Czeska strona nie zamierza się poddać. Jeżeli Polska nie podpisze ugody w sprawie rzekomych szkód środowiskowych powodowanych przez kopalnię w Turowie, to musi liczyć się z tym, że sąsiedzi podejmą kolejne kroki prawne – wynika z informacji DGP. – Mamy plan B – deklaruje w rozmowie z nami czeski wiceminister środowiska Vladislav Smrž.

Reklama

Orzeczenie wobec Warszawy kar tymczasowych za kontynuowanie wydobycia w kopalni do czasu ogłoszenia wyroku Trybunału Sprawiedliwości UE nie przyśpieszyło podpisania porozumienia z Pragą. W efekcie z południa słychać zapowiedzi kolejnych nacisków. Czesi boją się bowiem, że zamiast wypłacać im rekompensaty za domniemane zanieczyszczenia środowiska, Polacy będą woleli płacić kary do budżetu UE – 500 tys. euro dziennie do czasu ostatecznego rozstrzygnięcia w TSUE.

Jak wynika z naszych rozmów, jednym ze sposobów ma być zasypanie Warszawy kolejnymi skargami do TSUE za każde możliwe naruszenie w Turowie – dotyczące np. limitów hałasu czy emisji pyłów. Ale strona polska doszła do wniosku, że płacenie kar może być bardziej opłacalne niż ugoda. Jednak tylko do czasu. Jeśli do ugody nie dojdzie w ciągu 100 dni, koszt codziennie naliczanych kar przekroczy finansowe żądania Czechów.

Warszawa rozważa trzy scenariusze. Po pierwsze: oferta ostatniej szansy. W piątek nasi negocjatorzy mogą powiedzieć Czechom, że jeśli do ugody nie dojdzie na wynegocjowanych już warunkach, to
Polska obniży finansową ofertę. Pierwotnie była na poziomie 45 mln euro, ale Czesi podbili stawkę do 50 mln euro. Wariant drugi to czekanie na orzeczenie TSUE w przekonaniu, że zapadnie ono do końca tego roku, a jego skutki, łącznie z płaceniem kar w ramach środków tymczasowych, będą mniej kosztowne niż ugoda z Czechami. Trzeci, najbardziej radykalny wariant, który rozważał rząd, to zerwanie rozmów.

Czytaj więcej w środowym wydaniu "Dziennika Gazety Prawnej"