogatszy człowiek świata zarobił na kryzysie

Może więc nam grozić sytuacja, że rząd, jak na Węgrzech będzie rozdawał pieniądze, co skończy się wysoką inflacją. Obligacje skarbowe będą wysoko oprocentowane, co skończyło się cięciem wydatków i głęboką recesją. A polscy ekonomiści twierdzą, że to samoc zeka nas.