Druga Wielkanoc w cieniu pandemii

Reklama

To już druga Wielkanoc w cieniu pandemii. Podczas poprzedniej dawało się odczuć paradoksalnie o wiele więcej nadziei, że koszmar szybko stanie się jedynie wspomnieniem. Rok później na każdym kroku dominuje rezygnacja, lub bezsilna złość. Tymczasem symbolika wielkanocnych świąt kazałby wierzyć, że skoro rok 2020 był jak złożenie do grobu, to obecny przyniesie nam zmartwychwstanie. Spadająca liczba nowych zachorowań i zgonów w krajach, gdzie szczepionek jest pod dostatkiem (Izrael, Wielka Brytania), przynosi nadzieję, że jest ono już na wyciagnięcie ręki.

Nadzieję tłumią jednak: powszechne zmęczenie oraz apokaliptyczne prognozy, że nowe mutacje SARS-CoV-2 przechytrzą szczepionki i przyniosą kolejne fale zachorowań. Tak odbierając normalne życie ludzi na następne lata. Na dokładkę jedno nieszczęście nie anulowało innych. W ślad za pandemią postępuje globalne ocieplenie, któremu mają towarzyszyć: zalania olbrzymich obszarów lądów, susze, powodzie, huragany, migracje miliardów ludzi. To z kolei przyniesie ze sobą: gospodarczy krach, wojny i klęski głodu. Wizje z końca poprzedniego stulecia, że ludzkość zgładzi uderzenie meteorytu, zaczynają wydawać wręcz pożądaną alternatywą. Coś jak miłosierne skrócenie cierpień konającego. Skąd w takich czasach czerpać nadzieję? Otóż możliwe, że ona po prostu odrodzi się znów samoistnie. Jej zmartwychwstanie wiąże się ze wpisaną w tradycję chrześcijańską wiarę, iż trwamy w oczekiwaniu na nieuchronny koniec.

Rzeczą niezwykle frapującą jest to, że w dziejach ludzkości, żadna inna cywilizacja nie była tak pesymistycznie pewna nadejścia rychłego końca świata jak chrześcijańska. Jednocześnie wykazując przy tym niezwykłą wolę przetrwania.

Wola przetrwania

Sławny historiozof i teoretyk cywilizacji Arnold Toynbee doliczył się ich na przestrzeni dziejów aż dwudziestu trzech. Większość upadła. W ocenie Toynbee do dziś przetrwało pięć, mianowicie cywilizacje: Dalekiego Wschodu, hinduizmu, zachodniego i wschodniego chrześcijaństwa oraz islamu. Ostatnie tysiąc lat to wielka ekspansja cywilizacji zachodniego chrześcijaństwa. W jej apogeum niewielki przylądek Eurazji, jakim jest Europa, zdołał zdominować politycznie i kulturowo cały świat. Stało się tak, pomimo że jego mieszkańcy po wielokroć dochodzili do przekonania, iż koniec świata jest już bliski. A może to właśnie dzięki temu.

Gdyby szukać źródeł lęku należałoby się cofnąć wstecz o jakieś 3 tys. lat. Wedle badaczy starożytności około roku 1000 p.n.e. ze szczytu wygasłego wulkanu Sabalan zszedł pasterz wielbłądów, który ogłosił się wysłannikiem boga Ahura Mazdy, a zapisał w historii pod imieniem Zaratusztra. Ofiarował on światu pierwszą, monoteistyczną religię, w której bóg stoi na straży dobra i światła. Siły te muszą toczyć nieustanny bój ze złem i ciemnością. Aż wreszcie nadejdzie kres tego świata i Ahura Mazda osądzi wszystkich ludzi. Wiara w zagładę, połączoną z ostatecznym triumfem dobra, okazała się nadzwyczaj uniwersalna. „Wartość zaratusztrianizmu mierzy się bowiem nie znikomą liczbą jego obecnych wyznawców, lecz wspaniałością kultury chrześcijańskiej, judaistycznej i muzułmańskiej, które tak wiele zawdzięczają pierwotnej inspiracji zaratusztriańskiej” – zauważa Józef Marzecki, w książce „Systemy religijno-filozoficzne Wschodu”.

Oczekiwanie na oczyszczającą zagładę, aż do narodzin Chrystusa, najlepiej wychodziło narodowi żydowskiemu. Jego pech polegał na ulokowaniu ojczyzny w miejscu, gdzie starożytny Zachód stykał ze Wschodem. Ilekroć plemionom żydowskim udawało się stworzyć własne, suwerenne królestwo (lub kilka równocześnie), któreś z ościennych mocarstw przeprowadzało akcję likwidacyjną. Przez tysiąc lat Żydzi zaznali niewoli: egipskiej, asyryjskiej, babilońskiej, rzymskiej. Kilkukrotnie próbowano ich wynarodowić lub eksterminować.

W najcięższych chwilach zawsze pojawiali się wśród Izraelitów prorocy, którzy wieszczyli dwie niezmienne rzeczy: odrodzenie Izraela oraz następujący po nim koniec świata. Jako warunek zbawienia stawiano - zachowanie wierności jedynemu Bogu oraz jego przykazaniom. W odmętach dziejów zniknęły wszystkie starożytne nacje. Przetrwał jedynie naród żydowski dzięki trwaniu przy swej: religii, kulturze i tradycji. Jednorodną narrację proroków złamał dopiero Chrystus. Zaoferował on rewolucyjny w swym przesłaniu pakiet uniwersalnych wartości nie tylko Żydom, lecz każdemu człowiekowi, który zechce zostać chrześcijaninem.

Z tradycji judaistycznej pozostawił w nim m.in. zapowiedź zagłady. W Ewangelii według św. Mateusza znaleźć można mowę Jezusa, wygłoszoną do uczniów. Opowiada w niej o znakach, jakie będą towarzyszyć zbliżaniu się końca świata. Pierwszy, to zniszczenie świętej dla Żydów Jerozolimy. Drugi - prześladowanie chrześcijan. „Wtedy wydadzą was na udrękę i będą was zabijać, i będziecie w nienawiści u wszystkich narodów z powodu mego imienia” – przestrzegał Chrystus. Trzeci znak to: „liczni fałszywi prorocy”. Jednak w kwestii określenia daty końca Chrystus oznajmił wymijająco: „nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec”.

Armie u wrót Jerozolimy

Gdy niespełna cztery dekady po ukrzyżowaniu Chrystusa w 70 r. n.e. Rzymianie, pacyfikując żydowskie powstanie, zrównali z ziemią Jerozolimę, chrześcijanie odczytali to jako dowód, iż koniec jest bliski. W tym przekonaniu umacniała ich Apokalipsa Świętego Jana. Ludzkość miały wygubić straszliwe katastrofy, poczynając od upadku gwiazd, trzęsień ziemi i wybuchów wulkanów, na wojnach oraz epidemiach kończąc. W finale armie dobra i zła walczyły o zwycięstwo u wrót Jerozolimy. Gdy chrześcijaństwo wyparło w Europie inne religie, Apokalipsa Świętego Jana ukształtowała na 1,5 tys. lat powszechne wyobrażenie o tym, jak będą wyglądały ostatnie dni ludzkości.

Kilkukrotnie wydawało się, że już nadeszły i żadna siła tego nie zmieni. Pierwszy raz, gdy w połowie V w. z azjatyckich stepów wtargnęli w granice dogorywającego cesarstwa zachodniorzymskiego Hunowie, na czele z budzącym grozę Attylą, zwanym „biczem bożym”. Faktycznie antyk dobiegał końca, lecz cywilizacja chrześcijańska dopiero miała rozkwitnąć. Kolejny raz apokalipsa wydawała się nieunikniona w fatalnym XIV stuleciu. Wówczas Stary Kontynent nawiedziła seria plag. Zaczęło się od gwałtownej zmiany klimatycznej, nazwanej współcześnie małą epoką lodowcową.

Reklama

Długie, mroźne zimy i krótkie deszczowe lata zaowocowały klęskami głodu. Po nich nadciągnęła z Azji dżuma. Rzeź dopełniły liczne wojny, których ukoronowaniem stała się wojna stuletnia, pustosząca najludniejszą wówczas Francję. W roku 1314 Stary Kontynent zamieszkiwało ok. 75 mln ludzi. Sto lat później zostało ich ok. 30 mln. W ciągu koszmarnego stulecia wyginęło jakieś trzy czwarte Europejczyków. Jednak oczekiwany wówczas koniec świata znów nie nadszedł. Skończyło się jedynie średniowiecze. Po czym europejskie mocarstwa szybko odzyskały siły i ruszyły na podbój świata. Ich niewyobrażalne sukcesy i potęga, jaką osiągnęły, winny wykorzenić lęk przed zagładą. Zwłaszcza, że Europa się sekularyzowała.

„Kościoły były świadkiem, jak nauka wydziera im jedną dziedzinę po drugiej. Astronomia, kosmogonia, chronologia, biologia, fizyka i psychologia były po kolei zawłaszczane i przebudowywane na zasadach niezgodnych z ustaloną doktryną religijną, i nie widać było końca tych strat” – notował w połowie XX stulecia Arnold Toynbee w „Studium historii”. Świeckość władzy i rosnąca potęga nauki zmieniały prawie wszystko, poza nawracającym oczekiwaniem na koniec świata. Przy czym apokalipsa straciła swój wymiar religijno-mistyczny, zastąpiony przez naukowy. Oczekiwanie na pierwsze świeckie apokalipsy, zainicjowały błędne założenia. Od końca XVIII w. wyznawcy teorii anglikańskiego duchownego Roberta Malthusa byli przekonani, że cywilizacja upadnie za sprawą przeludnienia, które przyniesie ze sobą klęski głodu oraz wojny. Jednak Malthus pomimo sporych zdolności matematycznych nie przewidział, że w parze z rewolucją przemysłową nastąpi olbrzymi wzrost wydajności upraw rolnych.

Koniec cywilizacji?

Pod koniec XIX w. Francis Galton wpoił europejskim elitom przekonanie, że koniec cywilizacji zgotują Zachodowi osoby biedne i upośledzone. Jak alarmował, nędzarze posiadali w każdym pokoleniu o wiele więcej dzieci niż ludzie: wykształceni, bogaci oraz przynależący do arystokracji. Walkę z zagrożeniem podjął prężny ruch eugeniczny, postulujący masową sterylizację osób nieprzydatnych społecznie. W końcu nazistowskie Niemcy sterylizację zastąpiły eksterminacją. Namiastkę apokalipsy przyniosła nie powszechna degeneracja gatunku, lecz II wojna światowa.

Dopiero to okazało się dość otrzeźwiające, by zauważyć, że wbrew założeniom Galtona potomkowie biedoty nie muszą być degeneratami i są zdolni do awansu społecznego, zastępując stare elity.

Z kolei koniec XX w. upływał pod znakiem lęku przed wyczerpaniem się surowców energetycznych, z ropą naftową na czele. To zapowiedział w raporcie pt. „Granice wzrostu” już w 1972 r. Klub Rzymski. Brak paliw winien przynieść gigantyczną zapaść ekonomiczną oraz polityczną. Rozmiary katastrofy powinna zwielokrotnić klęska głodu wywołana przeludnieniem. Jak się okazało, przyrost ludności świata sukcesywnie wyhamowuje, złoża surowców energetycznych są o wiele zasobniejsze niż szacowano, a dzięki postępowi technologicznemu nowymi źródłami energii stały się słońce i wiatr.

Zagłada odsunięta w czasie

Zagłada znów została odsunięta w czasie, a następnie zastąpiona przez nową. W tej cykliczności warto dostrzec jeszcze jedną prawidłowość. Zmagania cywilizacji wyrosłej z zachodniego chrześcijaństwa z zagrożeniami, niezależnie czy bardzo realnymi, czy kompletnie wyimaginowanymi, są jak wbicie ostrogi. Inicjują zawsze olbrzymie zmiany mające umożliwić przetrwanie. Bywa, że błędne założenia niosą za sobą katastrofalne skutki, jak to było choćby w przypadku eugeniki. Jednak każdy ferment owocuje czymś nowym i odkrywczym. Żadna inna z 23 cywilizacji Toynbee nie posiadała tak kreatywnych zdolności szybkiego przeistaczania się w bardzo krótkim czasie. Jak dotąd zawsze wiodło to od groźby śmierci do zaskakującego zmartwychwstania. I właśnie ten fakt przynosi - mimo wszystko - nadzieję.