Wydawać by się mogło, że w czasach chaosu rządzący powinni twardo trzymać się zasady mówiącej, iż nie będą wkurzać obywateli bez nadzwyczajnej konieczności. Po pierwsze dlatego, że jest im coraz ciężej i choćby względy humanitarne nakazywałby dać im święty spokój i nie dokładać niepotrzebnych zmartwień. Poza tym zawsze istnieje groźba, że jeśli się ich dociśnie nowymi, obłędnymi pomysłami, w końcu ludzi ogarnie wkurw i masowo wyjdą na ulice. Dokładnie tak samo, jak to się zadziało nieco ponad rok temu, po wprowadzeniu lockdownu i jednoczesnym zafundowaniu niespodzianki w postaci wyroku Trybunału Konstytucyjnego zaostrzającego prawo aborcyjne. Od tamtego, krótkiego warknięcia sporej części społeczeństwa, które wysłało władzy czytelny sygnał: "mamy was dość", zasada, by nie wkurzać bez potrzeby, stała się jeszcze bardziej aktualna. Choćby dlatego, że namacalnych powodów do frustracji przybywa, a nadziei na ich zniknięcie wciąż ubywa.

Reklama

Niemożliwy do odtworzenia proces myślowy rządu

Do epidemii dało się przywyknąć, lecz jeśli jest się w nieco starszym wieku to liczba znajomych i bliskich, jacy ostatnio zmarli, coraz bardziej przygnębia. Gdy się cierpi na jakąś chorobę przewlekłą (nie daj Boże nowotworową), dochodzi do tego permanentny lęk przed odcięciem już nawet nie od leczenia, ale jakiejkolwiek pomocy medycznej. System opieki zdrowotnej w Polsce wisi bowiem na coraz cieńszym włosku.

Równocześnie każdego (zarówno zaszczepionego, jak i niezaszczepionego) niepokoi, co się jeszcze może zdarzyć na froncie zmagań rządu z zarazą. Ten bowiem już nieraz udowodnił, że gdy wpada w panikę, potrafi zaskoczyć każdego. Wszystko wedle reguły, znakomicie ujętej na początku grudnia w piśmie przesłanym z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów do organizacji Watchdog Polska. Informowało ono, że nie da się powiedzieć, dlaczego 1 listopada 2020 r. nagle zamknięto cmentarze, ponieważ "odtworzenie procesu myślowego, który towarzyszył Prezesowi Rady Ministrów w podjęciu tej konkretnej decyzji (…) jest z praktycznego punktu widzenia niemożliwe".

Obawy - co może jeszcze przynieść obywatelom niemożliwy do odtworzenia proces myślowy rządu - radośnie komponują się z odczuciami wynikłymi z radykalnego wzrostu cen: energii, żywności, usług etc., kroczącymi ręka w rękę z inflacją, To za jej sprawą tym, którzy dorobili się oszczędności, cierpnie skóra, bo widzą, jak sukcesywnie znikają owoce ich wieloletniej, ciężkiej pracy. Jeszcze mocniej cierpnie rodzinom bez oszczędności, żyjącym przez kolejne miesiące na styk.

Reklama

Suma wszystkich strachów

Tymczasem prognozy mówią, że inflacja nadal będzie rosnąć, lecz nie powinna w tym roku przekroczyć 10 proc. Tyle tylko, że wszelkie przewidywania z ostatnich dwunastu miesięcy okazywały się nieoszacowane. Podobnie rzecz się ma z prognozami wzrostu stóp procentowych NBP. To, co miało się wydarzyć w ciągu najbliższych trzech lat, wydarzyło się w trzy ostatnie miesiące. Dla posiadaczy ponad 2,5 miliona kredytów hipotecznych oznacza to coraz bardziej nerwowe skurcze żołądka. Stopy procentowe NBP zaczęły nieodwołalnie podążać za inflacją. Jeśli ta szybko się nie zatrzyma, to w tym roku wysokość miesięcznej raty kredytu może okazać się nawet o 100 proc. wyższa od tej, jaką były na początku. Czyli zamiast raty 2 tys. zł będzie nawet 4 tys. Gdy dotknie to rodzin z dziećmi, ale bez oszczędności, żyjących na styk, wówczas... Chyba wiele tu nie trzeba dodawać. Ów nerwowy skurcz żołądka wywołany strachem powoli zaczyna czuć jakieś 3-4 mln dorosłych Polaków. Jak wygląda takie życie przez lata w nieustannym stresie, zapewne chętnie opowiedzą im frankowicze.

Reklama

I to wcale nie koniec społecznych lęków. Na te bytowe nakładają się bowiem kolejne, wywołane coraz liczniejszymi doniesieniami o czyhających zewsząd zagrożeniach. Migranci na granicy z Białorusią, groźba wojny na Ukrainie, nowe mutacje koronawirusa, zapowiedź przerw w dostawach prądu itd, itp.

Kiedy suma wszelkich, możliwych nieszczęść, jakie zawisły nad Polakami, zrobiła się największa od co najmniej 30 lat, rządzący dowalili jeszcze Polski Ład.

Generator wkurzenia

Do tej pory Zjednoczona Prawica generowała co jakiś czas problem, wkurzający jakąś grupę społeczną, po czym staczała z nim bohaterski bój, by wreszcie z dumą ogłosić sukces. Zwykle polegał on na odkręceniu tego, co wcześniej zakręcono. Tym razem po raz pierwszy udało się jej wejść na wyższy level. Zaprojektowano bowiem system podatkowy, będący niczym ropiejący wrzód, zlokalizowany na tej części ludzkiego ciała, jakiej zazwyczaj używa się do siedzenia. Da się z nim żyć, nie boli na tyle, żeby chcieć wyjść na ulice i stawiać barykady, lecz każdy wcześniej, czy później musi usiąść. Ta nieuchronna konieczność sprawia, że powstał generator fundujący, co jakiś czas każdemu podatnikowi porcję wku...rzenia.

W przypadku osób prowadzących jednoosobową działalność gospodarczą i drobnych przedsiębiorców od kilku miesięcy było wiadomo, że oberwą. Jeśli uda im się godziwiej zarobić, od razu zyskują w Polski Ładzie status kułaków. A wówczas tak umili się im życie, że może zawczasu powinni pomyśleć o dobrowolnym rozkułaczeniu się i poszukaniu uczciwej pracy na etacie. Inaczej ryzykują, że po przekroczeniu drugiego progu oddadzą państwu 41 proc. dochodu w postaci podatku oraz składki zdrowotnej. Plus doświadczą codziennego użerania się z nowymi przepisami, A tych nawet ci, co je stworzyli, nadal nie do końca rozumieją. Zapewne dlatego, że powstawały w czasie "procesu myślowego niemożliwego do odtworzenia".

Dręczenie przedsiębiorców nie będzie jednak najfajniejszym elementem generatora wkurzania ludzi. O wiele ciekawiej zapowiada się jego wpływ na osoby, które do tej pory nigdy nie musiały toczyć bojów ze skarbówką, czyli większość pracujących Polaków. Przyzwyczaili się oni, że podatki właściwie rozliczają się same, a jedyne co muszą zrobić, to raz w roku złożyć PIT w Urzędzie Skarbowym. Widać był to luksus, na jaki nie zasługiwali, bo rząd w końcu wymierzył im sprawiedliwość.

Loteria narodowa

Przedsmak zabawy zaczął się, gdy niektórzy nauczyciele ze zdumieniem odkrywali, iż dostali niższe wypłaty. Wszystko przez wyższą kwotę wolną od podatku oraz deklarację PIT-2. Przy jej pomocy określa się teraz, czy należy się do klasy średniej - tej znajdującej się powyżej kwoty 5.100 zł brutto... albo i poniżej, bo to zależy od "procesu myślowego niemożliwego do odtworzenia". Podobnie zresztą jak z ulgą dla klasy średniej, jaką można sobie zafundować, jeśli jest się pewnym rocznych dochodów pomiędzy 68.412 zł a 133.692 zł brutto. Jednakże tu koszt pomyłki zapowiada się słono.

Tymi dwoma rozwiązaniami stworzono coś na kształt loterii (oczywiście narodowej). Jeśli dobrze wybierzesz - zyskasz, jeśli popełnisz błąd - stracisz. Żeby w tej zabawie podkręcić emocje, uczyniono kompletnie niejasnymi zasady wspólnego rozliczania się współmałżonków i dowalono bogatszym rodzicom, samotnie wychowującym dzieci.

Przy czym możliwe atrakcje na tym się nie kończą. Cały mechanizm nie został bowiem przystosowany do wysokiej inflacji i gwałtownych podwyżek płac. Tymczasem galopada cen już wiosną zmusi ludzi, by twardo ich żądać. Zwłaszcza osoby pracujące w budżetówce, bo ta ubożeją najszybciej. Patrząc na rosnące koszty życia, pracownicy będą się domagać zarobków wyższych o co najmniej 10 proc. Nota bene to dodatkowo nakręci inflację. Po żądaniach wiosennych przyjdzie więc pora na jesienne. Zatem wszelkie obecne wyliczenia, czy składać PIT-2 (ponoć wycofywalny) lub fundować sobie ulgę dla klasy średniej, można rozbić o kant owej części ciała ze wspomnianym wrzodem. Ogólnonarodowa loteria podatkowa będzie się więc kręcić w najlepsze i dotyczyć każdego, nawet cieszących się dotąd spokojną wegetację emerytów.

A potem w połowie 2023 r. przyjdzie pora na należne zwroty z Urzędu Skarbowego, a konto kwoty 30 tys. zł, ustanowionej - jako wola od podatku. Ci potrafiący liczyć uświadomią sobie wówczas, że udzielili rządowi wyjątkowo korzystnej pożyczki. Dostaną bowiem pieniądze warte o ok. 10 proc, mniej niż w momencie ich zarobienia (a jeśli inflacja dopisze, to może nawet 15 proc.).

Tłumaczenie, iż przecież dzięki Polskiemu Ładowi miesięczne dochody wzrosły (ponoć 18 milionom Polaków) od kilkudziesięciu do nawet 170 zł "na rękę", niekoniecznie musi wówczas pomóc. No, chyba że w międzyczasie obecna władza wpadnie na pomysł jeszcze doskonalszego generatora do wkurzania wszystkich. Tak, aby to na nim obywatele skupili swoją uwagę. Wprawdzie poprzeczka jest już tak wysoko zawieszona, iż wydaje się to nierealne, jednak w Polsce rzeczy niemożliwe funduje się narodowi od ręki. Najlepiej w jedno popołudnie.