Centrum świata przesunęło się w XXI w. do Azji Południowo-Wschodniej? Tak przynajmniej twierdzą często politycy i publicyści. Ale to wciąż pozór. Stany Zjednoczone, a nawet „stara Europa” nie oddają pola łatwo. Część świata zwana umownie „transatlantycką” mocno skonsolidowała się w obliczu niedawnych zagrożeń, takich jak pandemia, a zwłaszcza rosyjska agresja przeciwko Ukrainie. I nie zmieniają tej generalnej oceny całkiem liczne wyjątki od reguły.
Gra interesów jest w cywilizacji zachodniej rzeczą naturalną, podobnie jak ich ucieranie poprzez konflikt i rywalizację. Nawet bardzo brutalną, posługującą się jako narzędziem szantażem wobec partnerów i sojuszników. Trudno nie pamiętać, że konflikty wymagały systemowej innowacyjności we wszystkich dziedzinach, od wojskowości po finanse publiczne czy edukację, i tak Zachód budował swoją potęgę. To sztuka wojenna, oparta m.in. na bezwzględności, dyscyplinie oraz stałym dążeniu do uzyskania przewagi jakościowej (a nie ilościowej) zapewniła mu najpierw odparcie idących z Azji najazdów, a potem dominację nad niemal całą „resztą świata”. Zbudowanie potęgi ekonomicznej – efektywnego systemu „produkcji pieniędzy” pozwalającego finansować coraz droższe zbrojenia i rekordowo szybko przechodzić do kolejnych generacji broni – stanowiło zaś zarówno skutek, jak i przyczynę tego megatrendu.

Jak goni się Zachód

Reklama
Azja – istotna część tej „reszty” – buduje (a przynajmniej próbuje) swoją własną potęgę. Często w opozycji do dawnych hegemonów. Stosuje jednak przy tym (całkiem słusznie!) ich wzorce rozwojowe i narzędzia zamiast własnych, tradycyjnych i w większości ekstensywnych. Co najwyżej wyciąga niektóre elementy rdzennej kultury i wplata je w szersze strategie.
Przykładem jest upolityczniony do granic (i zdaniem wielu badaczy potwornie wypaczony) islam skutecznie napędzający fanatycznych zwolenników cynicznym graczom na Bliskim i Środkowym Wschodzie. Jednocześnie nawet najbardziej konserwatywni mułłowie nie cofają się w wykorzystaniu w swej walce najnowocześniejszych osiągnięć informatyki czy inżynierii społecznej – o czysto zachodniej proweniencji. Chińska Republika Ludowa, która od wielu lat konsekwentnie miesza komunistyczną ideologię (notabene też zachodni wynalazek) z prawno-państwową i społeczną tradycją cesarską i konfucjańską, swe największe sukcesy zawdzięcza przecież de facto właśnie kapitalizmowi. Bez udziału w globalnym handlu i w międzynarodowym podziale pracy opartym z grubsza na regułach rynkowych nie byłoby dzisiejszej potęgi ekonomicznej Państwa Środka. Nie byłoby też pieniędzy na zbrojenia, ekspansywną politykę zagraniczną, ofensywny wywiad o globalnym zasięgu, armię hakerów ani na masowe korumpowanie elit w odległych krajach albo w wielkich organizacjach międzynarodowych.
Ten mechanizm swoistej konwergencji tworzy w wielu krajach Azji poważne sprzeczności i napięcia wewnętrzne. Władze próbują sobie z nimi mniej lub bardziej sprawnie radzić. Warto dostrzec obiecujące eksperymenty łączenia autokratycznych reżimów politycznych i konserwatywnych wzorców społecznych z przyspieszoną modernizacją technologiczną i ekspansją ekonomiczną, opartą już nie tylko na wydobyciu i eksporcie ropy czy gazu. Przodują w tym niektóre sunnickie monarchie rejonu Zatoki Perskiej, jak Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy Katar. Ale już model chińskiego kapitalizmu państwowego, co prawda wciąż wykorzystującego na swą korzyść efekt skali, ma coraz większe problemy choćby z zapewnieniem wystarczającego poziomu innowacyjności, a także z korupcją. Bardzo wyraźnie dochodzi też problem demograficzny: chińskie społeczeństwo starzeje się w zastraszającym tempie, co oznacza m.in. rosnące koszty utrzymywania „postprodukcyjnych” generacji. Model chiński nie jest zaś na tyle atrakcyjny, by masowo przyciągać młodych i dynamicznych imigrantów – ci, w poszukiwaniu szans życiowych, wciąż chętniej wybierają liberalne kraje zachodnie, względnie te kraje azjatyckie, w których poziom wolności osobistej czy nawet wyłącznie ekonomicznej jest wyraźnie wyższy niż oferowany przez Pekin. Już dostrzegane spowolnienie gospodarcze w ChRL ma więc przyczyny głębsze niż najczęściej wymieniana ostatnio restrykcyjna polityka wobec nawrotu pandemii oraz zakłócenia w globalnych łańcuchach dostaw (plus ogólnoświatowy kryzys). Odnowione przywództwo Xi Jinpinga proponuje chińskiemu Smokowi coraz mniej wolności, a więcej ręcznego sterowania i nacisku na bezpieczeństwo (definiowane w dodatku bardzo ideologicznie). Zapowiada więc próby leczenia choroby tym, co ją powoduje. Tymczasem wolna od antyzachodniej fobii wyspiarska Republika Chińska idzie konsekwentnie w przeciwnym kierunku, będąc już dziś jednym z bardziej liberalnych (zarówno ekonomicznie, jak i politycznie oraz obyczajowo) państw świata. Porównanie efektywności obu modeli będzie zapewne już niebawem bardzo pouczające dla zewnętrznych obserwatorów.
To oznacza, że w perspektywie dekady lub dwóch – bo taki jest maksymalny zasięg sensownego prognozowania – możemy być świadkami wielu poważnych perturbacji w azjatyckiej przestrzeni politycznej, ekonomicznej i społecznej. A że kłopoty wewnętrzne będą przez wiele ośrodków władzy przykrywane sztuczną eskalacją konfliktów zewnętrznych, już dziś można z dużym prawdopodobieństwem wytypować najważniejsze punkty zapalne, w których ścierać się będą interesy państw Zachodu i graczy z Azji.

Prognoza, nie wróżba

Warto w tym miejscu poczynić istotne zastrzeżenie. Futurologia, czy jak kto woli prognostyka, jest już współcześnie nauką – z wszystkimi jej zaletami i wadami – nie zaś wróżbiarstwem czy prostą zgadywanką. Nie jest więc w stanie udzielić konkretnych odpowiedzi na najbardziej atrakcyjne dla odbiorcy pytania, takie jak „gdzie i kiedy wybuchnie wojna”, „kto ją wygra” albo „gdzie za dwa tygodnie wybuchnie bomba” (to akurat czasem udaje się przewidzieć, choć zazwyczaj wtedy, gdy naukowe przetwarzanie danych dostępnych publicznie zostaje wsparte profesjonalną analizą informacji niejawnych, pochodzących z operacyjnych działań wywiadu i kontrwywiadu). Po prostu za dużo jest w środowisku międzynarodowym różnorakich, ewoluujących niezwykle dynamicznie zmiennych. W dodatku decyzje poszczególnych aktorów są w dużej mierze nieprzewidywalne, warunkowane ich subiektywnymi uwarunkowaniami o często nieracjonalnym charakterze, podejmowane pod wpływem impulsu lub na podstawie mocno niepełnych danych. Prognosta nie może zaś znać ani chwilowego stanu wiedzy, ani tym bardziej ducha każdego istotnego decydenta – nie będąc jego politycznym doradcą ani nadwornym psychiatrą. Z założenia nie może także przewidzieć pojawienia się czarnych łabędzi, które zmienią bieg historii. Owszem, może próbować wytypować łabędzie szare, czyli zdarzenia i trendy co prawda jeszcze niezbyt prawdopodobne lub niezbyt powszechnie dostrzegane, ale już wyobrażalne i hipotetycznie możliwe. Z pełną świadomością, że ich uwzględnienie w analizie narazi go czasami na ryzyko śmieszności, przynajmniej chwilowej. Ale już np. uznanie, że pustynnienie Żyznego Półksiężyca, bliskowschodniej kolebki wielu ludzkich osiągnięć w dziedzinie rolnictwa, w bliskiej perspektywie odwróci stare sojusze w regionie i wywoła nowe konflikty o wodę wśród dotychczasowych sojuszników, staje się z wolna jednym z kanonów myślenia geostrategicznego. Także rozpad Federacji Rosyjskiej, albo przynajmniej drastyczna degradacja jej potencjału jako aktora różnych dramatów na azjatyckiej scenie, to już zupełnie racjonalny element układanki.
A wszystkie te myślowe łamańce po to, by zamiast precyzyjnej daty i okoliczności np. wybuchu nowej wojny opisać różne scenariusze rozwoju wypadków, wskazując kluczowe dla ich zajścia potencjalne okoliczności i wypadki, a także określić prawdopodobieństwo ich zaistnienia. Wbrew pozorom to dla decydentów politycznych i ekonomicznych także spora pomoc, o ile potrafią z takiej prognozy skorzystać. W takim przypadku zyskują bowiem wiedzę o przyszłych wyzwaniach i zagrożeniach, o czynnikach ryzyka, a także o tym, jakie działania z ich strony wspomogą scenariusz uznawany za optymalny i do czego prowadzą obserwowane działania innych aktorów na tej scenie.
Poszukując odpowiedzi na pytania o przyszłość Azji, trzeba więc pokusić się najpierw o wytypowanie katalogu najważniejszych obszarów możliwej eskalacji. Następnie, na podstawie możliwych wariantów rozwoju sytuacji wokół nich, stworzyć nieco szersze scenariusze, a potem poszukać wśród nich takich, które są przybliżane przez jak najwięcej znanych nauce trendów, o których ze znacznym prawdopodobieństwem da się powiedzieć, że utrzymają się przynajmniej przez kilka lat. W ujęciu publicystycznym może zostać zaprezentowana jedynie droga na skróty przez te procedury. Ale z punktu widzenia konsumenta kotleta też (zazwyczaj) nie jest ważne, czy zna temperaturę smażenia, tytuł książki kucharskiej, z której pochodzi przepis, ani to, czy wie coś o dyplomach kucharza i kelnera. Ma być smacznie i za rozsądne pieniądze. No i nie spowodować perturbacji gastrycznych nazajutrz.

Obszary ryzyka

Najgorętszym z tych możliwych do wytypowania punktów zapalnych jest dzisiaj Półwysep Koreański. Stworzony w jego północnej części i zarządzany do dziś przez kolejnych Kimów reżim doszedł – jak można sądzić – w okolice punktu zwrotnego. Gwałtowne przyspieszenie programów zbrojeniowych i obserwowane ostatnio częściej demonstracje wojskowe mogą nie być już tylko wołaniem o kolejne transze pomocy żywnościowej, jak to nieraz bywało w przeszłości. Niestety mogą być preludium do desperackiego manewru obrony władzy wąskiej kliki poprzez wytworzenie sytuacji wojennej (albo przynajmniej quasi-wojennej) i sparaliżowanie w ten sposób szykującej się do domniemanego (niekoniecznie realnego) puczu wewnętrznej opozycji. Waga, jaką do problemu północnokoreańskiego wyraźnie przykładają USA i ich główni sojusznicy regionalni – Japonia oraz Korea Południowa – zdaje się potwierdzać taki wniosek.
Pewnie nikt poza ścisłym gronem decydentów w Pekinie tego nie wie na 100 proc., ale z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że jedynym krajem mającym realny wpływ na decyzje podejmowane w Pjongjangu są ludowe Chiny. Przyszłe wydarzenia na newralgicznym półwyspie zależą więc od tego, jaką kartą postanowi ostatecznie zagrać „towarzysz cesarz” Xi Jinping. Aby spacyfikować sytuację, może użyć posiadanych narzędzi, włącznie ze wsparciem hipotetycznego przewrotu pałacowego i odsunięciem Kima, gdyby ten urwał się ze smyczy i groził nieautoryzowaną przez Pekin akcją zbrojną. Dlaczego to wysoce prawdopodobne? Bo w przewidywalnej perspektywie Chinom wojna w regionie raczej się nie opłaca. Więcej mogą zyskać na swobodnym handlu i utrzymywaniu międzynarodowych napięć pod względną kontrolą. I pewnie tego, a nie tylko moskiewskich blefów odnośnie do wojny w Ukrainie, dotyczyło niedawne zapewnienie chińskiego przywódcy (podczas spotkania z prezydentem Joem Bidenem na szczycie G20 w Indonezji), że jego kraj twardo sprzeciwia się użyciu broni nuklearnej do rozstrzygania sporów.
Ale musimy mieć na oku także warianty pesymistyczne. W jednym z nich – nawet mimo „dobrych chęci” – chińskie wpływy okażą się za słabe, by w porę powstrzymać koreańskiego satrapę przed malowniczym samobójstwem i pociągnięciem za sobą w otchłań milionów ludzi. W innym to Pekin, przyparty do muru na innych frontach, postanowi jednak wykorzystać Kima do dywersji, która związałaby dużą część potencjału USA i sojuszników, by w cieniu tego dramatu łatwiej ugrać swoje gdzie indziej. Na dwa sposoby: występując w roli jedynego możliwego pacyfikatora bandyty – i każąc sobie za to słono zapłacić – albo samemu uderzając w innym miejscu.
Najbardziej prawdopodobne „inne miejsce” to oczywiście Tajwan. ChRL mocno się ostatnimi czasy zagalopowała w stawianiu sprawy jego niepodległości na ostrzu noża i niełatwo jej będzie przestawić zwrotnicę, nawet gdyby teoretycznie tego zechciała. Jednocześnie władze w Tajpej zrobiły duże postępy na drodze ubiegania się o faktyczne uznanie ich prawnomiędzynarodowej podmiotowości, poszerzając zakres oficjalnych relacji na wysokim szczeblu i coraz częściej zasiadając przy ważnych stołach. To zasługa rosnącego znaczenia w globalnym obrocie gospodarki wyspy z jej imponującą rolą producenta czipów na honorowym miejscu, ale też sygnałów o bardzo sprawnej i efektywnej demokracji oraz o daleko idącej postępowości, choćby w zakresie praw mniejszości seksualnych, bardzo pozytywnie odbieranych przez wpływowe komponenty zachodniej opinii publicznej, czego decydenci w wielu krajach nie mogą zlekceważyć.
Strzelby wiszą więc na ścianach, a strony idą ku niemal nieuchronnemu zwarciu. Możliwości jego odsuwania w czasie opierają się na zdrowym rozsądku wielkich, globalnych rywali – USA i ChRL – oraz drożności kanałów komunikacji między nimi, które dają elementarne narzędzia do zarządzania konfliktem bez przekraczania progu wojny. Ale historia zna przypadki, kiedy mimo oczywistej niechęci do wszczynania działań zbrojnych ktoś niechcący posunął się o krok za daleko w swoim blefie. A także sytuacje, w których przywódcy, najpierw ostrożni, z czasem uwierzyli we własną propagandę, dali się ponieść wojowniczej retoryce stosowanej w dużej mierze na użytek wewnętrzny i w końcu zapomnieli o realiach systemu równowagi sił (np. Putin czy następcy Bismarcka w fotelu kanclerskim).

Islamskie wyzwanie

Chiny będą pod większą presją okoliczności niż USA. Poza problemami wewnętrznymi, z którymi ich mało elastyczny system będzie sobie radził zapewne gorzej, w każdej chwili może posypać się im żmudnie klecona układanka sojuszników. Pakistan, na który z dawna stawiali jako na element systemu szantażowania Indii, stoi w obliczu dramatycznych problemów ekonomicznych i środowiskowych, a w konsekwencji – politycznej niestabilności. Utrudnia to także realizację chińskich planów co do Afganistanu. Tymczasem Indie, stopniowo, choć niezbyt spektakularnie przesuwające się ku prozachodnim sojuszom, niebawem mogą wyprzedzić Państwo Środka w rankingu najludniejszych krajów świata. Będzie to miało wielorakie skutki – i ekonomiczne, i prestiżowe. W azjatyckim interiorze z kolei sytuacja jest tylko pozornie łatwa dla Pekinu. Postępujące bankructwo Rosji z jednej strony zostawia Chińczykom puste pole i możliwość ostatecznego wprowadzenia tutejszych republik postradzieckich w swoją orbitę wpływów (wraz z ich przebogatymi zasobami naturalnymi). Z drugiej jednak – radykalnie zwiększa samodzielną odpowiedzialność Chin za stabilność tego najeżonego rozlicznymi problemami i konfliktami regionu. Zarządzanie bałaganem, który może się w każdej chwili zapalić (sam z siebie albo przy dyskretnej pomocy innych graczy) będzie dla Pekinu mocno absorbujące.
A tymczasem z dala od chińskich granic może gwałtownie eskalować inny problem, potencjalnie groźny dla długofalowych interesów zarówno Pekinu, jak i sojuszu państw zachodnich. To rysująca się już coraz wyraźniej, oparta na wspólnocie losów dwóch banitów społeczności międzynarodowej, objętych dotkliwym systemem sankcji, oś Iran–Rosja. Pomimo dzielących te dwa państwa różnic interesów regionalnych (np. na Kaukazie) ich współpraca względnie łatwo może objąć np. znaczące przyspieszenie wojskowego programu nuklearnego Teheranu (jeśli Moskwa przełamie swe dotychczasowe opory co do transferu technologii jądrowej). Wtedy całkiem realna stanie się nowa wojna w rejonie Zatoki Perskiej, bo – jak w przypadku Tajwanu – ktoś przypadkiem posunie się za daleko. Po jednej stronie znalazłby się wtedy Iran i pewnie jego pomniejsi szyiccy sojusznicy, także w postaci organizacji terrorystycznych, a po drugiej Izrael plus zorientowane generalnie prozachodnio państwa sunnickie. To byłaby katastrofa dla światowej gospodarki, bo z tego regionu jeszcze długo wszyscy będą importować nośniki energii, a zagrożenie najważniejszych szlaków handlowych zabiłoby logistykę i produkcję niemal wszystkiego. Ale z punktu widzenia niemających już praktycznie nic do stracenia przywódców wywrócenie stolika może być kuszące, a przynajmniej niewykluczone.
Taki możliwy rozwój wypadków to zapewne jeden z powodów, dla których chińscy przywódcy lawirują w kwestii rosyjskiej. Wiedzą bowiem, że w ich interesie jest względne osłabienie Moskwy, ciche sprowadzenie jej do roli swego wasala, co pozwoli w pełni korzystać z rosyjskich zasobów na swoich warunkach, ale nie rozpad eurazjatyckiego państwa albo doprowadzenie go do skrajnej desperacji.
Do pełni obrazu – poza trzema głównymi kwestiami problematycznymi (koreańską, tajwańską i irańską) – dodać trzeba jeszcze wiele pomniejszych, co nie znaczy, że zasługujące na lekceważenie. To rosnące ambicje chińskie na otaczających je morzach, przejawiające się m.in. w tworzeniu sztucznych wysp i przesuwaniu stref ekonomicznych, co konfliktuje kraje regionu. To niezaleczona rana w Syrii, gdzie ścierają się wpływy zewnętrzne oraz aspiracje radykalnych ugrupowań islamistycznych. To wciąż niestabilny Irak, niezałatwiona sprawa kurdyjska (w tle w obu przypadkach mamy Turcję z jej neomocarstwową polityką), birmańska junta wojskowa i nieprzewidywalny reżim talibów w Afganistanie.
Można dziś zaryzykować tezę, że dalsze wydarzenia na tych obszarach także będą pochodną tego, co zrobią główni gracze globalni. W scenariuszu numer jeden (nazwijmy go roboczo „racjonalno-optymistycznym”) będą skutecznie negocjować, blefować i szantażować się wzajemnie z umiarem, pamiętając o swych kluczowych, długofalowych interesach – związanych w pierwszym rzędzie z rozwojem ekonomicznym. Po pandemii i zawierusze w Ukrainie świat będzie potrzebował czasu na lizanie ran. USA i Chiny również, a ich rozsądek i zdolność do samoograniczenia mogą zapewnić wszystkim (acz nie w równym stopniu) lata pokoju i pracy nad dobrobytem.
W skrajnym scenariuszu numer dwa („pesymistyczno-irracjonalnym”) te skądinąd słuszne twierdzenia schodzą na dalszy plan, ustępując osobistym ambicjom polityków, ich brakowi profesjonalizmu, błędom zespołów analitycznych i służb wywiadowczych, a nawet zwykłemu, złośliwemu przypadkowi. A wtedy wybuchają kolejne bomby. Tak naprawdę mało istotne, która będzie pierwsza. Ważniejsze, że przegrają wszyscy. Trochę jak podczas I wojny światowej, która zepchnęła na równię pochyłą zaangażowane w nią stare mocarstwa. Chaos, który przeorałby Azję, i spodziewana skala zniszczeń w państwach uczestniczących w wojnach wyłoniłyby zapewne zupełnie nowy świat, z trudnymi do wyobrażenia ostatecznymi zwycięzcami. Tylko półżartem można dodać, że wcale niewykluczone, że byliby nimi kosmici albo ewoluujące po nuklearnej zagładzie karaluchy.
Na pociechę: scenariusze skrajne spełniają się rzadko. Bardziej prawdopodobne są jakieś warianty pośrednie. A póki czas, warto pisać prognozy i przewidywać skutki dziś podejmowanych decyzji, bez zbędnych emocji i myślenia życzeniowego.
Autor jest wykładowcą Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, ekspertem fundacji Po.Int oraz Nowej Konfederacji