Jeśli w ten sposób będzie przebiegał ten trzydniowy strajk, Polacy powinni zdążyć do czwartku złożyć swe deklaracje podatkowe. Jeśli zawiodą urzędy skarbowe, PIT-y będzie można składać w awaryjnych punktach przyjęć w starostwach powiatowych, urzędach gmin oraz w zamiejscowych oddziałach Urzędu Kontroli Skarbowej.

Jak na razie urzędy skarbowe jakoś wywiązują się ze swych zadań. W największym warszawskim urzędzie przy ulicy Lindley'a, na poranny dużur stawiła się cała pierwsza zmiana urzędników. Jeśli zawiedzie druga, to w pogotowiu są urzędnicy, którzy na co dzień nie siedzą w okienkach, lecz liczą zebrane podatki za zamkniętymi dla petentów drzwiami.

Gdyby i to nie wystarczyło, w środę zostaną wystawione urny, do których będzie można wrzucać PIT-y bez potrzeby stania w kolejkach.

Mało tego, w wielu urzędach uruchomiono tzw. urzędomaty, które automatycznie przyjmują deklaracje.

Fiskus strajkuje, bo jego pracownicy żądają większych podwyżek niż te, które obiecał im rząd. Związki zawodowe twierdzą, że nie wszyscy dostali nawet obiecane 245 złotych. Narzekają też, że nie doliczono im odsetek za zwłokę. Twierdzą, że trzeba uruchomić specjalną rezerwę budżetową, która zaspokoi ich roszczenia.

Pracownicy skarbówki mają też żal do rządu, że nie rozmawia z nimi na temat poprawy ich warunków pracy. Związkowcy mówią, że od dawna apelują, by zmienić skomplikowane prawo podatkowe, które naraża ich na ciągłe ataki petentów.

Pracowników urzędów skarbowych uwiera również to, że nie otrzymują wynagrodzenia za nadgodziny. Jednocześnie nie mogą "dorobić" na przykład w biurach rachunkowych lub jako doradcy podatkowi.