Takie wnioski można wysnuć po lekturze najnowszej projekcji Narodowego Banku Polskiego. Dla NBP piątka Kaczyńskiego jest na tyle ważna, że uwzględnił ją w dokumencie, chociaż tzw. cut-off date, czyli data, po której nowe informacje nie są uwzględniane w projekcji, to 15 lutego. Konwencja PiS, na której przedstawiono plany rozszerzenia 500 plus o każde pierwsze dziecko i wypłaty 13. emerytury, odbyła się tydzień później.

– Uznaliśmy, że waga tych zapowiedzi jest tak duża, że musimy je uwzględnić. Bo bez tego projekcja byłaby nieaktualna już w momencie publikacji – tłumaczył wczoraj, prezentując dokument, Piotr Szpunar, dyrektor departamentu analiz ekonomicznych NBP.

Konsumpcja nas uratuje

Nadgodziny pracowników DAE przyniosły efekty: bank centralny skorygował prognozy wzrostu gospodarczego wyraźnie w górę. Jeszcze w listopadzie 2018 r. uważał, że w tym roku gospodarka będzie się rozwijała w tempie 3,6 proc. Teraz sądzi, że będzie to 4 proc. To gorszy wynik niż w ubiegłym roku (wtedy PKB urósł o 5,1 proc.), ale lepszy, niż wynikałoby to z potencjału gospodarki. I dobry na tle innych krajów regionu, a przede wszystkim w porównaniu z flautą, jaka zagościła w strefie euro. To zresztą analitycy NBP podkreślają bardzo mocno: gospodarka strefy euro wyhamowała bardziej, niż się spodziewali, pracując nad poprzednim raportem. A Polska, jako niewielka otwarta gospodarka, jest bardzo wrażliwa na sytuację głównych partnerów handlowych. Najbardziej szkodzi nam to, co się dzieje w Niemczech. W ich przypadku NBP skorygował prognozy wzrostu gospodarczego w tym roku w dół o połowę, do 0,9 proc.

To, że w takim otoczeniu polskiej gospodarce ma się udać utrzymać całkiem niezłą koniunkturę, będzie skutkiem silnej konsumpcji. Ta zaś ma być m.in. pokłosiem wpompowania w gospodarkę ok. 20 mld zł już w tym roku dzięki rozszerzeniu programu Rodzina 500 plus„ o wypłatę dodatków na każde pierwsze dziecko oraz 13. emeryturze. Autorzy projekcji podkreślają, że rządowe wydatki nie będą jedynym powodem wzrostu konsumpcji w tym roku o 4,4 proc. Ciągle pomaga dobra sytuacja na rynku pracy, która przekłada się na wzrost płac, co przy niskich cenach (w tym utrzymaniu bez zmian cen prądu) sprawia, że konsumenci mają coraz więcej pieniędzy do wydania.

W poprzedniej projekcji zakładano, że w całym roku konsumpcja wzrośnie o 3,8 proc. Piotr Szpunar zapewniał wczoraj, że nie da się dokładnie określić, jak bardzo do podwyżki prognozy popytu konsumpcyjnego przyczyniła się piątka Kaczyńskiego. Ale można założyć, że prognozy wzrostu bez uwzględnienia pakietu byłyby niższe, możliwe, że na poziomie z listopada. Bo jednak coraz słabszy popyt w Europie dałby nam mocno w kość.

– Skutek pakietu fiskalnego trudno dokładnie określić m.in. dlatego, że zapewne część z tych pieniędzy zostanie zaoszczędzona. Dotyczy to zwłaszcza 500 plus. Nie wiadomo też, czy i jak zmieni to strukturę konsumpcji, tak jak nie wiadomo, ilu młodych ludzi rzeczywiście napłynie na rynek pracy dzięki zerowemu PIT – mówi Piotr Szpunar.

Do tego, dodaje NBP, więcej pieniędzy w kieszeniach konsumentów może podbijać import. Bo nie każdy towar jest produkowany w Polsce. A to z kolei oznacza gorszy bilans w handlu zagranicznym, a więc i słabszy wzrost PKB.

Hamowanie po wyborach

Bank centralny podkreśla, że nie zna jeszcze wszystkich szczegółów planu rządu, bo dopiero nabiera on ostatecznych kształtów. Nie wie na przykład, czy 13. emerytura będzie świadczeniem jednorazowym, czy cyklicznym. Na razie NBP zakłada, że jednorazowym. Mimo to konsumpcja prywatna powinna nieźle sobie radzić również w przyszłym roku, rosnąc o 4,3 proc. Część skutków może zadziałać z opóźnieniem, zwłaszcza wypłata dodatkowego 500 plus, którą zaplanowano dopiero na wrzesień.

Mimo dobrego wyniku konsumpcji, zdaniem NBP, w 2020 r. wzrost gospodarczy wyhamuje do 3,7 proc. Będzie to efekt spowolnienia na świecie połączonego z narastającymi problemami w kraju. Chodzi np. o coraz większe kłopoty z pozyskiwaniem nowych pracowników.

Do tego kuleje druga ważna składowa popytu krajowego, czyli inwestycje. Według NBP najlepsze w inwestycjach już było: w 2018 r., kiedy to nakłady na nie wzrosły o 7,3 proc. W tym roku będzie to już 5,4 proc., a w przyszłym tylko 3,7 proc. To oznacza, że ten silnik gospodarczego wzrostu będzie ciągnął coraz słabiej. Powód to coraz mniej inwestycji publicznych i tej luki inwestycje prywatne nie będą w stanie wypełnić. W 2021 r. według NBP wzrost PKB będzie wynosił 3,5 proc.