Berlińska klinika Charite, w której przebywa Aleksiej Nawalny, na bieżąco informuje o stanie zdrowia swojego najbardziej rozpoznawalnego pacjenta. Zgodnie z ostatnimi komunikatami czuje się on coraz lepiej: nie musi leżeć pod respiratorem i może wstawać z łóżka. W poniedziałek wyniki niemieckich badań toksykologicznych wskazujące, że rosyjski opozycjonista został otruty bojowym środkiem o działaniu paralityczno-drgawkowym nowiczok, potwierdziły też dwa inne laboratoria ‒ z Francji i Szwecji. Berlin domaga się od Rosji współpracy w wyjaśnieniu sprawy, a Angela Merkel w ubiegłym tygodniu nawet zaostrzyła ton wobec Kremla, nie wykluczając wprowadzenia sankcji.

Reklama

Najgłośniej domagają się tego opozycyjni Zieloni, którzy wprost żądają również rezygnacji z budowy gazociągu Nord Stream 2 łączącego rosyjski Wyborg z niemieckim Greifswaldem. ‒ Angela Merkel i Wielka Koalicja nie mogą dłużej roztaczać parasola ochronnego nad Nord Stream 2 ‒ oznajmił w wywiadzie dla dziennika "Passauer Neue Presse" współprzewodniczący frakcji Zielonych w Bundestagu Anton Hofreiter. ‒ Budowa musi być zatrzymana. Nie może dalej być tak, jak dotychczas. W Rosji podejmuje się próbę zabójstwa najbardziej prominentnego krytyka reżimu, a Niemcy nadal robią miliardowe interesy z rosyjskim państwowym koncernem Gazprom ‒ oburzał się polityk. Inne partie nie są już tak jednomyślne. Podczas gdy szefowa CDU i minister obrony Annegret Kramp-Karrenbauer mówi, że NS2 nie jest "projektem, który leży jej na sercu", to premier Bawarii i szef tamtejszej CSU postuluje oddzielenie kwestii rurociągu i Nawalnego. Podobnie podzieleni są współtworzący rząd Angeli Merkel socjaldemokraci. Szef MSZ Heiko Maas przekonuje, że kwestia ponownej oceny zasadności budowy rurociągu musi pozostać otwarta. Z kolei przewodniczący frakcji SPD w niemieckim parlamencie Rolf Muetzenich nazwał całą dyskusję "nieco dwulicową", wskazując, że przecież "problemy polityczne" istnieją też w innych krajach-eksporterach surowców energetycznych, takich jak Libia i Arabia Saudyjska. Gaz natomiast ‒ jak argumentuje Muetzenich ‒ jest niezbędnym paliwem przejściowym w trwającej właśnie transformacji energetycznej.

Postkomunistyczna, skrajnie lewicowa Die Linke tradycyjnie broni w sporze Rosji. ‒ Sprawcy otrucia nie są na razie znani. Może być też tak, że za zamachem stoją np. przeciwnicy budowy gazociągu łączącego Niemcy i Rosję ‒ skonstatował w rozmowie z regionalną telewizją MDR Gregor Gysi, ostatni przewodniczący NRD-owskiego odpowiednika PZPR ‒ Socjalistycznej Partii Jedności Niemiec (SED) i pierwszy ‒ postkomunistycznej PDS. Gysi był znanym obrońcą opozycjonistów w procesach politycznych w NRD. Jednocześnie donosił na nich jako konfident policji politycznej Stasi.

Paradoksalnie ‒ choć nie po raz pierwszy ‒ identyczne stanowisko jak Die Linke prezentuje też narodowo-konserwatywna Alternatywa dla Niemiec (AfD). ‒ Nie postrzegam Rosji jako problematycznego partnera ‒ podkreślił współprzewodniczący tego ugrupowania Tino Chrupalla.

Czy zatem rezygnacja z budowy NS2 jest realna?

Szwajcarski dziennik "Neue Zuercher Zeitung" sugeruje, że kluczowe dla podjęcia jakiejkolwiek decyzji nie będą względy etyczne czy nawet gospodarcze, lecz doraźny kontekst polityczny i interes danej partii czy wręcz konkretnego polityka. Przykładem, który potwierdza tę opinię i pokazuje sposób myślenia niemieckich polityków, jest stanowisko kandydata na przewodniczącego CDU i premiera Nadrenii Północnej-Westfalii Armina Lascheta. Reprezentujący liberalne skrzydło partii polityk podkreśla, że nie chce wstrzymania budowy NS2. Powód jest oczywisty: Laschet zabiega w ten sposób o głosy konserwatywnych delegatów CDU ze wschodnich Niemiec, którzy są tradycyjnie prorosyjscy. Ugodowa postawa wobec Moskwy może mu pozwolić na odebranie głosów najważniejszemu konkurentowi ‒ Friedrichowi Merzowi. Który ze swej strony, przygotowując się do ewentualnego utworzenia rządu po wyborach do Bundestagu w 2021 r., kokietuje Zielonych i domaga się moratorium na budowę NS2.

Nie byłby to pierwszy raz, gdy doniosła decyzja mająca wpływ nie tylko na same Niemcy, lecz także na Unię Europejską, byłaby podjęta na podstawie wsobnych przesłanek. Co najmniej częściowo było tak również w przypadku otwarcia granic dla migrantów w 2015 r., a także przy rozpoczęciu transformacji energetycznej w 2011 r. W pierwszym przypadku kanclerz Merkel chodziło o wykonanie wyraźnego politycznego gestu i opowiedzenie się po przeciwnej stronie barykady niż antyimigrancka AfD. W drugim ‒ o odebranie sympatyków Zielonym po katastrofie elektrowni atomowej w Fukuszimie.

Jak wynika z sondażu przeprowadzonego w ubiegłym tygodniu przez instytut badania opinii Civey, większość Niemców ‒ 55 proc. ‒ opowiada się przeciwko rezygnacji z budowy Nord Stream 2. Za jest 31 proc. naszych zachodnich sąsiadów.