Ponad 40 mln zł rocznie pochłania funkcjonowanie związków zawodowych w trzech największych, kontrolowanych przez Skarb Państwa firmach górniczych.

Kwoty, jakie Kompania Węglowa czy Jastrzębska Spółka Węglowa przeznaczają na związki zawodowe, są znacznie większe niż w najbogatszej polskiej firmie, jaką jest KGHM. W Lubinie na działalność organizacji związkowych z budżetu koncernu przekazano 9,8 mln zł.

Wynika to w dużym stopniu z tego, że ponieważ górnicze związki mnożą się na potęgę, rośnie również liczba ich działaczy, których – w myśl polskiego prawa – utrzymywać musi spółka, w której działają. We wspomnianej już JSW na pełnych etatach jest obecnie aż 103 liderów związkowych. Jak wynika z danych firmy, staż związkowy większości z nich przekracza 15 lat. A to oznacza, że ludzie ci nie byliby najpewniej w stanie wrócić do zawodu, jaki wcześniej uprawiali. Zresztą co czwarty ze związkowych działaczy w JSW dożył już wieku, w którym nabywa się uprawnienia emerytalne. Dotyczy to zresztą nie tylko tej spółki.

Nic więc dziwnego, że dla szefów firm górniczych związkowcy to często osoby, które zrobiły ze swoich posad świetne miejsca do zarabiania przy jednoczesnym braku jakiejkolwiek odpowiedzialności. A co najgorsze – szkodzą górnictwu.

CZYTAJ TAKŻE: Oszustwa na porządku dziennym? Górnik o fałszowaniu pracy na kopalniach>>>

Naturalnie diametralnie inna jest opinia samych związkowców, szczególnie że dobro branży postrzegają odmiennie od zarządów firm wydobywczych.

Jeżeli coś jest dobre dla górników, to jest też dobre dla branży – mówi nam Wacław Czerkawski, wiceprzewodniczący Związku Zawodowych Górników w Polsce. – A dla górników najważniejsze jest zachowanie naszych uprawnień emerytalnych. I nie zawahamy się tych praw bronić – dodaje.

Ustawa regulująca kwestie emerytalne ma, zdaniem Czerkawskiego, o tyle wpływ na branżę, że m.in. dzięki niej są jeszcze w Polsce chętni do pracy w kopalniach. – Bo przy tych wynagrodzeniach, jakie mamy, duża część górników w ogóle by już nie pracowała w górnictwie i dawno szukałaby sobie zajęcia za granicą. To właśnie również dzięki uprawnieniom emerytalnym w niektórych kopalniach jest po pięć, sześć tysięcy podań o pracę – tłumaczy wiceszef ZZG w Polsce. Dzieje się tak m.in. dlatego, że związkowcy, gdy w sektorze była dobra koniunktura, zadbali, by otwierano szkoły górnicze. – Likwidowaliśmy w ten sposób lukę pokoleniową, która była bardzo groźna, bo zaczynało już brakować fachowców w górnictwie – wyjaśnia Czerkawski.

Podobnie rolę organizacji związkowych widzi Patryk Kosela, rzecznik prasowy Sierpnia 80. – My jesteśmy związkowcami i musimy dbać o dobro załóg. Ale związkowcy, wbrew temu, co mówią osoby uważające się za znawców górnictwa, wcale nie dbają wyłącznie o siebie i o pracowników kopalń – deklaruje. – Mówienie, że górnicy są tylko roszczeniowi, jest nieporozumieniem – potwierdza Czerkawski. Zresztą w jego opinii przykładów na to, że pracownicy kopalń zrzekali się czegoś po to, by ich firma funkcjonowała, jest multum.

A protesty organizowane nawet z powodu prywatyzacji JSW i wprowadzenia jej na warszawską giełdę? – Owszem, były protesty – przyznaje związkowy lider – ale przecież zakończyły się negocjacjami, które przyniosły porozumienie. Zresztą wszystkie porozumienia, nawet te zawarte po najgwałtowniejszych protestach, opierały się na kompromisie. Przystawaliśmy na coś, co w danej chwili nie było korzystne dla górników. My wcale nie stoimy na stanowisku, że nie oddamy ani guzika – deklaruje.

Co jeszcze związki zrobiły dla dobra sektora? – Nasi przedstawiciele wiele razy, gdy tylko dostrzegali gdzieś niegospodarność, składali zawiadomienia do prokuratury. Mówię tu np. o podpisywaniu umów, które były szkodliwe dla spółki, czy niekorzystnym rozstrzyganiu przetargów. W efekcie dzisiaj każdy wie, że górnictwo jest źle zarządzane i że działa w nim mafia węglowa – wymienia Kosela. Przedstawiciel Sierpnia 80 do dokonań organizacji zalicza również przeciwstawienie się zarządowi jastrzębskiej spółki, który w firmie JSW Szkolenie i Górnictwo zatrudniał pracowników na okres próbny i zawierał z nimi umowy o pracę, ale na czas określony. – My to nazywamy zatrudnieniem śmieciowym w górnictwie. Bo w kontekście standardów, jakie obowiązują w tej branży, są to umowy śmieciowe – mówi rzecznik związku.

Udało się też utrzymać stan kopalń, choć były przecież zamachy, by niektóre z nich likwidować, zresztą w sposób zupełnie bezsensowny. I często kopalnie, które miały być zamykane, wychodziły potem na prostą. Kopalnia Bolesław Śmiały jest dziś jednym z lepszych zakładów – dodaje Czerkawski. Zdania górniczej Solidarności na temat tego, co organizacja zrobiła dla sektora, nie poznaliśmy – w związku nie znalazł się nikt, kto mógłby z nami na ten temat porozmawiać.

Kosela przyznaje, że były i niepowodzenia. – Nie udało się doprowadzić do tego, żeby pensje w zarządach spółek wydobywczych były jawne, a przede wszystkim nie były wygórowane – mówi. – Tego, ile się zarabia w zarządzie Kompanii Węglowej, firma nie ujawnia, ale słyszy się o zarobkach przekraczających nawet 100 tys. zł – dodaje. Narzeka również na... przerosty zatrudnienia w spółkach węglowych i gigantyczne koszty ich funkcjonowania. Dostrzega je np. w centrali Kompanii Węglowej, gdzie pracuje blisko tysiąc osób. – To przecież taka mała kopalnia, tyle że bezproduktywna. To przechowalnia dla pracowników choćby w dziale PR. Nie inwestuje się natomiast w dział marketingu czy handlu węglem – mówi.

Do niepowodzeń organizacji zalicza również to, że osoby, które nabyły już prawa emerytalne, nadal pracują w górnictwie. – Tylko w Kompani Węglowej jest ich 1,8 tys., w tym wielu dyrektorów kopalń. A to, że tacy ludzie nadal są zatrudnieni, wcale nie jest dobre, bo w przyszłości ktoś może dojść do wniosku, że skoro chcą tak długo pracować, to trzeba jeszcze bardziej wydłużyć wiek emerytalny – argumentuje Kosela i dodaje, że tacy leciwi pracownicy powinni zwalniać miejsca dla młodszych.

Nie udało się nam wymusić na rządzie prac nad dalszą częścią strategii dla górnictwa – wymienia na pierwszym miejscu niepowodzeń Czerkawski. – Mało kto wie, że my już dwa lata temu zorganizowaliśmy demonstrację nie po to, żeby wywalczyć podwyżki czy nowe świadczenia, ale właśnie po to, żeby rząd rozpoczął te prace. Bo obecna strategia ma obowiązywać tylko do końca 2015 r. – wyjaśnia.

OPINIA

Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu konfederacji Lewiatan: 40 mln zł, jakie firmy węglowe płacą na związki zawodowe, to dużo, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że zatrudnionych w nich jest tylko 90 tys. osób. Nie miałbym jednak nic przeciwko takim wydatkom, gdyby związkowcy służyli branży. Tymczasem działacze oszukują górników. Wprowadzają ich w błąd, przedstawiając im fałszywe analizy dotyczące branży. Mieliśmy aż do 2011 r. cztery lata znakomitej koniunktury w polskim górnictwie, był boom zarówno na węgiel energetyczny, jak i na koksowy. Z tego też powodu cena surowca utrzymywała się przez cały ten czas na poziomie ponad dwa razy wyższym niż przez wiele wcześniejszych lat. W związku z tym wszystkie polskie firmy górnicze dobrze sobie radziły. Związkowcy uznali, że teraz już obowiązywać będzie taka właśnie, bardzo wysoka cena węgla i powrotu do niższej nie ma. Taki też przekaz otrzymywali od nich górnicy. Pod ogromną presją związków zarządy wypłacały więc coraz wyższe wynagrodzenia i godziły się na regulacje, które nie uwzględniały tego, że kiedyś może przyjść dekoniunktura. Pieniądze szły na konsumpcję, zamiast na inwestycje, które podnosiłyby efektywność kopalń. Nie przygotowano się na chude lata, które zwykle nadchodzą po tłustych. Działacze związkowcy przyłożyli tym samym rękę do zrujnowania swojej firmy, o którym najlepiej świadczy spadek kursu JSW. Kiedyś jej akcje kosztowały ponad 130 zł, dziś nieco ponad 20 zł. Górnik, który pracuje na ścianie, może nie wszystko rozumieć, ale związkowiec powinien być dla niego przewodnikiem. Tymczasem większość działaczy zachowuje się bezwzględnie, dba wyłącznie o własne wysokie wynagrodzenia.