Reklama

Przyjmijmy hipotetycznie, że Jarosław Kaczyński nie ściemniał, gdy podczas przemówienia na Zamku Królewskim oświadczył: Chodzi o to, aby uzyskać odszkodowania za to, co naród niemiecki uczynił Polsce w latach 1939-1945. To jest nasz cel. Czyli, że rząd III RP zabierze się teraz na poważnie za próby skutecznego wyegzekwowania od Berlina reparacji, których wysokość w „Raporcie o stratach wojennych poniesionych przez Polskę w wyniku agresji i okupacji niemieckiej w czasie II wojny światowej 1939-1945” oszacowano na sumę 6,2 bln zł. Co więcej, Warszawa będzie dążyła, by wypłata wpłynęła nim inflacja sprawi, że za taką kwotę w złotych da się kupić jednego, elektrycznego Mercedesa.

Jak Polska miałaby skutecznie wyegzekwować reparacje?

Skoro więc stawiamy tezę, że rok przed wyborami PiS nie wraca do sprawy odszkodowań wojennych po to, żeby zyskać parę punktów poparcia i zademonstrować elektoratowi, iż dotrzymuje obietnic, no to zmuszeni jesteśmy do zastanowienia się na najważniejszą kwestią. Mianowicie, jak Polska miałaby reparacje skutecznie wyegzekwować?

Reklama

Od razu należy zauważyć, że argumenty o prawie moralnym i ukazanie ogromu zniszczeń oraz cierpień Polaków są skuteczne przede wszystkim na użytek wewnętrzny. Mobilizują do starań o sprawiedliwe zadośćuczynienie krzywdom. W relacjach z innymi państwami zaczynają być respektowane, gdy idą w parze z realnymi narzędziami nacisku lub wspólnym interesem. Celebrowanie przez Zachód ofiar Holocaustu sprawiło, iż powszechnie uwierzono, że posiadają one większe znaczenie. Gdyby tak było, to nie tylko Polska już dawno otrzymałaby sowite odszkodowania od RFN za 5,2 mln obywateli zabitych podczas wojny wywołanej przez III Rzeszę. Turcja płaciłaby za wymordowanie 1,5 mln Ormian. Francja za zamordowanie ok. 100 tys. cywilnych mieszkańców Madagaskaru podczas tłumienia tam powstania w 1947 r., Wielka Brytania za korzyści czerpane z okupacji Indii, a także klęskę głodu w Bengalu podczas II wojny światowej, za którą Londyn ponosił odpowiedzialność.

Reklama

Za udręczenie innych nacji państwa płacą bardzo rzadko

Tę wyliczankę zbrodni można ciągnąć bardzo długo. Jej cechą charakterystyczną jest to, iż za udręczenie innych nacji państwa płacą bardzo rzadko, jeszcze rzadziej hojnie, zaś najrzadziej ma to cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością.

Szczodre uiszczenie rachunków następuje po spełnieniu dwóch warunków - płacący najpierw przegrał wojnę, a następnie dostrzega w uiszczeniu wypłaty możności wyciągnięcia z tego dla siebie jakichś … korzyści. Brzmi to paradoksalnie, ale spójrzmy wstecz. Kanclerz Otto von Bismarck mógł wymusić na Francji wypłatę rekordowej kwoty dzięki temu, że po pierwsze zapewnił Prusom jednoczesne posiadanie wszystkich potrzebnych do tego narzędzi. Sprowokował zatem cesarza Napoleona III, by to on rozpoczął wojnę. Następnie zadano armii francuskiej druzgocącą klęskę. Wreszcie najważniejsze obszary pokonanego państwa wraz ze stolicą znalazły się pod okupacją zwycięzców. W drugim kroku Bismarck skonstruował tak warunki kapitulacji, aby rządowi Francji i samym Francuzom opłacało się jak najszybciej wypłacić niebotyczną na tamte czasy kwotę 5 mld franków w złocie. Dopóki tego nie zrobili musieli u siebie "gościć" i utrzymywać 600 tys. niemieckich żołnierzy. Bismarckowi udało się to tak poprowadzić, że rząd Adolphe Thiersa oraz reszta Francuzów za swój punkt honoru uznali, jak najszybsze wypłacenie całości kontrybucji. Tak, żeby pokazać nie tylko Niemcom, ale i Europie, iż wprawdzie przegrali wojnę, a nadal są silni, zamożni i kochają swą ojczyznę. Kanclerz w tak objawiającym się zrywie patriotycznym nie zamierzał przeszkadzać.

Hipotetyczne założenie, iż III RP dla wyegzekwowania roszczeń mogłaby użyć podobnych narzędzi, kwalifikuje się z miejsca na leczenie psychiatryczne w trybie zamkniętym. Przejdźmy więc dalej.

Kiedy 50 lat później Francja wraz z Wielką Brytanią egzekwowały wypłatę reparacji od pokonanych Niemiec, nie uczyniły tego aż tak zręcznie jak Bismarck. Zupełnie pominięto stałą okupację. Jedynie podczas negocjowania wysokości kwoty, gdy kanclerz Konstantin Fehrenbach stawiał zbyt zacięty opór, siły francusko-brytyjskie wkroczyły do Düsseldorfu i Duisburga. Po tej demonstracji siły stanęło na sumie 132 mld marek w złocie – dziś byłoby to ok. 1,2 bln USD. Po czym żołnierzy wycofano. Niemcy korzystając z braku przymusu bezpośredniego zaczęli więc szybko mataczyć, odwlekając wypłaty kolejnych rat. Nikt też nie usiłował ich do tego motywować wspólnotą interesów.

Zirytowany premier Raymond Poincaré w 1923 r. po porostu posłał 200 tys. żołnierzy, by przejęli Zagłębie Ruhry. Francja zabawiła się w komornika i sama zaczęła ściągać należne sumy z okupowanego obszaru. Co zafundowało jej mnóstwo kłopotów. Nie dość, że przyniosło spór z Wielką Brytanią i USA, to jeszcze musiano brutalnie pacyfikować opór stawiany przez niemiecką ludność. Koniec końców i tak wyegzekwowano dużo niższe wypłaty od ustalonych. Naga siła militarna okazała się niewystarczającym narzędziem do ściągnięcia należności. Nota bene III RP nie dysponuje obecnie nawet tym instrumentem nacisku.

Minęły dwie dekady i Niemcy znów przegrywały wojnę

Minęły dwie dekady i Niemcy znów przegrywały wojnę. Tym razem zwycięskie mocarstwa postanowiły nie przesadzać z wysokością odszkodowań i łączną ich sumę ustalono na kwotę 20 mld ówczesnych dolarów. Wedle zgodnego porozumienia przywódców: USA, ZSRR i Wielkiej Brytanii. Połowa tej kwoty przypadła Związkowi Radzieckiemu. Następnie Stalin zobowiązał się przekazać z niej 15 proc. Polsce. Wprawdzie słowa nie dotrzymał, lecz nikogo to nie obchodziło. Zaś komunistyczne władze zainstalowane w Warszawie de facto wypełniły nakaz Kremla i pokwitowały, iż wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tymczasem okupowane przez wojskowe kontyngenty Niemcy spełniały to, co im narzucono. Zwycięzcy zachowali się łaskawie, więc nie było z tym problemu.

Tu dochodzimy do punktu, gdy od siły ważniejsze okazują się wzajemne korzyści. Kanclerz Konrad Adenauer realizował życzenia Waszyngtonu, ponieważ opieka USA bardzo ułatwiała odbudowę zrujnowanego kraju. Stany Zjednoczone mając w perspektywie stworzenie sobie cennego sojusznika, były dla Niemiec zachodnich takim okupantem, o jakim potem marzono w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Zresztą doceniając postawę Adenauera Waszyngton w lutym 1953 r., podczas konferencji w Londynie zmusił kraje zachodnie aby ostatecznie zrzekły się dochodzenia dalszych reparacji wojennych od Republiki Federalnej Niemiec. Wobec zaostrzania się zimnej wojny z ZSRR kwestia, czy było to sprawiedliwe i moralne okazywała się bez znaczenia.

RFN, Izrael i odszkodowania

Jeszcze wyraźniej staje się widoczne - jak ważna jest wzajemności korzyści - jeśli spojrzymy na sprawę odszkodowań wypłacanych przez RFN państwu Izrael, a przy okazji też organizacjom żydowskim. Kiedy Wielka Trójka decydowała w Poczdamie o reparacjach wojennych państwo żydowskie nie istniało, zaś o rekompensacie za Holocaust żaden z alianckich przywódców nie myślał. Mimo to już we wrześniu 1952 r. Adenauer bez problemu ustalił z ministrem spraw zagranicznych Izraela Moshe Sharettem warunki wypłacania zadośćuczynienia za zagładę Żydów w Europie. Znajdując się w odwrotnej sytuacji niż Bismarck kanclerz RFN wykazał się wówczas podobną zręcznością. Republika Federalna Niemiec, uiszczając regularnie raty za dawne zbrodnie, zyskiwała przyjaźń lobby żydowskiego w Waszyngtonie i cichą życzliwość Izraela w polityce bieżącej. Przy okazji zapracowano na opinię państwa wzorowo rozliczającego się z trudną przeszłością. Z kolei Izrael otrzymywał środki, umożliwiające mu przetrwanie na Bliskim Wschodzie. Natomiast organizacje żydowskie łatwe fundusze na prowadzenie bieżącej działalności (przy znaczeniu lobbingu w amerykańskiej polityce, rzecz nie do przecenienia). Wszyscy mieli prawo być zadowoleni.

Roszczenia Aten

W przypadku polskich żądań reparacyjnych szans na stworzenie takiej współzależności jakoś nie widać. Dlatego też oficjalna reakcja Berlina była dokładnie taka, jak w odniesieniu do roszczeń Grecji. Wszedł rzecznik niemieckiego MSZ i oświadczył, że sprawa „została zamknięta”. Czyli używając mniej dyplomatycznego języka powiedział – „spadajcie”. Przypomnijmy tu, że Grecja o kwestii odszkodowań za niemiecką okupację przypomniała sobie w czasie, gdy bankrutujący kraj grillował niemiecki minister finansów Wolfgang Schaeuble. Za pośrednictwem ekspertów tzw. „Trójki” (Europejskiego Banku Centralnego, Komisji Europejskiej oraz Międzynarodowego Funduszu Walutowego) wymuszał na Atenach drastyczne oszczędności. Wówczas rząd Alexisa Tsiprasa, by się choć troszkę odgryźć, ogłosił w sierpniu 2016 r. „narodową strategię” uzyskania reparacji wojennych. Ateny próbowały ją potem nawet realizować. Berlin, mając do czynienia z mały krajem, wiszący na unijnym garnuszku, bardzo obawiającym się tureckiej agresji, po prostu całą rzecz uprzejmie ignoruje. Co najwyżej rzecznik MSZ przekazuje greckiemu rządowi do wiadomości, że może spadać.

Jednak Polska to nie Grecja, więc reakcje Berlina nie skończą się jedynie na ignorowaniu. Przy czym, żeby nabrały rumieńców, Warszawa po szumnych zapowiedziach musi zrobić coś konkretnego. Jednak poza złożeniem w Berlinie noty dyplomatycznej wzywającej do rozpoczęcia rozmów na temat reparacji, nie bardzo wiadomo co? Trudno bowiem mieć nadzieję, że polskie starania poprze jakiekolwiek mocarstwo.

Pozostaje gardłowanie i czekanie na cud

Bez wejścia w posiadania opisanych wyżej narzędzi pozostaje zatem gardłowanie w sprawie odszkodowań na krajowym forum (uwagi światowych mediów ten temat dłużej nie zajmie), no i czekanie na cud. Taki, jaki stał się udziałem niektórych ludów z Afryki. Na falę politycznej poprawności, przypominania o kolonialnych zbrodniach oraz bicia się w piersi Zachodu za niewolnictwo i rasizm, udało się w odpowiednim momencie wskoczyć paru afrykańskim państwom. W 2013 r. premier David Cameron obiecał władzom Kenii odszkodowanie za masakry urządzane miejscowej ludności przez wojska brytyjskie w latach 50., podczas powstawania Mau Mau. Ostatecznie wyglądało to tak, że 5 tysiącom Kenijczyków, którzy byli wówczas torturowani, przekazano 19,9 mln funtów do podziału. No i w pakiecie Cameron jeszcze serdecznie ich przeprosił. Berlin okazał się nieco hojniejszy. Po 5 latach negocjacji rząd Namibii uzyskał ponad miliard euro na projekty rozwojowe, jako rekompensatę za eksterminowanie przez niemieckich żołnierzy niemal w całości plemion Herero i Nama na początku XX w.

Niestety Polacy są biali, nie posiadają statusu ludu kolonialnego i nie chodzi o symboliczne kwoty. Zatem III RP nie ma szans skorzystać z otwarcia się tego akurat okna możliwości. W przypadki Polski musiałoby ono być zupełnie inne. Obecnie nie sposób nawet powiedzieć, jakby miałoby konkretnie to wyglądać. Jak to z „czarnymi łabędziami” bywa - takowy może się w przyszłości wydarzyć, lecz wcześniej nie zaistnieje pewności, iż się pojawi na horyzoncie.

Opozycja? "Gęba" niemieckiej agentury

Odchodząc zatem od hipotez na chwilę obecną da się stwierdzić tyle, że reparacje to wygodne narzędzie, jakie wykroi dla swojego obozu politycznego prezes Kaczyński. Zręcznie go używając można nakłaniać opozycję, żeby własnoręcznie przylepiała sobie gębę "niemieckiej agentury". W przyszłości owo narzędzie to całkiem użyteczna mina podłożona pod nowy obóz władzy - jeśli PiS przegra wybory. Trudno sobie bowiem wyobrazić premiera z Platformy żądającego od Niemiec odszkodowań wojennych. Za to nowa opozycja będzie mogła stale się tego domagać, demonstrując elektoratowi swój szczery patriotyzm. Tak goniąc króliczka, którego nie da się dogonić bez posiadania odpowiednich ku temu narzędzi.