To tylko jeden ze scenariuszy, który przewidują eksperci. Nie trzeba się jednak do niego przywiązywać, bo w dobie paniki zawodzą wszelkie kalkulacje. Kto spodziewałby się jeszcze miesiąc
temu, że indeks WIG20 spadnie dziś do poziomu najniższego od pięciu lat? Już na otwarciu notował spadki oscylujące w granicach 4-5 procent.
Teraz sytuacja trochę się polepszyła. Ale biorąc pod uwagę to, co dzieje się w naszym regionie Europy, raczej nie powinniśmy być optymistami. Sytuacja na Ukrainie jest zła. Międzynarodowy
Fundusz Walutowy chce jej pomóc, by nie pogrążyła się na dobre. Węgrzy też liczą na taką pomoc. Stan ich waluty i giełdy to nie powód do dumy. Sesję na rumuńskiej giełdzie otwarto dziś
spadkiem sięgającym kilkunastu procent. Trzeba było zamknąć handel akcjami.
Trzeba machnąć ręką na wszelkie wykresy prognozujące najniższe poziomy, od których giełda mogłaby się odbić. Giełdą rządzi panika średnich i małych inwestorów, a wielcy spekulanci
czekają, aż wykrwawią się płotki. Wtedy rekiny wrócą na żer. Jednak powrót kapitału może nie nastąpić szybko.
Dzisiejsze spadki to głównie efekt tego, co dzieje się w Azji. Tamtejsze tygrysy wykrwawiają się po ciosach, jakimi były tąpnięcia na ich giełdach. Szczególnie ucierpiały Filipiny, gdzie
spadki sięgnęły kilkunastu procent. To prawdziwa agonia parkietu w Manili, bo przerwano tam nawet handel akcjami.
Nie lepiej było w Hongkongu, gdzie na koniec pracy parkietu indeks Hang Seng spadł aż o 12,2 procent. W Szanghaju akcje utraciły na wartości 6,32 procent. Podobnie było na tokijskiej giełdzie, gdzie Nikkei 225 znalazł się na najniższym poziomie od 26 lat.