Projekt ustawy. Wzrost wynagrodzeń samorządowców?

Reklama
W grupie tych, co zyskają najbardziej, są parlamentarzyści i wiceministrowie. Pensje tych pierwszych skoczą z 8 do prawie 13,4 tys. zł, a tych drugich z 10 do 16 tys. zł. Do tego PiS ma dziś wnieść do Sejmu projekt ustawy, pozwalający na wzrost wynagrodzeń samorządowców, co z jednej strony rozproszy polityczny koszt takiej decyzji, a z drugiej może zmniejszyć chęć opozycji do krytykowania decyzji o podwyżkach w ogóle.
Podwyżki dla polityków to jeden z najbardziej emocjonalnych i populistycznych tematów w debacie publicznej, okraszony sporą dawką cynizmu i hipokryzji. Czy naprawdę 6,5 tys. zł miesięcznie na rękę dla wiceministrów zajmujących się sprzedażą polskiego długu, negocjacjami z koncernami farmaceutycznymi, odpowiedzialnością za olbrzymie przetargi to wystarczające wynagrodzenie? A 8 tys. zł dla posła to wystarczająca dieta? Czy jeśli po podwyżce premier będzie zarabiał 13 tys. na rękę, to będzie jakaś tragedia? I nie chodzi o to, czy będzie to premier Morawiecki, bo tak samo dotyczyć to będzie potencjalnego premiera Tuska, Zandberga czy Kosiniaka-Kamysza. Tak samo jak dziwi dziś, że prezydent dużego miasta może zarabiać 12,5 tys. zł brutto.

Patologią nie są podwyżki, tylko ich brak

Patologią nie są podwyżki, tylko ich dotychczasowy brak. Wynagrodzenia „erki” stały praktycznie w miejscu przez prawie 20 lat, a nawet więcej – w poprzedniej kadencji z powodu populistycznej decyzji Jarosława Kaczyńskiego zostały posłom przycięte (rykoszetem dostali też samorządowcy). A dziś nawet relatywnie światła część publicystów wpada w amok, że podwyżki wyniosą w niektórych przypadkach aż 60 proc., ignorując to, że mówimy o nadrabianiu zaszłości z kilkunastoletnim stażem.