Opowieści o starożytnych władcach mają w sobie wiele pouczającego uroku. O królu Epiru Pyrrusie zarówno rzymscy, jak i greccy historycy pisali niemal w samych superlatywach. Podkreślano jego: charyzmę, odwagę, inteligencję, zdolność zachowania zimnej krwi w każdej sytuacji. Po czym na koniec dodawano jedno - „ale”. Wszystkie zalety okazywały się drugorzędne, gdy władca zabierał się do kreślenia planów strategicznych. Jako, żeby był uparty jak osioł, doprowadzał nimi swych oficerów do kolejnych stadiów rozpaczy. Wreszcie woleli ginąć na polu bitwy, niż mierzyć się z kolejnymi, „genialnymi” pomysłami Pyrrusa.

Reklama

Pierwszym z nich było wypowiedzenie w 282 r. p.n.e wojny Rzymowi, kiedy republika anektowała w Italii kolejne, greckie miasta. Król zorganizował sprawne przerzucenie swej armii z Epiru na Półwysep Apeniński i obsadził zamieszkały przez Greków Tarent. Ci początkowo z wielkim entuzjazmem powitali samozwańczego obrońcę. Radość szybko im przeszła, kiedy Pyrrus wydał zakaz obchodzenia świąt, organizowania zawodów sportowych i imprez rozrywkowych, a mężczyzn powołał do swej armii. Nim się obejrzał mieszkańcy Tarentu masowo uciekali na północ uznając, że rzymska okupacja jest lepsza od wolności pod rządami Pyrrusa. Niezrażony tym król ruszył na Rzym.

Pyrrus pobił legiony, lecz ogromnym kosztem

W bitwach pod Herakleją oraz Ausculum pobił legiony, lecz ogromnym kosztem. W dużej mierze dlatego, że to przeciwnik wybierał pole bitwy. Rzymscy wodzowie widząc, iż wróg ma olbrzymią przewagę w jeździe i do tego dysponuje słoniami bojowymi, przyjmowali walkę w górzystych, gęsto zalesionych miejscach. Konnica i słonie okazywały się wówczas nieprzydatne i cały ciężar walki brała na siebie piechota. Wprawdzie ciężkozbrojna falanga w dwóch starciach zmusiła legiony do odwrotu, lecz poniosła olbrzymie straty. Ostatecznie ofensywa na Rzym utknęła 60 km od Wiecznego Miasta. Armia Epiru skurczyła się o ponad połowę, zaś przeciwnik, walcząc na własnej ziemi, szybko uzupełniał straty.

Uświadomiwszy sobie, że wojna jest przegrana i należy jak najszybciej zacząć odwrót, nim dysponujący wielokrotną przewagą Rzymianie uderzą, Pyrrus wymyślił co robić, by porażka wyglądała na triumf. Ku rozpaczy wiernych oficerów oznajmił im, iż zamierza przyjść z pomocą greckim miastom na Sycylii, zagrożonym przez … Kartaginę.

Reklama

Tak nie kończąc wojny z Rzymem, rozpoczął kolejną. Przy czym kalkulował zdawałoby się logicznie. Republika rzymska była śmiertelnym wrogiem Kartagińczyków. Jednocześnie uchodzili oni za znakomitych żeglarzy i fatalnych żołnierzy. Wojska Pyrrusa, po zaskakującym przerzucaniu na Sycylię, zadały armii Kartaginy tak dotkliwą klęskę pod Eryks, że pokonani poprosili o pokój. Król odrzucił propozycję negocjacji, bo marzył o ostatecznym zwycięstwie. Wówczas dwa najpotężniejsze państwa w rejonie Morza Śródziemnego – Rzym i Kartagina zapomniały od śmiertelnej wrogości, zawierając sojusz przeciw Epirowi. Osaczona armia Pyrrusa została rozbita, a sam król z garstką żołnierzy zdołał zbiec do ojczyzny. Bunt podniosły wówczas, uznające dotąd jego zwierzchność, greckie miasta na Peloponezie. Ratując państwo Pyrrus wyruszył tłumić rebelię w Sparcie. Tam jego efektowna kariera dobiegła kresu. Zginął zabity … dachówką, którą z balkonu upuściła mu na głowę pewne Spartanka. Ponoć zupełnie przypadkowo.

Pyrrus a TVN

Co ma opowieść o pechowym na własne życzenie królu do obecnej sytuacji w Polsce, każdy może sobie dopowiedzieć wedle własnego uznania. Zwłaszcza, że finał wszczętej wojny o lex TVN dopiero przed nami. A zapowiada się ona na bardziej fascynującą niż jeszcze kilka tygodni temu. Władający niepodzielnie swą partią Jarosław Kaczyński zdecydował, że nie ogłosi odwrotu, mimo gniewnych pomruków dobiegających z Waszyngtonu i rozpoczął kampanię mającą przynieść (to wersja oficjalna) wypchniecie amerykańskiego kapitału z telewizji najmniej przyjaznej (delikatnie mówiąc) wobec obozu władzy.

Co ciekawe zainicjowano ją w momencie, gdy kolejne potyczki z Brukselą na niwie reformy sądownictwa kończą się odwrotem w stronę pozycji wyjściowych. Trwa też bój z Izraelem oraz międzynarodową społecznością żydowską, wspieraną przez Stany Zjednoczone, w kwestii praw do odszkodowań za mienie ofiar Holocaustu. Mając na głowie dwa strategicznie fronty, otworzono trzeci - wchodząc w zwarcie z wielkimi korporacjami z USA, niezmiennie wspieranymi przez rząd Stanów Zjednoczonych.

Od początku było też wiadomo, po której stronie opowie się opozycja. Zwłaszcza, gdy zostanie przerażona widmem tego, iż władzy uda się w dłuższym okresie czasu podporządkować sobie stacje telewizyjne cieszące się w Polsce największą oglądalnością. Determinacja partii opozycyjnych okazała się tym większa, że widać coraz wyraźniej, jak obóz władzy stacza się po równi pochyłej, tracąc posłów i potencjał niezbędny do rządzenia państwem.

W tym tygodniu kluczowym polem bitwy stał się polski parlament. Pierwsze starcie wygrał obóz rządzący, lecz wręcz rozpaczliwym wysiłkiem, uzyskawszy w środę podczas kluczowych głosowań przewagę zaledwie 2-3 głosów. Tymczasem Senatem włada opozycja, co nabiera coraz większego znaczenia. Może ona pójść po najniższej linii oporu i po prostu odrzucić nowelizację ustawy o radiofonii i telewizji. Wówczas będzie się zapowiadała powtórka prostej bitwy w Sejmie o to, czy PiS znów skaptuje kilku „obrotowych” posłów, niegdyś od Gowina i Kukiza. Tak po raz drugi wygrywając o włos.

KKRiT i opcja dla koneserów

Jednak jest też opcja dla koneserów. Wystarczy, że opozycji zechce się zwrócić uwagę na możliwości, jakie daje ustawa o radiofonii i telewizji. Przedsmak tego niesie poprawka do nowelizacji ustawy zgłoszona przez Konfederację i o dziwo przyjęta większością dwóch głosów w Sejmie. Mówi ona, że członkowie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji będą powoływani przez Sejm, lecz potem (jak w przypadku Rzecznika Praw Obywatelskich oraz prezesa IPN) musi ich zaakceptować Senat.

Gdyby ten przepis się utrzymał, wówczas trwające wiele miesięcy wybory RPO byłyby małym preludiom przed tym, jak wyglądałyby wybory nowych członków KRRiT w przyszłym roku. Ale po co opozycja miałaby czekać na tę bitwę, skoro dostała w Senacie do dyspozycji ustawę, będącą niczym gwiazdkowy prezent. Wystarczy w nim dodać poprawkę umożliwiająca zachowanie TVN-u przez Discovery. Następnie zająć się zapisami dotyczącymi codziennej działalności KRRiTV oraz telewizji i programów radia zwanych w ustawie nadal „publicznymi”. Zapisy te zaś są tak szczegółowe, iż nawet przy niezbyt bogatej wyobraźni da się wymyślić poprawki, które sprawiłby, że prezes Jacek Kurski miałby do wyboru albo zawieszenie emisję programów, albo codzienne łamanie obowiązującego prawa.

Seria bitew o TVP?

Pojawienie się takiej groźby zamieniłoby bitwę o TVN w równoległą serię bitew o TVP. Wszystko to znów na forum Sejmu, jako widowisko przyciągające uwagę podekscytowanego narodu. Przy czym dramaturgię wydarzenia nasilałaby zupełna nieprzewidywalność kolejnych głosowań. Choćby dlatego, że prezes Kurski nie może liczyć na ciepłe uczucia nawet ze strony wielu posłów PiS, o Pawle Kukizie już nie wspominając.

Już to daje wielki potencjał powszechnego chaosu. Dodatkowo może pogłębić go dochodzenie przez coraz większą rzeszę posłów do wniosku, iż za głos oddany po myśli rządu należy się coś konkretnego. W zasadzie już teraz najbardziej opłaca się wyjść z klubu poselskiego Zjednoczonej Prawicy, a następnie wszcząć negocjacje w kwestii - co lub ile dostanie się za powrót. Gdy na forum parlamentu pojawią się ustawy tworzące „Polski Ład” licytować będzie można jeszcze wyżej.

I tu wcale nie kończy się możliwość podnoszenia ciśnienia w polskim kotle, bo nie należy zapominać o tym, że Waszyngton i Komisja Europejska mają już serdecznie dość nieprzewidywalności III RP pod obecnymi rządami. Widać, że efektem ubocznym lex TVN są pierwsze wspólne działania Brukseli i Waszyngtonu w potęgowaniu presji. Z czym Warszawa nie stykała się nigdy wcześniej. Patrząc z boku mamy w Polsce obóz władzy, jednocześnie zmagający się z przeciwnikami na wielu frontach, z ubywającą większością w parlamencie, coraz bardziej zależny od kaprysów kilku „obrotowych” posłów. Wszystko to przed szykującą się jesienią serią rozstrzygających bitew. Gdyby ktoś pytał o wzorcowy przykład pyrrusowego zwycięstwa, to właśnie tak ono wygląda.