Reklama

Zapowiada się, że większość Polaków zwłaszcza tych ze starszego pokolenia, będzie mogła sobie pogratulować wstrętu do nowoczesności. Przez ostatnie dwadzieścia lat regularnie wypominano im, że kluczowym celem ich aktywności jest zdobycie mieszkania na własność. Dwie wojny światowe, kilka różnych okupacji, rzeczywistość PRL, transformacja lat 90., nauczyły kolejne generacje, iż własne cztery kąty są najlepszą gwarancją bezpieczeństwa. Zwłaszcza, gdy nadejdzie starość nic innego nie daje większych szans, na to by w miarę wygodnie nieco dłużej pożyć.

Własne mieszkanie

Powszechna walka o własnościowy dach nad głową sprawiła, ze wedle danych Eurostat w 2021 r. aż 84 proc. całej populacji Polaków zamieszkiwało lokale należące do nich lub też członków rodziny. W Unii Europejskiej średnio jest to 69,8 proc. Przy czym w krajach uznawanych za najnowocześniejsze wskaźnik ten okazuje się jeszcze niższy. Dla Niemiec to - 51,1proc., Austrii – 55,2 proc., Szwecji - 63,6 proc., itd.

Reklama

Wzorzec, że mieszkanie wynajmuje się do emerytury, a następnie koniec egzystencji człowieka następuje w domu opieki, jakoś nie chciał się przyjąć w Kraju nad Wisłą. Choć liczba publikacji dowodzących, że nieuchronną przyszłością Polaków jest powszechny najem, przez ostatnie dwie dekady odnotowywała jedynie tendencję wzrostową. Jednak czytelnicy najwyraźniej okazywali się na nie odporni. Dziś ci, którzy dzięki zapobiegliwości przodków lub też własnej, zdobyli sobie prawo do prywatnego dachu nad głową, mogą gorąco pogratulować sobie życiowego sukcesu. Osoby spoza tego grona stają się bowiem właśnie klasycznymi ofiarami inflacji. Ponosząc przy okazji również konsekwencje rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

Reklama

Wynajem

Aby nakreślić rozmiary oraz sytuację dwóch grup owych życiowych pechowców koniecznych jest kilka liczb. Po pierwsze, jak informuje Eurostat, w zeszłym roku 15,8 proc. populacji Polaków zasiedlała wynajęte mieszkania. Czyli było to około 5,7 mln dorosłych i dzieci. Jednak część z nich zajmowała 641 tys. (wedle danych GUS) lokali komunalnych i socjalnych. Tych należy na razie wyrzucić z naszej opowieści i pozostanie w niej ok. 4 mln najemców i ich rodzin.

Do tej już sporej grupy należy dorzucić posiadaczy zaciągniętych w ostatnich latach kredytów hipotecznych wraz z ich bliskimi. Tu mamy jakieś 4 do 4,5 mln osób. Wprawdzie teoretycznie znajdują się one w gronie tych ponad osiemdziesięciu procent szczęśliwców cieszących się posiadaniem własnego mieszania, jednak łatwo mogą z niego wypaść. Wystarczy, że na trwałe stracą zdolność spłacania należnych bankom rat.

Rata kredytu z 1400 zł na 2500 zł. Początek jazdy bez trzymanki

Za sprawą inflacji oraz wojny na Ukrainie obie te dotąd różne grupy społeczne znalazły się w zbliżonym położeniu. Czeka je nieuchronne zderzenie z nagłym wzrostem kosztów życia. Przy czym, kiedy radykalnie drożeje: żywność, benzyna, ubrania, usługi, etc. zawsze można ograniczyć swoje potrzeby, zacząć się odchudzać, jeździć rowerem, szukać tańszych zamienników. Gdy koszt dachu nad głową rośnie znalezienie wyjścia awaryjnego prezentuje się dużo trudniej. Zazwyczaj sprowadza się ono do mocnego zaciśnięcia pasa przez redukcję wszelkiej konsumpcji i zachowania wedle zasady – płacz i płać. Możliwa alternatywa, jaką staje się bezdomność, bywa bardzo dobrym motywatorem.

Jak dogłębne będzie owo „zaciśnięcie” już zaczyna się klarować. Przykładowo wedle wyliczeń HRE Investments, opublikowanych po ostatnim podniesieniu stóp procentowych przez NBP, jeśli ktoś zaciągnął kredyt w wysokości 300 tys. zł., to rok temu płacił miesięczną ratę ok. 1,4 tys. zł. Wkrótce zaś zapłaci miesięcznie ok. 2,5 tys. A to dopiero początek jazdy bez trzymanki. Obecna stopa referencyjna NBP (stanowiąca punkt odniesienia dla banków przy określaniu wysokości oprocentowania kredytu) to 5,25 proc. Wedle biura analiz banku Goldman Sachs jeszcze tego lata zobaczymy stopy NBP na poziomie 7 proc. Potem albo inflacja zahamuje, ustabilizuje się i daj Boże zacznie z czasem spadać, albo zaliczymy dalszy ciąg jazdy bez trzymanki. Przy mniej szczęśliwych zbiegach okoliczności posiadacze owego kredytu na 300 tys. zł będą musieli co miesiąc oddawać bankowi 3 tys. zł. Ale wcale nie jest powiedziane, iż pod koniec tego roku nie dobiją do 4 tysięcy.

Nota bene ten statystyczny kredyt wcale nie jest taki znów wysoki. W największych miasta Polski brano przeważnie o połowę wyższe. Mamy zatem parę milionów, nieco zamożniejszych Polaków, którzy w najbliższym czasie zostaną zmuszeni, by co miesiąc wyciągnąć z kieszeni średnio 2-3 tys. zł więcej tylko po to, żeby zachować dach nad głową. Jednocześnie za sprawą inflacji drożeje wszystko, co do tej pory kupowali. Oznacza to, że jeśli komuś z tej grupy udało się dobić do tzw. klasy średniej, no to wkrótce się z nią może pożegnać.

Niewesoła sytuacja najemców. Wielka fala podwyżek czynszów

Równie niewesoło prezentuje się sytuacja najemców. Z dwóch ostatnio opublikowanych raportów serwisu nieruchomości Otodom wynika, iż najazd wojsk rosyjskich na Ukrainę stał się dla właścicieli mieszkań pod najem sygnałem, że pod chudych latach pandemii wreszcie nadeszła pora żniw. Rosnąca inflacja ją przybliżała, zaś napływ dwóch milionów uchodźców wojennych zadziałał jak zapalnik. O ile więc średnio za najem statystycznego mieszkania w Warszawie płaciło się 24 lutego - 4,5 tys. złotych miesięcznie, to w tym tygodniu jest to: 5,5 tys. Podobny skok nastąpił we wszystkich największych miastach. We Wrocławiu za wynajęcie dwupokojowego mieszkania właściciele potrafią sobie zażyczyć ponad 4 tys. zł (przed wojną rzecz właściwie nie do pomyślenia).

To oznacza, że nadchodzi wielka fala podwyżek czynszów dla tych, którzy już coś wynajmują. Przez ostatnie dwie dekady w takiej sytuacji ludzie posiadający nieco większy dochód mogli wybrać kredyt hipoteczny. Płacąc tyle samo lub nawet mniej bankowi, ale za własne lokum. Inflacja sprawiła, iż takie rozwiązanie okazuje się nagle dostępne dla dużo węższego grona osób, bo banki przestały szastać swymi ofertami. Jednocześnie trudniej rzucić mieszkanie jakiegoś chciwca i poszukać tańszego. Wedle raportu Otodom w ciągu trzech ostatnich miesięcy liczba publikowanych ofert najmu zmalała w największych miastach od 50 do 80 proc. Rynek wyczyścili uchodźcy, zaś właściciele lokali dobrze to wiedzą. Lepszego momentu na żniwa dla nich nie będzie, bo „goleni” nie mają dokąd uciec. Jedynym prostym sposobem na oszczędności staje się dla nich komasacja. Czyli coraz więcej ludzi upycha się do jednego mieszkania. Z racji zdolności przystosowawczych naszego gatunku wszyscy jakoś się z czasem do komasacji przyzwyczajają. Jednocześnie właściciel także bywa zadowolony, bo otwiera ona możliwość podyktowania jeszcze wyższego czynszu.

Mieszkaniowa pauperyzacja ok. 8 mln Polaków

Tak w ogólnym zarysie wygląda proces, który nazwać można mieszkaniową pauperyzacją, jaka czeka ok. 8 mln Polaków. Planowane przez rząd pakiet pomocowy dla posiadaczy kredytów hipotecznych, podobnie jak w przypadku wszelkich innych tarcz - od antykryzysowej po antyinflacyjną - zapowiada się jak środek przeciwbólowy bez nadmiernie mocnego działania. W żadnym wypadku nie daje on szansy odwrócenia trendu, a jedynie nieco go opóźni, w najlepszym razie na okres po najbliższych wyborach.

W sumie mieszkaniowe uzdrowienie Polski to bardzo prosta sprawa. Wystarczyłoby, żeby przez życie jednego pokolenia ludzie zarabiali coraz więcej, inflacja pozostawała na niskim poziomie, a kredyty hipoteczne okazywały się nie tylko łatwo dostępne, ale też bezpieczne dla kredytobiorców. Z całą resztą ludzie poradziliby już sobie sami. Jednak tak piękne pół wieku politycznej i ekonomicznej stabilizacji przydarzyło się naszemu krajowi ostatnio cztery stulecia temu. Wojna za wschodnią granicą i sytuacja mieszkaniowa zwiastują, iż na takie półwiecze przyjdzie jeszcze nam trochę poczekać.

Acz jak zawsze mogło być gorzej, co łatwo udowodnić, wyobrażając sobie, iż podobnie jak w Niemczech połowa Polaków zamieszkiwałaby dziś w wynajętym lokum. Obecny obóz władzy ma zatem powody do wdzięczności wobec rodaków za to, że tak konsekwentnie zdobywali własne cztery kąty, oraz powody do ostrożnego optymizmu. Z tych 8 milionów cześć zarabia na tyle dobrze, że jakoś sobie poradzi, gdy nadejdzie zderzenie ze ścianą. Inni zaczną więcej pracować, zmienią miejsce zatrudnienia lub zdołają wymusić na pracodawcy podwyżkę (tak nota bene nakręcając inflację). Reszta zagryzie zęby i też jakoś przetrwa, acz niekoniecznie w tych mieszkaniach co obecnie. Rewolucji na scenie politycznej raczej nie zainicjują. Co innego, jeśli idzie o ekonomię. W państwie, którego spora cześć PKB opiera się na konsumpcji, gdy jedna piąta obywateli musi nagle zacisnąć pasa, by mieć gdzie mieszkać, takie zdarzenie nie przechodzi bez śladów. Wręcz przeciwne z czasem pozostawia je bardzo głębokie.