PiS otworzył kampanię deklaracją wysokiej podwyżki płacy minimalnej. Z sondażu IBRiS z połowy września wynika, że ten temat może być przedwyborczym atutem. Badanie pokazuje akceptację dla pomysłów PiS, który proponuje 2600 zł płacy minimalnej w przyszłym roku, 3000 zł w 2021 r. i 4000 zł w 2024 r. Choć im wyższa podwyżka i im termin jej wprowadzenia odleglejszy, tym mniejsza akceptacja dla pomysłu i więcej ocen negatywnych. Z punktu widzenia kampanii ważny jednak jest inny fragment badania, z którego wynika, że dla prawie 80 proc. wyborców to sprawa ważna.

Na to składają się dwie kwestie. Z jednej strony tradycyjny egalitaryzm postchłopskiego społeczeństwa, który napędzał krytykę transformacji ustrojowej; z drugiej zaś strony – konsumpcjonizm. Zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że żyjemy w społeczeństwie konsumpcyjnym, a to wymaga pieniędzy, bo wszystko kosztuje. To wykracza poza stereotypowy krąg zwolenników PiS – mówi politolog Rafał Chwedoruk. Z punktu widzenia tej partii postulat jest potężnym wyborczym asem.

– To umocnienie okopu, który PiS zbudował za pomocą obniżenia wieku emerytalnego i 500 plus, umocnienie fortyfikacji, które czynią tę partię odporną na ostrzał z każdej strony – podkreśla Chwedoruk.

Jednak w większości programów wyborczych znalazły się odniesienia do gwarancji wzrostu płacy minimalnej. Co więcej, jak pokazuje sondaż, pierwszy raz ten temat stał się istotnym polem gry o poparcie. Podejście w poszczególnych partiach jest różne. PO proponuje pensję minimalną na poziomie 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia z poprzedniego roku. Czyli w przyszłym roku wyniosłaby ona ok. 2466 zł. Lewica proponuje wyższą płacę niż PiS, bo 2700 zł. Ale zapowiada jednocześnie, że jej celem jest wdrożenie mechanizmu podwyżek tak, żeby w 2030 r. wyniosła ona 60 proc. przeciętnego wynagrodzenia. Od trendu odstaje tylko Konfederacja, która deklaruje masowe obniżki podatków i składek dla obywateli.

PiS i opozycyjne partie pozwalają sobie na składanie obietnic związanych z dużymi podwyżkami płacy minimalnej, bo dzisiaj sytuacja na rynku pracy i w gospodarce jest na tyle dobra, że obawy o negatywny wpływ są znacznie mniejsze. Przez ostatnie lata problemem dla firm był brak rąk do pracy. Gwałtownie rosła liczba wakatów, a stopa bezrobocia spadła do rekordowo niskich poziomów i obecnie wynosi 3,3 proc., co plasuje nas wśród unijnej czołówki, jeśli chodzi o najniższy odsetek osób bez zatrudnienia. Braki kadrowe i konieczność konkurowania o pracowników doprowadziły do wzrostu wynagrodzeń. Trend jest wciąż widoczny.

W ubiegłym roku przeciętna miesięczna płaca w sektorze firm zatrudniających co najmniej dziewięciu pracowników zwiększyła się o pomad 7 proc. rok do roku. Z danych za osiem miesięcy 2019 r. wynika, że tegoroczny wzrost jest zbliżony i wynosi 6,9 proc. Na takim rynku pracy wydaje się więc, że wzrosty płacy minimalnej zostaną przed firmy bez problemu zaabsorbowane. Jednak w ostatnim czasie przybyło ciemnych chmur nad polską gospodarką, a spowolnienie, które jest już faktem w UE, dociera też do nas. W sierpniu zatrudnienie rosło już najwolniej od trzech lat, a w porównaniu do lipca spadło o 7,6 tys. pracowników, co jest największym zjazdem od 2011 r. Chociaż o tej porze roku tak duży spadek zatrudnienia nie jest niczym nadzwyczajnym, to jego skala może już niepokoić.

Zdaniem ekspertów, o ile przez ostatnie lata za wolniejszy wzrost zatrudnienia mogliśmy obwiniać brak pracowników o odpowiednich kwalifikacjach, o tyle wkrótce mogą to być już procesy stricte restrukturyzacyjne. Ich przyczyną może być właśnie istotny wzrost kosztów pracy. Z jednej strony pracodawcy będą musieli dokładać się do składki pracowników na pracownicze plany kapitałowe, a z drugiej rząd zapowiada likwidację 30-krotności, co oznacza wzrost składek na ubezpieczenia społeczne.