Działający wyłącznie przez internet Vivus miał w ub.r. ponad 95 mln zł zysku netto. Rok wcześniej wynik przekroczył 92 mln zł. W całości poszedł na dywidendę dla właściciela – łotewskiej firmy 4Finance. Jak będzie w tym roku? Zarząd spółki proponuje część zysku przeznaczyć na wypłatę dywidendy oraz część zysku przeznaczyć na dalszy rozwój spółki – napisano w sprawozdaniu finansowym. 4Finance działa u nas także przez firmę Zaplo – ta miała w minionym roku stratę.

Inny internetowy pożyczkodawca – Wonga.pl – również może zaliczyć miniony rok do udanych. Powód: zanotowała zysk w wysokości 5,9 mln zł. Filia brytyjskiej Wonga.com istnieje u nas od ponad czterech lat. Jeszcze w 2015 r. miała 14,6 mln zł straty, a w 2016 r. była pod kreską 5,6 mln zł.

Miniony rok mniej udał się największej firmie z branży – Provident Polska. Miała ona niecałe 29 mln zł zysku wobec prawie 110 mln zł na plusie rok wcześniej. – Ustawa antylichwiarska wprowadzona w marcu 2016 r. dość mocno ograniczyła marżowość, a co za tym idzie, zyskowność całej branży pożyczkowej – tłumaczy Roman Jamiołkowski, rzecznik polskiego Providenta. – Dodatkowo podstawą naszego biznesu jest kontakt z klientem, stąd silny kanał sprzedaży z obsługą domową – utrzymujemy więc sieć oddziałów terenowych i doradców klienta, co wiąże się z wyższymi niż w przypadku pożyczkodawców internetowych kosztami.

Jamiołkowski zwraca uwagę, że na wynik wpływają również podatki. Firma zapłaciła w ub.r. ok. 53 mln zł podatku dochodowego. – Płacimy również podatek bankowy – deklaruje rzecznik Providenta.

Marże w branży mocno ograniczyła antylichwiarska ustawa z 2016 r.

Generalnie w branży warunek zyskowności to odpowiednia ocena ryzyka kredytowego. Za przykład może posłużyć spółka Capital Service.

Sukcesami i dobrymi wynikami łatwo i przyjemnie jest się chwalić. Trudniej jest przyznać się do porażek, omówić przyczyny słabych wyników oraz realnie ocenić dalsze perspektywy – napisał w liście do akcjonariuszy Adam Kuszyk, prezes firmy, która w minionym roku zanotowała kilka milionów straty.

Postanowiliśmy rozdzielić funkcje sprzedaży od oceny ryzyka, monitoringu i windykacji portfela. (...) Naszym celem było uwolnienie doradców klienta w oddziałach od innych obowiązków, a przerzucenie oceny ryzyka nowego klienta, monitoringu i windykacji na poziom centrali. Zmianę tę staraliśmy się zrealizować, wprowadzając działania, które miały minimalizować materializację ryzyk, jednak nie wszystko poszło zgodnie z założeniami. Sprzedawcy szybko skupili się tylko na sprzedaży, a centralne systemy ryzyka, monitoringu i windykacji wymagały czasu, aby uzyskać odpowiednią sprawność działania – wyjaśniał Kuszyk.

Ale nie jest to jedyna licząca się firma z branży, która w ubiegłym roku była na minusie. Everest Finanse, operująca pod marką Bocian Pożyczki, miała w 2017 r. 22,6 mln zł straty. Rok wcześniej ujemny wynik sięgał 100 mln zł.

Skala działania branży mogłaby być większa, gdyby nie ograniczenia w pozyskiwaniu środków na pożyczki. Dawały one o sobie znać wcześniej. Nasiliły się po wybuchu afery GetBacku.

Spółki pożyczkowe poza liderami branży mają ograniczoną zdolność do pozyskiwania finansowania z tytułu kredytów bankowych oraz obligacji w kanale inwestorów instytucjonalnych. Wiele z nich do kontynuacji rozwoju potrzebuje środków z emisji obligacji plasowanych u inwestorów indywidualnych. A sytuacja z GetBackiem wpłynęła na zmniejszenie zainteresowania inwestorów detalicznych obligacjami – obserwowane jest wstrzymanie decyzji o inwestycjach, większa selektywność – ocenia Rafał Kozioł, partner w Domu Maklerskim Michael/Stroem. Wskazuje, że pewne znaczenie ma również ryzyko zaostrzenia ustawowych limitów kosztów pożyczek.

Wiele firm unika problemów z finansowaniem dzięki temu, że zamiast się zadłużać, by później pożyczyć pieniądze klientom, woli pozbywać się pożyczek tuż po ich udzieleniu. Tak robi np. gdańska firma Cross Loan: sprzedaje pożyczki funduszowi zarządzanemu przez powiązane z nią kapitałowo Eques Investment TFI. W sumie aktywa trzech „pożyczkowych” funduszy Eques przekraczały w końcu czerwca 300 mln zł (w ich skład wchodzą także wierzytelności odkupione od innych podmiotów). To prawie jedna czwarta aktywów tego towarzystwa.

Podobny model działania wdraża filia niemieckiej grupy Kreditech (działa u nas m.in. pod marką Monedo Now). Spółka w ramach transakcji sekurytyzacji sprzedała wierzytelność z tytułu pożyczek udzielonych osobom fizycznym. Po sprzedaży spółka zajmuje się zbieraniem płatności należnych – pisze w swoim raporcie rocznym Kreditech Polska.

W styczniu tego roku Komisja Nadzoru Finansowego upubliczniła rejestr instytucji pożyczkowych. Początkowo było w nim 125 podmiotów. Obecnie jest ich już ponad 380. Nie oznacza to, że wszystkie faktycznie udzielają pożyczek. Podstawowy wymóg pozwalający znaleźć się w rejestrze to kapitał w wysokości 200 tys. zł. Z wnioskiem o rejestrację zwracają się niewielkie firmy dysponujące właśnie takimi funduszami. Nie brak jednak przypadków pojawiania się u nas instytucji z zagranicy. Lub szybkiego rozwoju tych, które istnieją już od roku, dwóch.

Na przykład Mash Poland – spółka fińskiego Euroloan Consumer Finance – zwiększyła wartość pożyczek z 10,5 mln zł w końcu 2016 r. do 46,8 mln zł rok później. Do tego dochodzą należności, które urosły z 6 mln zł do 17,1 mln zł. Inna firma ze Skandynawii – Friendly Finance – niemal podwoiła w tym czasie portfel pożyczkowy. W końcu ub.r. jego wartość zbliżała się do 31,3 mln zł. W minionym roku zanotowała 1,8 mln zł straty. Ujemny wynik z lat poprzednich to 15,9 mln zł. ©℗

W bankach 7 mld pożyczek w miesiąc

Przez banki firmy pożyczkowe wciąż nie są postrzegane jako znacząca konkurencja. To m.in. konsekwencja skali działania. Jak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej, tylko w czerwcu banki i spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe sprzedały klientom indywidualnym ponad 640 tys. kredytów konsumpcyjnych o wartości 7,4 mld zł. W porównaniu z tym samym miesiącem ub.r. liczba pożyczek wzrosła o 8,7 proc., a ich wartość o 8 proc.

Waldemar Rogowski, główny analityk BIK, zwraca jednak uwagę, że w pierwszej połowie tego roku najszybciej rosły nie tylko typowe dla banków największe kredyty (czyli przekraczające 20 tys.), ale też te najmniejsze – do tysiąca złotych. – Widzimy ponowny wzrost zainteresowania finansowaniem niskokwotowym, dotychczas zdominowanym przez firmy pożyczkowe. Podobną sytuację odnotowaliśmy już w poprzednich miesiącach – zaznacza Rogowski.

To, czy firmy pożyczkowe są dla banków realną konkurencją, zależy od specyfiki konkretnej instytucji. – Pożyczka gotówkowa to produkt, który rośnie u nas najszybciej. Ale my koncentrujemy się na naszych klientach, którzy są „transakcyjni”. Nas to (konkurencja firm chwilówkowych – red.) dotyczy więc w mniejszym stopniu niż niektórych innych banków, które mają bardziej otwartą formułę udzielania takich kredytów – mówi Cezary Stypułkowski, prezes mBanku.