To, że obywatele Cypru nie zaczęli szturmować banków, gdy w końcu zaczęły działać, świadczy o tym, iż operacja przeprowadzona pod nadzorem europejskiej trojki była skuteczna. Wprawdzie instytucje finansowe z wyspy Afrodyty szybko nie odzyskają zaufania, ale raczej nie grozi im już run klientów. A więc i upadek.

Ale dla strefy euro zaczynają się schody, bo w sytuacji Cypru mogą znaleźć się kolejne kraje. Analitycy typują Maltę, Słowenię i Luksemburg. Co gorsza, szef Eurogrupy Jeroen Dijsselbloem stwierdził, że sposób zażegnania kryzysu na Cyprze może być nowym modelem rozwiązywania problemów sektora bankowego w strefie euro. Tak jasny komunikat oznacza dla każdego posiadacza większej gotówki, że w razie oznak niebezpieczeństwa należy wyczyścić konto bankowe, nim przybędą wysłannicy Brukseli. Od takiej myśli do runu na banki tylko krok. Tymczasem żadna instytucja finansowa nie jest w stanie samodzielnie spłacić wszystkich swoich zobowiązań, unikając przy tym bankructwa. Dlatego stworzono cały zestaw iluzji pozorujący, że jest dokładnie odwrotnie.

Angielskie triki

Skoro wszyscy inni zwariowali, to trzeba ich w pewnej mierze naśladować – radził na początku 1720 r. w liście do przyjaciela pewien paryski bankier. Na giełdzie w Londynie trwała hossa, każdy rodzaj papierów wartościowych znajdował nabywców. W górę szły nawet ceny akcji spółki handlującej ludzkimi włosami oraz kompanii obiecującej zbudowanie perpetuum mobile.

Wszelkie możliwe inwestycje przynosiły wielkie zyski, od kiedy w obrocie pojawiły się obligacje założonej przez brytyjski rząd i brytyjskich kupców Kompanii Mórz Południowych. Spółka miała monopol na wymianę handlową z koloniami, a wykup jej papierów gwarantował Bank Anglii. Nic dziwnego, że ich cena w krótkim czasie wzrosła ze 100 funtów do prawie 1000. Giełdowe szaleństwo tak bardzo zaniepokoiło parlament, że w czerwcu 1720 r. uchwalił Bubble Act (ustawa bańki mydlanej). Odtąd na giełdzie mogły oferować akcje jedynie przedsiębiorstwa mające królewski certyfikat.

Inwestorzy zaczęli paniczną wyprzedaż i kurs wszystkich akcji runął, nawet tych wyemitowanych przez Kompanię Mórz Południowych. Nagle wszyscy zapragnęli wymienić banknoty Banku Anglii na monety z kruszcu. Szturm tłumów na jego siedzibę w dzielnicy Walbrook być może zniszczyłby instytucję, gdyby nie jej gubernator – John Hanger. Widząc, co się święci, zwołał wszystkich przyjaciół i znajomych, po czym postawił ich na początku kolejki. Kiedy podchodzili do kas, powoli wymieniano ich banknoty na malutkie monety sześciopensowe. Trwało to bardzo długo. Wreszcie rzekomy klient wychodził z workiem monet, biegł na tył budynku i tam oddawał go obsłudze. Tak monety powracały do obiegu. Dzięki temu fortelowi Bank Anglii bronił się przez kilka dni, aż dotrwał do 29 września i z okazji dnia patrona Anglii św. Michała Archanioła ogłosił dzień wolny. Po nim o dziwo panika wygasła. Fortel z sześciopensówkami zastosowano ponownie 5 grudnia 1745 r., gdy pretendent do angielskiego tronu Karol Edward Stuart (prawnuk Jana III Sobieskiego) wywołał w Szkocji powstanie. Znów przerażeni ludzie szturmowali Bank Anglii, by wymienić banknoty na monety. Drobny bilon wypłacano im do czasu, aż rząd przekonał londyńskich kupców do wydania pisemnej deklaracji, iż przyjmą zapłatę w banknotach niezależnie od okoliczności.

Skuteczne gaszenie runów na banki okazało się jednym z atutów, dzięki któremu Wielka Brytania w XIX wieku stała się finansowym centrum świata. Co niosło z sobą nowe zagrożenia. W Ameryce Południowej kolejne kraje zdobywały niepodległość i natychmiast sprzedawały obligacje rządowe na giełdzie w Londynie. Popyt na nie trwał do jesieni 1825 r., gdy wyszło na jaw, że nowo powstałe kraje tracą płynność finansową. Ataku paniki klientów jako pierwsze doświadczyło konsorcjum Pole, Thornton & Co zrzeszające 47 banków prowincjonalnych. Gdy zagroził im upadek, właściciel poprosił gubernatora Banku Anglii Corneliusa Bullera o zgodę na wstrzymanie wypłat. Londyńscy biznesmeni zaprotestowali, bojąc się, że histeria ogarnie stolicę, ale Buller zignorował ostrzeżenie.

Społeczeństwo ogarnęła panika, jakiej jeszcze nigdy nie widziano: każdy błagał o pieniądze – ale prawie nie dało się ich zdobyć na jakichkolwiek warunkach – zapisał świadek wydarzeń, ekonomista Thomas Joplin. Upadły 73 banki i w Wielkiej Brytanii zniknął z obiegu pieniądz. Tłum usiłujący zdobyć Bank Anglii przepędziło wojsko. Cornelius Buller zachował na szczęście zimną krew i kazał przeszukać bankowe piwnice. Odnaleziono tam zapomniany zapas banknotów jednofuntowych, wydrukowanych 30 lat wcześniej. Natychmiast wpuszczono je do obiegu. Tak Anglicy wynaleźli przypadkiem instytucję nazwaną potem przez ekonomistów pożyczkodawcą ostatniej instancji. Bank Anglii zasilił gotówką prywatne instytucje finansowe, ratując je przed upadkiem. Ale puszczony do obiegu papier potrzebował jakiegoś pokrycia w kruszcach, żeby nie stracić na wartości. I tu bardzo przydała się pomoc rodu Rothschildów. Dzięki ich pośrednictwu Bank Francji błyskawicznie przesłał 400 tys. funtów w srebrnych suwerenach. Dzięki tej odsieczy Bank Anglii wymieniał w razie potrzeby każdy banknot na kruszec i wykupował toksyczne południowoamerykańskie obligacje. Inwestorzy zaś odzyskali zaufanie do papierowego pieniądza. Podobny kryzys wybuchł niespełna dekadę później. Bank Anglii znów stanął na wysokości zadania jako pożyczkodawca ostatniej instancji, acz nie byłoby to możliwe bez pomocy Paryża.

Zaniepokojony uzależnieniem od nie zawsze przyjaznej Francji premier Robert Peel doprowadził w 1844 r. do uchwalenia przez parlament Bank Act. Zmuszał on bank centralny do zapewnienia będącym w obiegu papierowym funtom pokrycia w zapasach kruszcu. Ustawę złamano już trzy lata później podczas gaszenia kolejnej paniki. Brytyjski parlament powołał wówczas specjalną komisję mającą określić, czy postępowano właściwie. Komisja wydała salomonowy wyrok. Uznano, że Bank Act jest znakomitym prawem, choć jego złamanie było konieczne i korzystne dla ekonomii Zjednoczonego Królestwa.

Tak narodził się system finansowy, którego fundament dobrze charakteryzowała krążąca wówczas anegdota. Oto do Banku Anglii przychodzi dżentelmen z banknotem o nominale 5 funtów i zadaje pytanie: Czy mógłby pan wymienić ten banknot na złoto?. Kasjer natychmiast odpowiada: Ależ oczywiście!. Wówczas klient mówi: W takim razie zabieram go z powrotem. Musi pan jednak wiedzieć, że gdybym otrzymał odpowiedź odmowną, byłbym zmuszony prosić o natychmiastową wymianę.

„Silberzug” nie zawsze przybędzie

Run na banki w 1857 r. zmiótł w USA aż 1415 takich instytucji. Po trzech miesiącach kryzys dotarł do Hamburga, którego środowiska finansowe prowadziły interesy za oceanem. Dwa wielkie domy kupieckie Winterhoff oraz Piper ogłosiły bankructwo i krach zagroził republice. Co gorsza, banki centralne innych krajów odmówiły przyjścia z pomocą. Aby zapobiec panice, hamburski parlament uchwalił powołanie Państwowego Instytutu Pożyczkowego, mającego dofinansować instytucje finansowe. Jednak kiedy w mieście gruchnęła wieść, że kapitanowie statków cumujących w porcie odmawiają wyładunku towarów, jeśli nie dostaną zapłaty w gotówce, ludzie ruszyli ratować depozyty. I wówczas zdarzył się cud. Rankiem 8 grudnia 1857 r. nadeszła z Wiednia depesza, że cesarz Franciszek Józef i rząd Austrii wysyłają na pomoc Hamburgowi „Silberzug”. Tak nazwano pociąg wiozący ładunek kilku ton srebra z cesarskiego skarbca. Miasto zamarło w oczekiwaniu, a gdy srebrny pociąg przybył, panika natychmiast wygasła.

Tego triku nie udało się zastosować w Wiedniu na początku maja 1873 r., gdy tamtejszą giełdę zaszokowała wiadomość, że mały francusko-węgierski bank z Pesztu, zamiast wypłacić dywidendy, ogłosił bankructwo. To podziałało na inwestorów jak zimny prysznic. Przez długie trzy lata koniunkturę napędzały banki inwestycyjne zwane grynderskimi. W odwrotności do klasycznych udzielały nie tylko kredytów, lecz także same budowały fabryki, linie kolejowe, spekulowały na giełdzie. Interes kręcił się znakomicie, dopóki ceny akcji rosły. Wieść o upadku banku z Pesztu i wywołany tym spadek notowań innych uruchomiły lawinę. Drobni ciułacze ruszyli ratować dorobek życia. 12 maja policja musiała zamknąć budynek giełdy i wypędzić z niego inwestorów rozwścieczonych wiadomością o ogłoszeniu bankructwa przez 20 banków grynderskich. Pozostałe się broniły, ogłaszając moratorium na regulowanie większych należności, a Austriacki Bank Narodowy utworzył fundusz gwarancyjny z kapitałem 20 mln guldenów w złocie. Niewiele to pomogło. Więcej jak 2000 osób, po większej części giełdowców, wymówiło swe wielkie mieszkania i wysyła rodziny z żonami i dziećmi do Galicji, Węgier i Rumunii – donosiła 21 maja „Gazeta Handlowa”. Pierwszy samobójstwo popełnił wiceprezydent Towarzystwa Kolei Południowej, potem w jego ślady poszło wielu innych zbankrutowanych bogaczy. W Wiedniu upadły 74 banki i ok. 300 giełdowych spółek, a największy kryzys ekonomiczny w XIX wieku rozlał się na cały świat. W Nowym Jorku na nic zdało się unieruchomienie giełdy na całe 10 dni.

Zamknięcie rynku w czasie paniki sprawia, że kolejna fala paniki staje się jeszcze gwałtowniejsza, ponieważ ludzie szybciej pozbywają się akcji lub wycofują pieniądz na żądanie, aby uniknąć blokady pozycji – konkluduje Charles P. Kindleberger w historii kryzysów finansowych Szaleństwo, panika, krach. Jedynie w Wielkiej Brytanii system bankowy ocalał niemal bez szwanku, co pokazywało, kto najlepiej potrafił radzić sobie w trudnych sytuacjach.

Przywódcy koniecznie potrzebni

Wiadomość, że bank inwestycyjny Knickerbocker Trust padł ofiarą finansowego oszustwa, bardzo zaniepokoiła ciułaczy. Od rana 22 października 1907 r. przed jego nowojorską siedzibą koczował tłum czekający na otwarcie kas. Gdy je uruchamiano, wypłaty gotówki były tak duże, że szybko musiano je wstrzymywać.

W tym czasie właściciel banku Charles T. Barney pojechał do Johna Pierponta Morgana z prośbą o pożyczkę. Ten najpotężniejszy bankier świata dobrze wiedział, że Barney – wspólnie z udziałowcami spółki United Copper braćmi Heinz – sztucznie zawyżał ceny akcji firm wydobywających miedź. Spekulantów podpuścił, a następnie oskubał ze wszystkiego John D. Rockefeller. Dlatego Morgan wyrzucił za drzwi właściciela Knickerbocker Trust. Tym gestem o mały włos spowodowałby wybuch światowego kryzysu, bo zaniepokojone biegiem wypadków Wall Street ogarnęła histeryczna wyprzedaż akcji grożąca runem na banki.

W tym momencie do działania przystąpili, na co dzień nienawidzący się, J.P. Morgan oraz John D. Rockefeller. Jako że USA nie posiadały wtedy banku centralnego (Fed utworzono w 1913 r.), multimilionerzy zadeklarowali, że wspomogą zagrożone banki kwotą 35 mln dol. (dziś byłoby to ok. 60 mld dol.). Po południu 24 października panika zaczęła wygasać. Jeśli ludzie pozostawią pieniądze w bankach, wszystko będzie w porządku – powiedział J.P. Morgan dziennikarzom podczas wieczornej konferencji. Jednak razem z Rockefellerem na wszelki wypadek wystosowali prośbę do duchownych ze wszystkich Kościołów USA, by w niedzielnym kazaniu zaapelowali o spokój i niepodejmowanie przez wiernych pochopnych decyzji finansowych. Morgan musiał jeszcze wyasygnować kolejne miliony na uratowanie przed bankructwem budżetu miasta Nowy Jork oraz największych koncernów stalowych. Wszystko w imię zapobiegania panice. Operacja się udała i gdy w połowie listopada 1907 r. zbankrutowany Charles T. Barney palnął sobie w łeb, nikogo to nie obeszło.

Przywódców formatu Rockefellera i Morgana zabrakło w Ameryce jesienią 1929 r., gdy znów strach zawładnął Wall Street. Gdy jeden po drugim upadały banki, sekretarz skarbu Andrew Mellon publicznie stwierdził: Krach wyeliminuje z systemu zgniliznę. Ludzie będą ciężej pracować, prowadzić się bardziej moralnie. Wartości zostaną doprowadzone do porządku, a ludzie przedsiębiorczy przejmą zgliszcza z rąk ludzi o niższych kwalifikacjach. Fed zareagował dopiero po bankructwie ok. 600 banków, dokapitalizowując te najbardziej zagrożone kwotą 300 mln dol. To na chwilę uspokoiło nastroje i wiosną 1930 r. zdawało się, że amerykańska gospodarka wychodzi z kryzysu. Produkcja przemysłowa rosła, giełda odrabiała straty. Fed ograniczył więc pomoc i podniósł stopy procentowe. Po czym w kwietniu zaczęła się druga fala kryzysu i banki padały niemal jak muchy (do końca 1930 r. ok. 1,3 tys.). Zszokowana administracja prezydenta Herberta Hoovera oraz bank centralny znów nie zareagowały na czas, a pieniądz powoli znikał z obiegu, co oznaczało ekonomiczną śmierć kraju.

Być jak Marriner Eccles

Kiedy właściciel First Security Co. Marriner Eccles spostrzegł pewnego ranka w 1932 r., że tłum mieszkańców Ogden szturmuje sąsiedni bank Ogden State, pojął, że nadszedł dzień próby. Zebrał personel i każdemu przydzielił zadania. Najbardziej odpowiedzialną rolę – tak jak niegdyś gubernator Banku Anglii John Hanger – powierzył kasjerom. Będziecie wypłacać pieniądze. Ale będziecie wypłacać bardzo powoli – instruował ich. Znacie wielu właścicieli wkładów z widzenia i w przeszłości nie musieliście sprawdzać ich podpisów, ale dziś, kiedy przyjdą tu ze swoimi książeczkami wkładowymi, żeby zamknąć swoje rachunki, będziecie każdemu z nich sprawdzać wzór podpisu. I nie śpieszcie się z tym – mówił. Potem przypomniał sobie trik z „Silberzugiem”, więc zadzwonił do oddziału Fed w Salt Lake City, prosząc o szybkie wysłanie furgonu wyładowanego gotówką, z której obiecał nie uszczknąć ani centa. Późnym popołudniem worki pełne dolarów wyładowano z furgonu i strażnicy przepychali się z nimi przez tłum do budynku First Security Co. Wówczas Eccles wspiął się na kontuar i przyrzekł zaspokoić wszystkie roszczenia klientów, zaś ich wkłady wypłacać bez przerwy. Wtedy zmęczeni staniem cały dzień w kolejce ludzie po prostu rozeszli się do domów.

Odparcie runu na bank uczyniło z Marrinera Ecclesa gwiazdę. Wygrywający wybory prezydenckie Franklin Roosevelt mianował go doradcą i pilnie słuchał rad. Nowy lokator Białego Domu musiał natychmiast zmierzyć się z problemem agonii systemu bankowego. Przez cały 1932 r. w Ameryce upadło kolejne 2 tys. banków, zaś gubernatorzy stanów, ilekroć obywateli ogarniała histeria, ogłaszali „banks holiday” (wakacje bankowe) i otwierali placówki dopiero po uspokojeniu nastrojów. To jednak nie chroniło przed nowymi wybuchami paniki.

Jedyna rzecz, jakiej musimy się obawiać, to własny strach – oznajmił podczas inauguracji na początku marca 1933 r. Roosevelt. Jak obliczyli ekonomiści, w obiegu pozostało wtedy ledwie 7 mld dol. Prezydent i Marriner Eccles szybko przystąpili do realizowania jednego z największych blefów w historii. Już 9 marca 1933 r. Kongres uchwalił Emergency Banking Act, dający prezydentowi nieograniczoną władzę nad rynkami finansowymi. Roosevelt ogłosił banks holiday na całym terytorium USA i wedle planu Ecclesa do 15 tys. banków weszli specjalni inspektorzy, aby dokonać audytu. Zaledwie pięć dni później ogłoszono, że banki podzielono na trzy kategorie. Te z oznaczeniem A uznano za wypłacalne i natychmiast wznawiały działalność. Banki klasy B dofinansował kwotą 1 mld dol. Fed, zaś banki klasy C zamknięto lub poddano restrukturyzacji.

Tak błyskawiczna ocena wypłacalności była zupełną fikcją, ale ludzie z radością w nią uwierzyli. W zaledwie tydzień do banków klienci wpłacili zachomikowany wcześniej w domach miliard dolarów i Ameryka zaczynała wychodzić z kryzysu. Prezydent docenił genialność Marrinera Ecclesa i wkrótce mianował go przewodniczącym Rady Gubernatorów Fed. Pozwolił też budować system zabezpieczeń chroniący USA przed powtórką z 1929 r. Kluczowym jego elementem stała się Federal Deposit Insurance Corporation, gwarantująca w imieniu rządu federalnego ubezpieczenie depozytów obywateli. Dając im rękojmię ocalenia dużej części oszczędności nawet po upadku banku.

Chyba że runąłby cały system finansowy, czego realna groźba pojawiła się w marcu 2008 r., gdy upadł Bear Stearns, a potężne instytucje finansowe Goldman Sachs, Morgan Stanley, Merrill Lynch, Lehman Brothers i Citigroup uznano za zagrożone bankructwem. Wkrótce upadłość ogłosił Lehman Brothers i wydawało się, że katastrofa jest nieunikniona. Szczęśliwym trafem szefem Fed był Ben Bernanke, ekonomista od lat zajmujący się badaniem przebiegu Wielkiego Kryzysu. Jego działania pokazywały, jak dobrze odrobił tamtą lekcję i te dotyczące jeszcze wcześniejszych runów na banki. Fed błyskawicznie ściął stopy procentowe do najniższego poziomu w historii (0–0,25 pkt proc., a tzw. plan Paulsona pozwolił wpompować do systemu finansowego kwotę 700 mld dol. Najbardziej zagrożone upadkiem banki uznano za „zbyt wielkie, by mogły upaść”, po czym nacjonalizowano. A gdy mimo to sytuacja zaczynała się wymykać spod kontroli, Bernanke oświadczył, że jeśli na rynku zabraknie gotówki, to dostarczy ją (oczywiście dodrukowując dolary) bez względu na okoliczności, „nawet zrzucając z helikopterów”.

Pokaz desperacji odniósł zamierzony skutek i srebrne helikoptery nie musiały nawet wzbić się w powietrze. Wkrótce w podobny sposób swoje banki ratowały kraje europejskie. Wielki krach odwołano. Ale strach pozostał i do dziś czai się w strefie euro za rogiem wielu banków.