Co ma pan wspólnego z Bogusławem Leśnodorskim, byłym udziałowcem i prezesem Legii Warszawa?

Korzystałem z usług jego kancelarii.

Był pan udziałowcem stworzonej przez niego spółki LSW Twenty Two.

Tak.

Został pan nim pod koniec 2015 r., żeby pozbyć się swoich wcześniejszych inwestycji w spółkach znajdujących się na wczesnym etapie rozwoju. W marcu 2016 r. spółka LSW Twenty Two zakończyła działalność, był to typowy wehikuł inwestycyjny. Z reguły takie transakcje przeprowadza się w ten sposób, żeby nie zapłacić podatku.

Wiele w tym optymalizacji podatkowej nie było. Przede wszystkim chodziło o to, że to była dość skomplikowana transakcja, w której najpierw trzeba było zgrupować aktywa, a później je rozgrupować.

Zarobił pan na tym?

Branża venture capital jest fascynująca. Wiele razy się traci, ale można też zarobić. Ten epizod nie skończył się tak, że już nie muszę pracować do końca życia, ale pewne oszczędności to mojej rodzinie zapewniło. Myślę, że jak kiedyś przestanę być prezesem GPW, to wrócę do inwestycji niepublicznych.

Jest pan jeszcze w nie w jakiś sposób zaangażowany?

Zrezygnowałem z zasiadania w radach nadzorczych i zarządach. Musiałem wybrać między jednym światem a drugim. Nie prowadzę żadnej działalności, nie mam niemal żadnych inwestycji. Sprzedałem wszystkie ETF poza tymi, które dotyczą zagranicznych indeksów.

Z czego pan zrezygnował?

Długa lista. Wykupiłem spółkę od Instytutu Wysokich Ciśnień Polskiej Akademii Nauk, która istniała od pierwszej połowy lat 90. Pracowałem tam ze świetnym zespołem nad komercjalizacją innowacji, w takim modelu, w którym otrzymywałem udziały za doradztwo. To był piękny okres w moim życiu. Z tą firmą wiązałem największe nadzieje i tej inwestycji najbardziej mi żal. Przez całe moje życie zawodowe zasiadałem w ponad 20 radach nadzorczych i ten model aktywności biznesowej także bardzo mi odpowiadał.

Teraz działa pan w nieco bardziej ponurych uwarunkowaniach. Dlaczego?

Patrzę na to z punktu widzenia zawodowego cyklu życia. Biznesową "szkołę podstawową" miałem w firmie doradczej Simon-Kucher & Partners. Kiedy zaczynałem tam pracę pod koniec lat 90., mieli tylko dwa biura, a dziś mają 34 na całym świecie. Jako "liceum" traktuję pracę dla Krajowego Funduszu Kapitałowego. Wtedy już zacząłem wybierać swoją specjalizację. Później był okres "studiów", pełen wolności, robienia tego, co wydawało się najbardziej interesujące. Teraz czuję, że osiągnąłem już zawodową dojrzałość i stąd decyzja, żeby wziąć na siebie dużą odpowiedzialność i pokierować jedną z najważniejszych firm w naszym kraju.

Świadomie pan wszedł w bliżej niezrozumiałe rozgrywki personalne, które toczą się na rynku kapitałowym. Zostało panu pół roku do końca kadencji. Gdyby główny akcjonariusz traktował pana poważnie, to zaraz po zatwierdzeniu na stanowisku przez Komisję Nadzoru Finansowego wybrałby pana na 3-letnią kadencję. Nie wiadomo, czy Marka Dietla w roli prezesa giełdy należy traktować poważnie.

Najlepiej jest oceniać ludzi po efektach ich pracy. Zobaczymy, co się da zrobić przez te kilka miesięcy, a potem w czasie nowej kadencji.

Ma pan pewność, że zostanie na kolejną kadencję?

Postaram się udowodnić, w pierwszej kolejności sobie, a w drugiej otoczeniu, że się do tej roli nadaję.

Co pan zrobi?

Chciałbym niczego nie zepsuć oraz zainicjować nowe przedsięwzięcia. Obecna strategia giełdy ma pięć filarów. Chodzi o to, żeby się w nich doskonalić operacyjnie. Przykład – niebawem wchodzi w życie dyrektywa MIFID II. Otoczenie, w którym będziemy działać, stanie się trudniejsze i bardziej otwarte na konkurencję. Doskonałość operacyjna jest nam potrzeba, żeby się z tym wyzwaniem zmierzyć. Musimy też mocno pracować nad rozwojem biznesu. Weźmy na przykład listę 500 największych polskich firm i zaznaczmy te, które są prywatne, ale nie ma ich na giełdzie. Znajdziemy ich ok. 50. Trzeba zrobić wszystko, żeby je zdobyć. I dać szerokiemu gronu inwestorów możliwość zarabiania na ich akcjach. Ale to nie jest wystarczające. Szósty filar strategii GPW to nowe biznesy. Mamy wiele pomysłów na rozwój międzynarodowy i technologiczny oraz wejście w nowe obszary.

Wszedł pan w niewygodny układ. Jakim by nie był pan prezesem, to za pół roku może pan zostać odwołany, bo coś zmieni się w uwarunkowaniach politycznych.

Liczę się z tym. Wiedziałem, w co wchodzę. W pierwszej polskiej encyklopedii autorstwa ks. Benedykta Chmielowskiego pojawia się komentarz do ilustracji w formie pytania: "Jak pokonać smoka?" i odpowiedzi: "Smoka pokonać jest trudno, ale należy próbować". To zawsze mi przyświeca w życiu. Jest mnóstwo trudnych rzeczy. Naprawdę, mając 27 lat i rozpoczynając kierowanie warszawskim oddziałem międzynarodowej firmy doradczej, miałem jeszcze poważniejsze obawy, czy to się uda.

Właśnie przez przypadek posłowie próbowali opodatkować emisje akcji dla inwestorów instytucjonalnych. Wciąż wahają się, czy nie przejąć akcji znajdujących się na rachunkach w OFE. Ma pan wpływ na to, co dzieje się w otoczeniu giełdy?

Odwróciłbym pytanie: czy rzeczywiście rolą prezesa giełdy jest wpływanie na otoczenie? Ja chcę się skoncentrować na tym, co jest wewnątrz tej organizacji. W grupie kapitałowej mam około 350 osób. Tutaj są zainwestowane dziesiątki milionów złotych w wyrafinowane rozwiązania technologiczne. Razem z kolegami z zarządu zastanawiam się, co możemy zrobić dla tej firmy, żeby się lepiej rozwijała. Otoczenie raz jest lepsze, raz jest gorsze. Mogę usiąść w fotelu i czekać, aż będzie ono lepsze, albo działać tak, żeby efektywniej wykorzystać zasoby, którymi dysponuję, do zarabiania pieniędzy.

Jest pan pytany o opinie w sprawach pracowniczych programów kapitałowych i zmian w OFE?

Staram się docierać do decydentów i przedstawiać punkt widzenia giełdy. Modelowo 80 proc. mojego czasu poświęcam na pracę nad lepszym wykorzystaniem zasobów giełdy, 20 proc. na kontakty z otoczeniem.

To konsultowano się z panem w sprawie PPK i OFE?

W tej sprawie odbyłem więcej niż jedną rozmowę.

I co pan mówił?

Moja linia argumentacji jest następująca. Giełda jest bardzo demokratycznym sposobem na korzystanie z owoców wzrostu gospodarczego. PPK idealnie wpisują się w to, co podpowiada współczesna nauka, i w to, w czym mocna jest giełda. Tworzą mechanizm, dzięki któremu obywatele będą mogli korzystać z owoców wzrostu gospodarczego.

To jest dobre rozwiązanie dla giełdy?

Bardzo dobre, ale parkiet jest tylko narzędziem wspierającym politykę państwa.

Giełda wcale nie jest demokratycznym mechanizmem uczestnictwa w owocach wzrostu gospodarczego. Połowa wartości rynkowej krajowych spółek przypada na firmy pod kontrolą państwa. To nie odpowiada strukturze własnościowej gospodarki. Biorąc pod uwagę tempo wzrostu PKB, giełda powinna dawać wyższe stopy zwrotu.

Od 2002 r. badałem tzw. tajemniczych mistrzów, czyli firmy, które są liderami regionalnymi, a część jest w czołówce europejskiej lub nawet światowej. Takich spółek mamy ok. 50 i rzeczywiście większość nie jest notowana na giełdzie. Bardzo nad tym boleję.

Drugą kwestią jest struktura indeksów giełdowych. Chciałbym dożyć takich czasów, żeby w WIG20 były firmy, które mają produkt pozwalający im dowolnie w ujęciu globalnym skalować swoją działalność. Na razie do rynków rozwiniętych zaliczyła nas firma FTSE Russel. Dopływ środków z funduszy, które inwestują na rynkach wysokorozwiniętych, może tylko pomóc w decyzji, żeby takie firmy pojawiły się na giełdzie.

Kolejną kwestią jest rola państwa w czołowych firmach. Chciałbym, żeby nasza historia potoczyła się inaczej i różnica w akumulacji kapitału była mniejsza w porównaniu do najwyżej rozwiniętych państw. Dzisiaj jesteśmy w takiej sytuacji, że suma oszczędności i aktywów na głowę mieszkańca jest w Polsce cztery razy niższa niż w Grecji i 18 razy niższa niż Niemczech. Substytutem kapitału prywatnego może być kapitał publiczny.

Co pan sądzi o repolonizacji?

Po pierwsze, ma znaczenie narodowość kapitału, który kontroluje dane aktywa. Mówię to jako osoba, która pracowała w różnych krajach i uczestniczyła w projektach doradczych na trzech różnych kontynentach. Dość wcześnie wyrobiłem sobie pogląd w tym temacie. Dlatego repolonizację rozumiem. Chodzi też o to, żeby tak jak selektywna powinna być prywatyzacja, tak również wybiórcza powinna być repolonizacja. Rozumiem oddanie kontroli nad firmami, gdzie konieczny był transfer know-how. Dzięki temu mogły one wykonać skok rozwojowy. Ale nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego na przykład oddaliśmy kontrolę nad wszystkimi cementowaniami, chociaż było jasne, że będziemy budować infrastrukturę.

Czy to pan podjął decyzję, żeby od Nowego Roku pobierać opłaty za wyświetlanie notowań nawet z 15-minutowym opóźnieniem?

Polityka cenowa jest moją specjalnością i jest dla mnie priorytetem. Biorę pełną odpowiedzialność za inspirowanie mojego zespołu do działań prowadzących do zwiększania przychodów. To mnie interesuje dużo bardziej od cięcia kosztów. Giełdy na świecie pobierają opłaty za dane opóźnione, a my tego do tej pory nie robiliśmy.

Dlaczego firmy nie inwestują?

Jeszcze rok temu powiedziałbym, że z niepewności związanej na przykład z rynkiem pracy, a szczególnie międzynarodową konkurencyjnością w związku ze wzrostem płac i dostępnością siły roboczej. Dziś skłaniam się ku tezie, że zmieniła się natura inwestycji. Wiele z nich to inwestycje w koszty stałe – na przykład pozyskanie wysokopłatnych pracowników, którzy pomogą spółce wejść na nowy rynek. Firmy wprowadzają innowacje, często poprzez powiększenie zespołów. Takie wydatki w sensie księgowym nie są inwestycją. Dużo zmieniło się też w obecnej unijnej perspektywie budżetowej. Poprzednia nakierowana była na wsparcie inwestycji rzeczowych, teraz to nie jest już takie oczywiste.

Czy konflikt Polski z Unią i międzynarodowymi instytucjami wpływa na postrzeganie rynku przez inwestorów?

Nie zauważyłem tego. Jak przyjeżdżają do nas inwestorzy, to najwyżej jedno z wielu pytań, jakie zadają, dotyczy zmian w sądownictwie.

I co im pan odpowiada?

Oni na ogół zdają sobie sprawę, ile trwają przed polskimi sądami postępowania w sprawach gospodarczych. Pytam, czy są z obecnego stanu rzeczy zadowoleni. I zwracam uwagę, ile przedsięwzięć gospodarczych w Polsce jest realizowanych w oparciu o zagraniczne prawo. Ocena inwestorów jest jasna – w dziedzinie sądownictwa gospodarczego na pewno mamy dużo do poprawy.