Od kilku lat przedsiębiorcy tworzą więcej miejsc pracy, niż ich likwidują. Jeśli doliczyć do tego etaty zwalniane przez osoby przechodzące na emeryturę, zaskakujący wydaje się wzrost stopy bezrobocia. To tylko jednak pozorna zależność. Bezrobocie nakręcają co roku absolwenci szkół z wyżu demograficznego. Niedawno dołączyli do nich samozatrudnieni, z których usług zaczęto rezygnować. Osoby „na firmie” zaczęły ją po prostu zawieszać.

Ten wstrętny wyż

W ubiegłym roku w firmach zatrudniających co najmniej jedną osobę powstało 465 tys. nowych miejsc pracy. W tym czasie przedsiębiorcy zlikwidowali 376,5 tys. etatów – podał GUS. Przybyło więc w sumie 88,5 tys. miejsc pracy, czyli o 41 proc. mniej niż w roku poprzednim. Równocześnie na emerytury i renty z tytułu niezdolności do pracy przeszło nieco ponad 170 tys. osób – w części na ich miejsce zatrudniano nowych pracowników.

Dodatkowe wolne miejsca pracy powstały także po osobach zmarłych – średnio w roku umiera ok. 18 tys. pracowników najemnych. W sumie więc do zajęcia było około 270 tys. etatów. W tym samym czasie na rynek pracy wkroczyło ponad 600 tys. absolwentów różnego typu szkół – wynika z szacunków DGP. Dla ponad połowy zabrakło więc miejsc pracy.

Eksport bezrobotnych

Do nich dołączyło też 79 tys. osób, które zrezygnowały z samozatrudnienia (przestało się im opłacać). Stąd też wzrosła liczba zarejestrowanych bezrobotnych. Ale nie o 409 tys., tylko o 154 tys. – wynika z danych GUS.

– To dlatego, że nie wszyscy, którzy nie mają płatnego zajęcia, rejestrują się w urzędach, część podejmuje pracę w szarej strefie, a są i tacy, którzy nie trafiają do pośredniaków, bo na przykład ambicja im na to nie pozwala – ocenia prof. Zenon Wiśniewski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

Dodaje, że wzrost liczby bezrobotnych zahamowały także liczne wyjazdy Polaków za granicę, którzy szukają tam zatrudnienia.

Ile miejsc pracy należałoby tworzyć, aby bezrobocie nie rosło? – Tylko po to, aby sytuacja na rynku pracy nie pogarszała się, należałoby tworzyć w najbliższych pięciu latach rocznie około 400 tys. miejsc pracy netto – twierdzi prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych. W tym okresie będą się jeszcze pojawiać na rynku pracy roczniki z wyżu demograficznego z lat osiemdziesiątych. – Zdecydowany wzrost liczby nowych miejsc pracy jest możliwy, ale potrzebne są odpowiednie działania, na które wskazałem w ekspertyzie dla Sejmu – dodaje Kabaj. Jego zdaniem nie obciążałyby one budżetu państwa. – Nawet w kryzysie przedsiębiorcy mają zamrożone pieniądze. Należałoby zachęcić ich do inwestycji. Np. poprzez ulgi – podkreśla. Bez tego rodzaju działań będziemy czekać, aż z bezrobociem rozprawi się demografia i ludność Polski zacznie się kurczyć w przyspieszonym tempie.

Kurs na zderzenie

Z analizowanych przez DGP danych GUS wynika także, że w ubiegłym roku nowe miejsca pracy powstały w co czwartej firmie. Najwięcej utworzono ich w handlu i warsztatach naprawiających pojazdy (21,8 proc.) oraz w firmach przemysłowych (20,4 proc.). Jednak sytuacja była regionalnie mocno zróżnicowana. Na pierwszym miejscu znalazło się woj. mazowieckie, gdzie stworzono 93,7 tys. etatów. Drugie na tej liście było woj. śląskie, gdzie powstało 58,7 tys. etatów, a kolejne miejsca zajęte zostały przez woj.: wielkopolskie (odpowiednio 48,8 tys.), małopolskie (35,8 tys.) oraz dolnośląskie (33,2 tys.). Natomiast najmniej miejsc pracy utworzono w woj.: lubuskim (11,9 tys.), podlaskim (13 tys.) i kujawsko-pomorskim (13,2 tys.).

Poza tym – jak ocenia Tomasz Kaczor, główny ekonomista BGK – w ubiegłym roku firmy podchodziły bardzo ostrożnie do kwestii likwidowania etatów, choć zatrudniały w ostateczności. Przedsiębiorcy wyciągnęli wnioski ze spowolnienia gospodarczego z m.in. z 2009 r., gdy zwalniali pracowników, aby redukować koszty. A gdy koniunktura się poprawiła, mieli kłopoty ze znalezieniem pracowników z dobrymi kwalifikacjami, ale także musieli zapłacić za rekrutację fachowców. – Można oczekiwać, że w tym roku liczba likwidowanych miejsc pracy będzie większa niż w roku poprzednim. Przede wszystkim dlatego, że przedsiębiorcy zderzyli się z mocno kurczącym się popytem na ich towary i usługi – twierdzi Kaczor. A to oznacza, że bezrobocie będzie nadal rosło.