Co wybory w Niemczech zmieniają w relacjach na linii Warszawa-Berlin w Warszawa-Bruksela?

Reklama

Można przewidywać, że ideowo-programowa barwa nowego rządu niemieckiego nie będzie sprzyjała Warszawie. Zwycięstwo SPD faktycznie pogarsza sytuację Polski w kontekście relacji zarówno z Niemcami, jak i instytucjami unijnymi. Jeśli CDU ostatecznie nie znajdzie się w rządzie, a w koalicji znajdą się Zieloni i Liberałowie to będziemy mieli wprost do czynienia z sytuacją w której niemiecki rząd będzie w sporze ideowym z polskimi władzami. Angela Merkel postępowała pragmatycznie - teraz już nie będzie takiej pewności. Priorytetem nowego niemieckiego rządu mogą zatem stać się nie tylko kategorie gospodarcze według których działa obecna kanclerz, ale też wartości - jawnie sprzeczne z tymi podzielanymi przez rząd PiS. A zatem izolacja Polski może się pogłębiać także w odniesieniu do Unii Europejskiej. Na tym tle ostatnie wypowiedzi polityków PiS o UE stają się już nie tylko elementem sporu o wartości, ale wyrażają stosunek do całego procesu integracyjnego.

Jak to może przełożyć się na sytuację wewnątrz UE?

Można spodziewać się dalszej eskalacji napięcia, bowiem Niemcy mają przemożny wpływ na działanie UE - na czele Komisji Europejskiej stoi Niemka, a w dodatku europejski mainstream ma liberalno-lewicowe poglądy. Na pewno Niemcy nie będą dążyć do wyeliminowania Polski z UE, bo widzą w nas jeden z filarów niezbędnych do realizacji swoich planów strategicznych. Tyle tylko, że przeszkadza temu polityka PiS, która jest całkowicie sprzeczna z aspiracjami Niemiec. Myślę jednak, że może dojść do bliższej współpracy polskiej opozycji z większością liberalno-lewicowego mainstreamu unijnego. Celem byłoby nie tyle wypchnięcie kraju z UE, co marginalizacja PiS w Polsce. Tak by pogorszyć sytuację rządu np. poprzez zawieszenie zapowiadanego strumienia środków unijnych. W ten sposób można naciskać na społeczeństwo pokazując, że wypłata pieniędzy jest utrudniona ze względu na fakt, że w Polsce działa rząd niechętny instytucjom europejskim.

Skoro faktycznie zagrożenie wypłaty środków może być tak duże to skąd niedawne antyunijne wypowiedzi polityków PiS?

Jestem nimi jako politolog szczerze zaskoczony. Nie spodziewałbym się, że tak wytrawni politycy działający w przestrzeni publicznej od lat pozwolą sobie na takie wypowiedzi. Mruganie okiem do eurosceptyków zastanawia, zwłaszcza, że jest ich tak niewielu - wszystkie sondaże wskazują, że ok. 80 proc. Polaków chce być w UE. Wydaje się, że w takich wypowiedziach rolę odgrywają czynniki osobiste i emocjonalne. Politycy reagują w ten sposób, bo jak się okazuje, nie należą do mężów stanu, a zamiast tego są politykami jednej partii. Nie potrafią rozróżnić interesu społeczeństwa od ugrupowania.

A może ma to sens - tak by zabrać część argumentów choćby Solidarnej Polsce, której politycy wypowiadali się w tym duchu.

Reklama

Nawet gdyby tak było, to efekt może być przeciwstawny do zamierzeń. Odebranie części elektoratu Konfederacji czy Solidarnej Polsce oznacza utratę części wyborców, którzy wspierają PiS, lecz opowiadają się za pozostaniem w UE. Te rachunki prowadziłyby też do pogłębienia podziałów wewnątrz kraju. Dotychczas mamy ich sporo, ale sam stosunek do obecności w UE znajduje się poza ich nawiasem.

PiS jednak odżegnuje się od chęci wyjścia z UE.

Tak i na tym właśnie polega problem, bo za sprawą m.in. takich wypowiedzi rząd sam może zawęzić sobie pole manewru zarówno wewnątrz UE, jak i w zakresie oddziaływania społecznego. Polexit nie jest zakładany przez polityków PiS, ale może być konsekwencją polityki rządzących. Tak jak było w przypadku Brexitu - na początku temat ten był jedynie taktyką. Potem jednak na skutek nieprzewidzianego przez pomysłodawców biegu wydarzeń stał się strategią.

Rząd zapowiedział przedłużenie stanu wyjątkowego. Jakie mogą być skutki polityczne obecnej sytuacji? PiS wygrywa politycznie tę sprawę?

Władza chce utrzymywać swoje poparcie stanowczością w działaniu. To zrozumiałe i możliwe do zaakceptowania. Dopóki chodzi jedynie o pilnowanie terytorium Polski i pokazanie, że nie dajemy się zwodzić manewrom Łukaszenki i Kremla to działa to przekonująco. W polityce liczy się jednak również umiejętność przewidywania. Konsekwentna obrona polskich granic jest słuszna, z tym, że może mieć nienajlepsze efekty w przyszłości. Gdy pojawią się jednak liczne doniesienia o kolejnych śmierciach to odbiór społeczny też może się zmienić. Tragedia może przekształcić akceptujące podejście społeczeństwa do ochrony granic w zwątpienie i wymaganie zmian w postępowaniu. Na władzach białoruskich śmierć nie robi żadnego wrażenia, więc nie czuje presji by jej przeciwdziałać. Polskie społeczeństwo może jednak poruszyć i dać nowe argumenty opozycji, która wcześniej wzbudzała śmieszność biegając z torbami, a teraz będzie wskazywała poprzez kolejne zgony na bezradność państwa.

Rząd PiS znalazł się w potrzasku? Ochrona granic jest zasadna, ale ochłodzenie może przynieść ofiary, które przynajmniej w większości przebywają po stronie białoruskiej.

Na samym początku konfliktu uważałem, że słowo "wpuścić" nie wchodzi w grę, ale trzeba szukać innego rozwiązania. Proponowałem zbudowanie po stronie polskiej namiotów otoczonych żołnierzami w których urzędnicy rozpatrywaliby wnioski i kierowali do powrotu. To byłoby kosztowne, ale nie prowadziłoby do śmierci i pokazywałoby ludzką twarz polskiego państwa. Dziś na to jest już za późno. Polska weszła w grę Łukaszenki. Chciał wejść w konflikt i go ma.