Rozmowa z Andrzejem Reichem, niezależnym ekspertem, byłym pracownikiem nadzoru bankowego

Reklama

Czy wyliczenia mówiące, że masowe przewalutowanie kredytów na złote kosztowałoby banki kilkadziesiąt miliardów złotych, są poprawne?

Żeby odpowiedzieć precyzyjnie, trzeba by mieć dostęp do szczegółowych danych, które posiadają tylko same banki. Wszystko zależy od tego, o jakim scenariuszu mówimy: co stanie się przy unieważnieniu umowy? Czy klient ma zwrócić kapitał, a bank przeliczy mu kredyt na nowo, jakby zaciągnął kredyt złotowy? Czy rozliczenie będzie według innych zasad? Jednoznacznej opinii nie ma. Jest też kwestia przedawnienia roszczeń.

Biorąc pod uwagę nadzorczy punkt widzenia, w którym obowiązuje zwykle skrajny pesymizm, to te rachunki nie są przesadzone. Oczywiście przy założeniu, że w wyniku niekorzystnych dla banków wyroków sądowych z czasem większość frankowiczów poszłaby do sądu i wygrała.

Jakie byłyby ogólnogospodarcze konsekwencje dużych strat w bankach?

Jeśli dużej liczbie frankowych klientów jednego banku uda się skutecznie przekonać sądy do wyroków zgodnych z ich oczekiwaniami, może to być pyrrusowe zwycięstwo, zagrażające stabilności banku. Kto, w takim przypadku, miałby ten bank ratować – Bankowy Fundusz Gwarancyjny? Inne banki? Państwo? Jeśli bank byłby odpowiednio duży, to – być może – pociągnąłby za sobą kolejne. Mamy więc efekt domina. Proszę jednak pamiętać, że mówimy o czarnym scenariuszu.

Ale nawet jeśli nie będzie tak źle i system bankowy zachowa stabilność, to i tak może się okazać, że banki jako sektor nie będą w stanie kredytować gospodarki. Każdy wygrany przez klienta proces oznaczać będzie stratę dla banku. Przy dużej skali tego zjawiska będą się kurczyć kapitały banku. Ale każdy kredyt konsumuje pewną ilość bankowego kapitału i dlatego malejące kapitały wymuszą ograniczenie działalności kredytowej. Miałoby to daleko idące konsekwencje. Pozbawienie gospodarki kredytów musi ograniczyć jej wzrost, prowadząc nawet do recesji. Dla przykładu: Jednym z kół zamachowych gospodarki jest budownictwo. Ale przecież potężna część tego rynku jest kredytowana. Proszę więc sobie wyobrazić, co się stanie, gdy rynek kredytów bardzo się zmniejszy. I choć w tej chwili duża część zakupów mieszkań jest finansowana gotówką, to i tak portfele kredytów hipotecznych szybko rosną. Ale może przyjść taki dzień, w którym źródło kredytów wyschnie.

W obiegowej opinii w bankach nigdy nie zabraknie pieniędzy.

Stale spotykam się z tą opinią. Mało kto przyjmuje do wiadomości, że poza stosunkowo niewielkimi kapitałami banki tak naprawdę nie mają własnych pieniędzy, tylko środki, które my w nich lokujemy. Banki udzielają kredytów, finansując je naszymi depozytami. Zarabiają na tym i dzięki temu mają z czego płacić nam odsetki od lokat. A gdyby się okazało, że kredyty nie są spłacane albo że banki muszą zwrócić je frankowiczom? Pojawią się straty, które banki pokryją kapitałami.

Jeśli baza kapitałowa się zmniejsza, to w pewnym momencie bank nie tylko nie może udzielać nowych kredytów, ale regulacyjnie nie stać go i na te, których udzielił w przeszłości. Bo wskaźniki ostrożnościowe są poniżej minimalnych poziomów. Jest to ogromny problem. A jeśli straty są duże, wyższe niż kapitały?

Pojawia się zarzut, że nadzór mógł zapobiec boomowi frankowemu przed kryzysem. Czy te 12–15 lat temu można było zrobić więcej?

Mówi się, że nadzór powinien był zakazać udzielania kredytów. Ale nie mógł tego zrobić. Możliwość ich udzielania dała nowelizacja ustawy prawo dewizowe, która zniosła wszelkie ograniczenia dotyczące wymiany walutowej. Kredyty walutowe były w pełni zgodne z ustawą. Jedyną możliwością zakazania byłoby przyjęcie kolejnej ustawy. Wszyscy wiemy jednak, że w owym czasie ustawa by nie przeszła. Narodowy Bank Polski nie miał inicjatywy ustawodawczej, tym bardziej nie miała jej ulokowana przy NBP Komisja Nadzoru Bankowego. Nie było też odpowiedniego klimatu politycznego.

Można było myśleć o środkach miękkich. W roku 2006 wprowadziliśmy rekomendację S, kilkukrotnie nowelizowaną w kolejnych latach. Zalecenie ESRB – Europejskiej Rady Ryzyka Systemowego dotyczące kredytów walutowych, pojawiło się dopiero w roku 2011. W załączonych dokumentach ESRB wymieniła środki, które były podejmowane przez różne kraje członkowskie, mające na celu opanowanie sytuacji. Ograniczenia wprowadzone przez KNB były jednymi z pierwszych na rynku europejskim. I myśmy niektóre z tych środków stosowali. Ostrzeżenia o ryzyku, wymagania dotyczące zdolności kredytowej, ostrzejsze wskaźniki LTV, DTI, itd. – z tego wszystkiego my jako nadzór skorzystaliśmy.

Ale w 2013 r. zakaz się jednak pojawił.

To nie był zakaz, ale zalecenie, by kredyty były udzielane w walucie, w jakiej dochody ma klient. Wprowadzono je po rekomendacji ESRB. Zakaz jako pierwszy wprowadzono decyzją rządu – na Węgrzech w 2010 r. Ale później go unieważniono, by w końcu przyjąć dekret ograniczający udzielanie takich kredytów.

Reklama

W Austrii też nie było zakazu. W 2011 r. nadzór poinformował banki, że jeśli będą udzielać kredytów walutowych kredytobiorcom spoza grupy osób z bardzo wysokimi dochodami, będzie to miało wpływ na ocenę bezpiecznego i stabilnego zarządzania. W konsekwencji mogłoby to skutkować wymuszonymi zmianami w zarządach.

Zwrócę też uwagę, że gdy wybuchł kryzys, to w Europie początkowo kredytami walutowymi specjalnie się nie przejmowano. To przyszło dopiero w drugiej fazie kryzysu. Przypomnę też, że Komisja Europejska, odpowiadając w grudniu 2010 roku na pytanie Parlamentu Europejskiego, czy można zakazać udzielania kredytów walutowych, stwierdziła, choć dość miękko, że „całkowity zakaz prawny udzielania kredytów w walutach obcych wydaje się niezgodny z kryterium proporcjonalności”.

Problem frankowy zaczął się od spadku kursu złotego, który zwiększył raty i zadłużenie we frankach, ale formalnie uzasadnieniem żądań unieważnienia umów są tabele kursowe banków.

Moim zdaniem to bardzo nie fair. Doskonale rozumiem, że człowiek szuka każdego sposobu, by osiągnąć swój cel – w tym przypadku uniknąć straty związanej z osłabieniem złotego. Ale to nie powinien być powód do unieważniania umowy.

W przypadku kredytów frankowych trudno wykazać, że klient nie rozumiał, na co się naraża. Z tego, co wiem, wszystkie banki mają w dokumentacjach oświadczenia o świadomości ryzyka kursowego, których wymagał nadzór. Bez względu na to, co klient dziś czuje, sąd ma dokument z jego podpisem. Twierdzenie, że mimo to on nie był świadomy ryzyka kursowego, że bank oszukał go, zapewniając, iż kredyt walutowy jest bardzo bezpieczny, jest słabym tłumaczeniem. Podczas prac nad rekomendacją S i po jej przyjęciu, nadzór był publicznie krytykowany za pozbawianie mniej zamożnych osób szansy na własne mieszkanie. Ta narracja była tak powszechna, że musiała docierać do wszystkich zainteresowanych i wyrabiać w nich przekonanie, iż produkt jest dla nich. Ponadto, akceptacja tłumaczenia, że „podpisałem, choć nie rozumiałem”, stwarza bardzo niebezpieczny precedens. Koniecznie trzeba o tym pamiętać.

Prawnicy powiedzą, że w grę wchodzą klauzule abuzywne. Ja mam z nimi generalny problem, bo stosowanie ich do zawartych już umów, w dodatku od momentu zawarcia umowy, a nie od opublikowania klauzuli, odbieram jako działanie prawa wstecz. Pojawia się kwestia tabeli kursowej, w tym samego spreadu i tego, jak sprawę rozumieją sądy. Ale, bez wchodzenia w szczegóły, najbardziej bulwersuje mnie powiązanie dwóch kwestii: niekorzystnej dla kredytobiorców zmiany kursu franka do złotówki oraz abuzywności tabeli kursowej banku. Te dwie sprawy nie są ze sobą w żaden sposób powiązane i postrzegam je jedynie jako zabieg prawny. Wyobraźmy sobie, że jakiś bank, zamiast do własnej tabeli kursowej, odwoływałby się w umowie do tabeli NBP. Czy byłaby to klauzula abuzywna? Zapewne nie, mimo iż niekorzystne skutki zmiany kursu walutowego pozostałyby takie same. Co wtedy? Myślę, że warto się nad tym zastanowić, bo byłaby to właśnie odpowiedź na pytanie o czystość postępowania.

PARTNER

Materiały prasowe

Czytaj także pozostałe artykuły z dodatku: