Przepis, jak na dłużej przyciągnąć uwagę całego narodu, a przy okazji reszty świata, okazuje się prosty. Oto wywodzący się z królewskiej dynastii młody (koniecznie przystojny) książę zakochuje w młodej (koniecznie pięknej) dziewczynie bez arystokratycznych korzeni. Jeśli ona pochodzi z ubogiego domu, stanowi to dodatkowy atut opowieści. Gdy zaś udaje się w jej genealogii doszukać koloru skóry innego niż biały, wówczas cała historia prezentuje się wręcz wybornie. Mamy bowiem na wyciągnięcie dłoni bajkę o Kopciuszku. Niech jeszcze rodzina przystojnego księcia okaże się wredna dla Kopciuszka, odetnie go wraz z księciem od skarbca korony, a napięcie zacznie rosnąć.

Reklama

Potem u młodych pojawią się dzieci, z nieco mniej jasną karnacją skóry. W razie odrzucenia przez królewską rodzinę, będą żywymi dowodami panującego na dworze rasizmu. To da początek nowym dramatom i skojarzeniom z innymi, nigdy niestarzejącymi się baśniami - choćby o brzydkim kaczątku. Dzięki temu książę Harry i Meghan Markle pozostaną regularnymi gośćmi nie tylko u Oprah Winfrey, zaś Brytyjczycy i miliardy przedstawicieli innych nacji z wypiekami na twarzy się pokłócą, czy wybranka księcia to przebiegła manipulantka, czy raczej bezbronna ofiara, dręczona przez krewnych męża. Pandemia, kryzysy, wojny, rewolucje i wszelkie inne plagi spadające ostatnio na świat nagle schodzą na drugi plan, bo przecież Meghan i Harry znów mają kłopoty.

W takich chwilach jedyne, co można powiedzieć o panującej w Anglii od roku 1714 dynastii Windsorów, to to, że jest ona Albionowi nadal... niezbędna. Może w kontekście ostatnich skandali ten wniosek brzmi paradoksalnie, lecz nawet one go potwierdzają. Dzieje się tak, ponieważ monarchia gwarantuje obywatelom przeżycia, jakich w danym momencie emocjonalnie łakną. Gdy nadchodziły ciężkie czasy i naród potrzebował dającego oparcie poczucia jedności, wówczas Windsorowie oferowali mu sposobność, by go zaznać. Ile dla Brytyjczyków znaczyły radiowe przemówienia, wygłaszane podczas II wojny światowej przez Jerzego VI, bardzo dobrze ukazuje film "Jak zostać królem".

Na początku pandemii ten sam efekt dało telewizyjne orędzie królowej Elżbiety II. Nota bene podczas 69 lat swego panowania wygłosiła wcześniej jedynie cztery nadzwyczajne mowy. Owa częstotliwość stanowi najlepszą broń przed ich zdewaluowaniem. W kwietniu 2020 r., gdy poczucie zagrożenia koronawirusem osiągało swe apogeum, królowa mówiła: "Mam nadzieję, że w nadchodzących latach każdy będzie mógł być dumny z tego, jak odpowiedział na to wyzwanie. A ci, którzy przyjdą po nas, powiedzą, że obecne pokolenie Brytyjczyków było tak silne jak którekolwiek z poprzednich". Wspominając przy okazji ze wzruszeniem swe pierwsze wystąpienie, kiedy latem 1940 r. na Londyn leciały niemieckie bomby. Wówczas młoda księżniczka Elżbieta starała się podtrzymać na duchu dzieci, przygotowywane do ewakuacji bez rodziców z Anglii do Kanady. Ich ojcowie i matki pozostawali w kraju, by przygotowywać go do obrony przed spodziewaną inwazją.

Nasze czasy gnają od zmiany do zmiany, a jednak taka historyczna ciągłość dla zwykłych ludzi wciąż ma ogromne znaczenie. Windsorom udaje się ją utrzymać za sprawą ogromnej woli przetrwania, wbrew temu, że dziś monarchie wydają się żywą skamieliną. W odwrotności do Romanowów, Habsburgów, czy Hohenzollernów utrzymali tron, bo potrafili ewoluować wraz ze zmieniającym się światem. Dostosowując się do potrzeb poddanych. Nawet obecna nazwa dynastii stanowi tego świadectwo.

Przed I wojną światową, zgodnie ze swymi niemieckimi korzeniami, lokatorzy Pałacu Buckingham nosili miano dynastii Sachsen-Coburg-Gotha. Jednak gdy z każdym tysiącem poległych na froncie Brytyjczyków rosła w kraju nienawiść do Niemców, król Jerzy V postanowił wyjść naprzeciw emocjom poddanych. W specjalnym dekrecie, ogłoszonym 17 lipca 1917 r., oświadczył, iż "odtąd Dom Nasz i Ród zwać się będzie i winien być znany jako Dom i Ród Windsor". Nakazał też członkom rodziny królewskiej zrezygnować ze "wszystkich niemieckich tytułów i godności oraz zaprzestać ich stosowania". Nawet dalsi krewni Jerzego V zostali przez niego zmuszeni do zmiany noszonych nazwisk na ich angielski odpowiednik, by przestać drażnić obywateli.

Jednocześnie w każdej epoce Windsorowie mają dla Brytyjczyków jakąś emocjonalną strawę, pozwalającą oderwać od codzienności. Podczas dekady burzliwych konfliktów społecznych, gdy premier Margaret Thatcher wprowadzała radykalne reformy, ludzie mogli sobie odetchnąć, oglądając w lipcu 1981 r. wspaniały ślub księcia Karola z piękna Dianą Spencer. Potem z zapartym tchem śledzili perypetie księżnej Diany, aż pod jej rozwód, romans z egipskim producentem filmowym i tragiczną śmierć w sierpniu 1997 r. Przy tej okazji zyskali świecką świętą i jednocześnie mogli żyć dorastaniem osieroconych przez księżnę synów. Perypetie Meghan i Harry'ego to jedynie kolejna odsłona niekończącej się sagi, przynoszącej zwykłym ludziom szansę na emocjonalną ulgę. Niezależnie bowiem komu kibicują, angażując się w nią, opuszczają choć na moment trudną rzeczywistość czasów pandemii. Nieposiadająca żadnej realnej władzy politycznej dynastia Windsorów spaja tak naród. Za możliwość luksusowej egzystencji oferuje poddanym własne życie. Wprawdzie uczestniczenie w nim to wirtualny erzac, lecz lepszy taki niż żaden.

Wszystko wskazuje na to, że taki erzac będzie coraz bardziej potrzebny również w Polsce. Nie zastąpią go lokalni celebryci, bez względu na to, z jak wielkim poświęceniem epatują swą prywatnością. Wymagać od nich, by byli jak Windsorowie, to zwyczajne okrucieństwo. Pańszczyźniany chłop z Polesia nie ma szansy nagle wejść w rolę księcia Wiśniowieckiego. Podobnie rzecz się ma z całą klasą polityczną. Nawet Pałac Namiestnikowski przy Krakowskim Przedmieściu nie da się przerobić na Pałac Buckingham. Zwłaszcza od kiedy zamieszkują w nim drugorzędni nominaci swych partii. Tacy jak poprzedni, wybitny strateg polityczny, czy obecny - obdarzony niezwykle charyzmatyczną osobowością prezydent.

Tymczasem nadciągnęły czasy, które mogą zwykłych Polaków kosztować wiele zdrowia i nerwów. Zaś najgorsze w życiu jest bezsilne irytowanie się rzeczami, na jakie nie mamy wpływu. Już tylko niekończąca się pandemia generuje dość stresów. Jednak nawet jej koniec nie zwiastuje znaczącej ulgi. Gigantycznych długów, zaciągniętych podczas epidemii, nie zniweluje żaden europejski Fundusz Odbudowy, Krajowy Plan Odbudowy czy inny Nowy Ład premiera Morawieckiego. Za dużo musiano pożyczyć, żeby obeszło się bez podnoszenia podatków. Już odpalono pierwszą serię nowych danin, składek, należności, zapłat, opłat. Rząd słusznie unika słowa "podatek", bo wkurza ono ludzi, natomiast "składka" - zachwyca. A będzie ich jeszcze więcej. Na to nakłada się inflacja generująca wzrost cen. Stanowi ona podatek niedający możliwości ucieczki, bo zabiera dochód obywatelom i jednocześnie generuje większe wpływy do budżetu państwa. Takie właśnie wkurzenia przyjdą na rozgrzewkę.

Potem, za jakieś trzy lata, polski system energetyczny dojdzie do ściany. Ceny uprawnień do emisji CO2, za sprawą coraz bardziej rygorystycznych założeń europejskiego Zielonego Ładu, szybują w górę jak rakiety kosmiczne Elona Muska. Dziś jednostka kosztuje na giełdzie marne 41 euro i już bardziej opłaca się wyburzyć niedokończoną elektrownię węglową Ostrołęka C, niż dopuścić do jej uruchomienia. Wprawdzie rządy Zjednoczonej Prawicy wpompowały w jej budowę jakieś 1,5 mld złotych, lecz jeśli zaczęłaby wytwarzać prąd, to generowałaby jeszcze wyższe straty. To dopiero początek kłopotów, przed jakimi ostrzegano już dziesięć lat temu, ponieważ ceny uprawnień do emisji CO2 mogą wzrosnąć nawet dwukrotnie. Dla rządu oznacza to konieczność szybkiego wyłączania starych elektrowni węglowych. Inaczej kluczowym spółkom energetycznym: Tauronowi i PGE grozi finansowe zarżnięcie. Zwykłym ludziom zwiastuje możność odbycia sentymentalnej podróży w głąb lat 80. i przypomnienia sobie o dwudziestym stopniu zasilnia. W tamtych latach jakoś udawało się przywyknąć do wieczorów bez prądu, za to w blasku świec lub lamp naftowych.

Ów czar intymnej atmosfery może nie zrekompensować kolejnego powodu do irytacji, Już za kilka lat w wiek poprodukcyjny wejdzie pokolenie ofiar reformy emerytalnej rządu Jerzego Buzka. Po licznych jej udoskonaleniach, wprowadzanych przez kolejne rządy, została sprowadzona do prostej operacji. Pokolenie, jakie weszło do systemu emerytalnego na początku XXI w., ze swych składek opłaciło emerytury rodziców, a jednocześnie potulnie się zgodziło, by samo na starość dostawało nawet nie o połowę mniej. Powoli wychodzi na to, że mniej o circa 70 proc.

Oczywiście pod warunkiem, iż obecnie wchodzące w dorosłość pokolenie zechce nadal opłacać składki w ZUS. Zapowiada się więc, że nowi emeryci wieczory w ciemnościach będą musieli łączyć z wyprawami do śmietników, by zdobyć coś do jedzenia. Kłopot w tym, że wśród młodej lewicy coraz większą popularnością cieszy się moda na freeganizm. Czyli na żywienie się tym, co da wygrzebać ze śmieci. Niestety osoby po siedemdziesiątce mają minimalne szanse na sukces w wyścigu do śmietnika, jeśli będą zmuszone konkurować ze zdeterminowanymi, by żyć na maksa ekologicznie, dwudziestolatkami. To też może stanowić przyczyny przeróżnych frustracji.

W tej nowej normalności, jaka się zapowiada, bardzo by się Polakom przydała na tronie własna rodzina Windsorów. Zdolna przyciągnąć swymi perypetiami uwagę tłumów, a jednocześnie w mrocznej chwili dziejów - jak Elżbieta II – obiecać z przekonaniem, że "choć być może wiele jeszcze będziemy musieli znieść, lepsze dni powrócą". Taka dynastia dla Rzeczpospolitej nie może być tanią podróbką. Żeby efekt odwracania uwagi zadziałał, konieczny jest królewski ród z kilkusetletnią historią i gwarancją licznego potomstwa. Inaczej koszty inwestycji nie zamortyzują się w przyszłości. Wprawdzie znaleźć kogoś takiego obecnie niełatwo, ale jak by nie spojrzeć, Meghan i Harry są właśnie do wzięcia.